powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Najgorzej

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" wg Swietłany Aleksijewicz w reż. Elżbiety Depty w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach. Pisze Maciej Stroiński.

Może podobanie się spektaklu to jest kwestia wiary. Zwłaszcza w europejskim teatrze słowa: coś powiedzą i to jest już to, i trzeba im wierzyć na to słowo. Na przykład zapytają, co byś zrobił na wypadek wojny, a ty się naprawdę czujesz zapytany. Jeśli tak, to ja nie wierzę! Za bardzo się wszystko zgadza. I Nobel, i wojna, i solidarność jajników. Laski na froncie, NAJLEPIEJ. Ładnie poświecone, umalowane i oprawione muzycznie. Pamiętacie artykuł o byciu glamour na Majdanie? No, to właśnie. Koniunkturalizm plus efekciarstwo. Poprzednie zdanie brzmi strasznie i nie napisałbym go, gdyby spektakl był w porządku.

Plan był taki, że powiem o TŻ Kielce coś miłego, coś ponad zwyczajowy wtręt, że Joanna Kasperek jest moją idolką. Bo jest and ever will be, jedźcie zobaczyć tę kobietę w pracy, to się nie będziecie głupio pytać. Piękna, profesjonalna, DAMA. Świeży dyrektor zaczął od świeżej reżyserki, jeszcze nie po szkole. Zrobiła mu spoko spektakl dyplomowy i niespoko spektakl repertuarowy. (Chyba że dyplomem było "Romville"?) Koty reżyserskie toczą beczkę z psychologii, więc można zrozumieć, jeśli nie chcą jej uprawiać. Nie dadzą ci postaci, tylko głosy, nie dadzą emocji, tylko czytanie performatywne, dadzą ci piosenki, przerywniki jak u Brechta. A Nosowska zawsze spoko. Bardzo szybko przeleciało, godzina dwadzieścia, subiektywnie - pół godziny.

Pozwolę sobie na solidarność nasieniowodów i zauważę, że to, jak tego wieczoru pokazano mężczyzn, woła serio o pomstę. Okej, wojskowi, mentalne kloce, śmiesznie agresywne, ale naprawdę nie znalazłby się jakiś wyparty gejaszek, coś miękkiego w tym betonie? Zerowa fala feminizmu wie tylko, że faceci to zło, i dyskutuj z taką. Feminizm tak rozumiany faktycznie jest FALĄ. Tu kobiety mają lepiej, mogą sobie pozwolić choćby na teatr menstruacyjny, skoro fizjologia się nie wyłącza od bycia na froncie. Jest kobietkowo, ale uniwersalnie. Życie wewnętrzne panów kończy się na wulgarnie nazwanym autoerotyzmie.

Przeżyłem facepalm bez ruszania dłonią, usłyszawszy TO, powiedziane wrażliwościowym głosem: "I coś nagle usłyszałam. SKRZYPCE. To był dla mnie koniec wojny" (cytuję z głowy, czyli zmyślam). Jak Boga kocham! Może nie mam uczuć, a może czytałem "Drwala" Witkowskiego, rozdział "Skrzypce - treatment", gdzie jest pomysł na hit sezonu dziejący się w czasie drugiej wojny. Książka Aleksijewicz też się wtedy dzieje, a możecie nie zauważyć, bo reżyserka poszła w uniwersalną, pozahistoryczną refleksję o chujowości konfliktów zbrojnych. Witkowski: "Piszę poezję afirmującą świat i ludzi, pełną światła i zgody na los, klasyczną i pełną kulturowych nawiązań. Taką a la ksiądz Twardowski, o biedronkach. Że żyję na łonie natury. "Słoje drzewne". Krytycy pieją, późna, dojrzała poezja trudnej afirmacji! Nareszcie koniec z kurestwem, nareszcie koniec z jedzeniem gówna, wreszcie mądrość, Bóg i afirmacja! Uczę się oglądać w pisaniu siebie oczyma innych i pisać tak, żeby się krytykom podobało. Żeby wreszcie dostać wszystkie nagrody, piszę powieść dla krytyków pt. Skrzypce".

Wyprorokowałem karierę Piotrowi Nerlewskiemu (TP Wrocław) i Małgorzacie Bieli (Festiwal Szkół Teatralnych), teraz chcę być dobrą wróżką w sprawie Anny Antoniewicz, którą wypatrzyłem już w PWST. To ta z plakatu, gdzie puszcza gigantycznego bąka. Widać, że prawdziwa aktorka, czyli właśnie nie widać, bo na scenie jest postacią, głosem, formą, nigdy nie jakąś półprywatną sobą. Powiedzieć pracownicy sztuk widowiskowych, że jest jak glina, że jest materiałem do pracy, do swobodnego ukształtowania, to powiedzieć jej komplement.