powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Elvisowe-love

Na scenie dramat i popkulturowy pastisz wdały się w burzliwy romans, i nie da się przejść obok tego obojętnie. Nie owija się tu w bawełnę, nie idealizuje, ale też nie potępia - o spektaklu "Elvis" w reż. Michała Siegoczyńskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu pisze Adrianna Molka z Nowej Siły Krytycznej.

Ludzie dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy moczą się z ekscytacji na widok ruchu bioder króla rock'n'rolla oraz tych, którzy przewracają oczami, słysząc jego charakterystyczną manierę. Muszę wyznać, że bliżej mi do tej pierwszej.

Dlatego usiadłam w wygodnym fotelu Teatru Nowego w Poznaniu, oczekując nieudźwignięcia przez ekipę tego, dość ciężkiego (120 kilo) tematu. Jednak po kilku godzinach, kilkunastu wypalonych papierosach i kilkudziesięciu przekleństwach uniosłam się o kilka centymetrów, będąc trochę bliżej nieba niż ziemi, z podziwu dla realizacji (i nie chodzi mi wyłącznie o dolary rzucane w publiczność). Znakomity duet Siegoczyński (reżyseria) i Zaniewska (dramaturgia) umiejętnie balansuje na granicy absurdu ("Jestem gitarą Elvisa i teraz zaśpiewam wam piosenkę!"), tworząc jednak poważny dramat opowiadający o cieniach sławy. Autorka scenariusza wykazała się odwagą i poczuciem humoru, proponując tekst ostry i lekki jak tajskie danie.

Spektakl Siegoczyńskiego uwodzi technologią, nareszcie przenosząc Teatr Nowy w XXI wiek. Wykorzystanie kamery i świetna aranżacja świateł stworzyły niezwykle kameralny klimat. Uzyskano dynamiczną zmianę miejsc akcji oraz intymne zbliżenia, co jest czymś rzadkim w teatrze, gdzie dominuje dystans. Po przekroczeniu tej granicy przedstawienie stało się intensywniejsze i mocniej oddziaływało na widza, nadając całości nieco surrealistycznej aury. To wciągające doznanie, gdy nie wiadomo, czego można się spodziewać za moment. Innymi słowy, realizatorom udało się przywołać na scenę prawdziwego ducha rock'n'rolla.

Kostiumy (Maja Skrzypek, Justyna Kuchta) w "Elvisie" są poprawne jak mundurki w zakonnej pensji dla panienek, o ile można tak powiedzieć o nieskromnych strojach męskiego symbolu seksu. Zabrakło mi jedynie różowego samochodu, ale wszelkie estetyczne niedostatki rekompensuje gra Mariusza Zaniewskiego.

Na scenie przewija się cała plejada znakomitości: od Michela Jacksona, Bono, po moją Ulubienicę - zabójczą (dosłownie) Yoko Ono. Przerysowani bohaterowie wymieniają się z prędkością światła, co skutkuje quintą Presleyów w grupowych numerach muzycznych. Piosenki zachwycają wokalem niezawodnej Anny Mierzwy, a nieco utykają w wykonaniu Kocurka. Mariusz Puchalski chyba nie potrafi źle zagrać, o tym nie trzeba przekonywać. Jednak najjaśniej błyszczała (zaraz po nażelowanych Elvisowych włosach) aktorka Marta Szumieł, tworząc z monologu Priscilli wstrząsający obraz ludzkiej samotności.

Na scenie dramat i popkulturowy pastisz wdały się w burzliwy romans, i nie da się przejść obok tego obojętnie. Nie owija się tu w bawełnę, nie idealizuje, ale też nie potępia. Spektakl bawi i wzrusza, autentycznie. Reżyser wyznał, że - niczym Szymborska - fascynuje się kiczem. Stąd Presley jako apogeum tandety. Pewnie dlatego tak dobrze udało mu się odtworzyć barwną atmosferę wokół najsłynniejszego krzywego uśmiechu.

Być może to właśnie wspólne zamiłowania do kiczu, Elvisa i masła orzechowego (i ach! Zaniewskiego!) połączyło nas tak gwałtownym uczuciem. Kto wie? Obojętnie co to było, narodziła się z tego bezwarunkowa miłość. Będę czule wspominać.