powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Krapp porywa

"Fernando Krapp napisał do mnie ten list. Studium o prawdzie" Tankreda Dorsta w reż. Carstena Knödlera w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Pisze Janusz Łastowiecki.

"Fernando Krapp napisał do mnie ten list" to najnowsza propozycja Lubuskiego Teatru. Choć pobrzmiewa już sezon ogórkowy, na finał teatralnych zmagań tego roku teatralnego, lubuska scena przygotowała spektakl łamigłówkowy. Zagadka kryje się nie tylko w poszczególnych aktach psychodelicznej sztuki Tankreda Dorsta. Tajemnicę kryje twarz Lecha Mackiewicza. I to ten aktor, znany już z reżyserskich wcieleń w Zielonej Górze, uwodzi najbardziej.

Reżyserią spektaklu zajął się Carsten Knödler, aktor i reżyser związany wcześniej ze sceną w Zittau, a obecnie z Die Theather Chemnitz, gdzie jest dyrektorem. Wymiana niemiecko-polskiej energii przysłużyła się aurze historii. Pod okiem Knödlera zmieniła się scenografia. Widz wchodzi na scenę i od razu wie, że znajduje się w nowym, nieokiełznanym świecie Dorsta. James Malcolm i Wojciech Romańczyk w białych kitlach szaleją na scenie, zapraszając jednocześnie widzów do psychoanalitycznego snu widziadeł. Zabieg stosowany nie często w Lubuskim, a niezwykle skuteczny. Knödler, który wcześniej realizował "Lot nad kukułczym gniazdem" Kesseya, "Wroga ludu" i "Hedda Gabler" Ibsena, po raz kolejny udowadnia swoją kompetencję w zakresie tworzenia historii o nordyckim, szorstkim klimacie.

Scena zyskuje dzięki Mackiewiczowi (Krapp) po drugiej stronie sceny. Jego aktorki urok zaklęty między kamienną twarzą i sensualnością wnętrza kreuje tu nowy wymiar rozumienia sztuki. Dorsta ciężko odczytać linearnie. Postaci zmieniają maski, niekiedy zostają w niej do końca (nierówny Robert Kuraś, który nabył pewnej kabaretowej maniery). Pod pozorem wizerunku wypisanego na twarzy, figury teatralnego Dorsta i Knödlera uruchamiają wehikuł transformacji, który napędza się obok widza, tuż przy nas, na wyciągnięcie ręki, w niewidocznej kapsule mózgu. Mackiewiczowi towarzyszy Joanna Wąż, która nieźle wypełnią rolę zmiennej partnerki. Ma się wrażenie, że Krapp chce nas porwać z teatralnych siedzeń i wystawić na próbę. Niepewność, zagrożenie i urok, jaki stwarza Mackiewicz każą śmiało patrzeć na kolejne, lubuskie propozycje sceniczne.

Sztuka, mimo sztafażu kostiumowego (który nie przytłacza - aktorzy traktują go bardzo umownie), kryje niebywały potencjał intelektualny. Wielość pól, synchronii i diachronii, nieodczytanych znaczeń i podświadomych pól intuicyjnych to czynniki składające się na przygodę, jaką dla Lubuskiego Teatru przygotował niemiecki reżyser. Wespół z Kathrin Brune (dramatużka), Teresą Monfraed (scenografia, kostiumy) i Stefanem Claussnerem (muzyka), twórca scenicznej wersji Fernando Krappa postawił na ryzyko. I to jest ścieżka, którą powinien Lubuski Teatr podążać dalej przed siebie. Robert Czechowski ma bowiem nosa do przedsięwzięć na pograniczu teatru i eksperymentu. Mam nadzieje, że będzie dalej, na przekór niezrozumieniom i zachętom do lżejszego repertuaru, podążał drogą bez skrótów. Wrócił pomruk poszukującej sceny, którą ostatnio w takiej formie widziałem za czasów "Snu nocy letniej" czy "Trash Story". Jak mówi Różewicz z dialogów jednej z najważniejszych sztuk XX wieku: "w teatrze trzeba grać, tu musi się coś dziać". I dzieje się.