Współradość, że wszystko gra

"Miłość nie boli, kolano boli (czyli dzieci piszą, dorośli grają)" w reż. Artura Romańskiego w Teatrze Animacji w Poznaniu. Pisze Maria Maczuga w portalu kultura.poznan.pl.

«W Teatrze Animacji w wyjątkowy dzień - Dzień Dziecka, odbyła się wyjątkowa premiera. "Miłość nie boli, kolano boli", niby-spektakl, niby-koncert, to wydarzenie szczególne. Z połączenia pomysłów, talentów oraz entuzjazmu dzieci i dorosłych powstało radosne teatralno-muzyczne zajście, bez krzty mdłego moralizatorstwa i dydaktyzmu skierowanego przez dorosłych do dzieci, bez dziecięcej trywialności wymierzonej w dorosłych.

Dzieci, w wieku od 2 do 6 lat, spontanicznie wymyśliły teksty bajek i piosenek. Rodzice nagrali swoje pociechy. Malina Prześluga spisała teksty słowo po słowie, bez wprowadzania najdrobniejszych zmian. Piotr Klimek skomponował muzykę. Artur Romański wyreżyserował widowisko wyśpiewane przez aktorów Teatru Animacji do muzyki zagranej na żywo. Natomiast widzowie, bez względu na wiek, zatracili się w surrealistycznej krainie. Podczas spektaklu nie śledzimy fabularnej historii, lecz wyruszamy w podróż przez świat dziecięcych zabaw, fantazji, emocji, wartości, a także trosk, lęków i małych/wielkich przemyśleń egzystencjalnych.

Manaty chcą sałaty

Świetny okazał się pomysł twórców, by wyprawę rozpocząć w łóżku. Na scenę spada deszcz poduszek i mżawka pluszaków, bo przecież te sprawdzają się lepiej niż niejeden jasiek. Pojawiają się muzycy i aktorzy w piżamach - strojach najodpowiedniejszych na taką łóżkową pogodę. Mali widzowie natychmiast zanurzają się po uszy, a nawet przez uszy, w muzycznej opowieści. Dorośli potrzebują zaledwie kilku dźwięków więcej, by swobodnie poczuć się w świecie, w którym króliki mieszkają w kurniku, manaty domagają się sałaty, jest tajemnicza dłoń, wypchane lalki, rozbrykane konie, pachnąca kawa, nie taki znowu straszny lekarz, ale też śmierć, sprzedaż i prokrastynacja, gdy zachodzi konieczność "napisania rysopisu".

Mali autorzy w piosenkach i bajkach zupełnie pominęli to, co nam dorosłym wydaje się marzeniem dzieci. Ani jedno słowo nie dotyczy smartfonów, komputerów, tabletów i innych elektronicznych gadżetów. Brawo dla twórców, którzy uszanowali prostą i piękną dziecięcą wizję świata. Na scenie zrezygnowali z multimediów oraz zbędnych rekwizytów. Rzeczywistość doskonale udało się wyczarować słowem, dźwiękiem i gestem. Cienie, obrazujące "współsmutek, współgniew i współodrazę" wypadają o wiele atrakcyjniej niż projekcje. Zakrywanie dłońmi oczu, jako niezawodna sztuczka powodująca znikanie, natychmiast wywołuje jeszcze szerszy uśmiech. Kto z nas jej nie stosował? Aktorzy oszczędnie używają dziecięcych gestów, nie udają dzieci, czym budują autentyczność spektaklu i zyskują uznanie ze strony starszej publiczności.

Maluchy w poduchy

Rytm, czas i miejsce bardzo silnie kreuje muzyka oraz światło. Muzycy, którzy na żywo rockowymi, punkowymi, bluesowymi, popowymi oraz funkowymi brzmieniami wyznaczają czas harców, szaleństw, strachu, zadumy i wreszcie snu, hipnotyzują. Zaskakuje, gdy przez chwilę instrumentarium zostaje wzbogacane o garnki i trzepaczki do jajek. Scenografia oraz kostiumy w stonowanych barwach pod wpływem światła ożywają i razem z nowym kolorem zyskują nowe znaczenie. Sypialnia co chwilę zmienia się w: podwodną krainę, powierzchnię Księżyca, Dziki Zachód, gabinet lekarski.

Jeszcze raz o poduszkach. Od początku spektaklu kusiły, nęciły, zbliżały się, oddalały, fruwały, prosiły się, by je chwycić. Gdy podczas ukłonów zerwała się burza braw, poduszki poszły w ruch. Rozegrała się bitwa, której żaden mały ani dorosły widz się nie oparł. To musiało się tak skończyć.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego