powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Łódź. List ws. Festiwalu Szkół Teatralnych

Oburzenie związane z pominięciem Wydziału Aktorskiego AT wśród nagrodzonych jest śmieszne. FST jest festiwalem konkursowym, który służy nagradzaniu (owszem, wybranych subiektywną opinią) najlepszych, a nie wyrównywaniu szans i obdzielaniu nagrodami każdej ze Szkół po równo - pisze Adam Karol Drozdowski.

Szanowni Państwo,

postanowiłem pozwolić sobie na zabranie głosu w dyskusji, jaka toczy się wokół werdyktu Jury Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Robię to jednak wyłącznie jako obserwator tejże - nie miałem przyjemności widzieć większości tegorocznych dyplomów, które zakwalifikowano do konkursu; uważam jednak, że nie o ich rzeczywistą jakość artystyczną w tej nagonce chodzi. Dyplomantom wydziałów aktorskich, owszem, dzieje się krzywda, ale jej przyczyna znajduje się zupełnie gdzie indziej, niż przedstawiają to pełne oburzenia komentarze.

Wykształcenie teatralne, zwłaszcza w zawodzie aktora, jest wyborem niełatwej i niewdzięcznej drogi. Szczerze życzę każdemu z dyplomantów (każdej ze szkół, łącznie z nienagrodzoną w tym roku AT) - otrzymania etatu w teatrze. Jakkolwiek jest to życzenie utopijne, na użytek wywodu załóżmy, że po tym roku wszystkim się to uda. Jedni dostaną angaże w spektaklach, które objadą najważniejsze festiwale w kraju i zbiorą masę nagród, inni, o ile nie będą czekać na pierwszą rolę, zasilą obsady anonimowych gniotów, które nie dadzą im satysfakcji, choć będzie to doświadczenie zdobyte w ramach wymarzonej pracy. Znajdzie się też spora grupa tych, dla których problemem nie będzie praca artystyczna, ale utrzymanie zatrudnienia wobec politycznych przepychanek na szczeblu dyrektorskim. Znamy takie sytuacje, słyszeliśmy o nich. Skąd więc zaskoczenie, kiedy młodych aktorów spotyka to już na poziomie dyplomów, tuż przed wejściem na rynek?

Oburzenie związane z pominięciem Wydziału Aktorskiego AT wśród nagrodzonych jest śmieszne. FST jest festiwalem konkursowym, który służy nagradzaniu (owszem, wybranych subiektywną opinią) najlepszych, a nie wyrównywaniu szans i obdzielaniu nagrodami każdej ze Szkół po równo. Zrozumiałe, że jest to dla przegranych sytuacja niekomfortowa - i nowa. Z jednej strony Akademia zazwyczaj wyjeżdżała z Festiwalu z nagrodami, z drugiej - studia artystyczne uczą raczej pewności siebie niż przygotowują do ryzyka i porażki. Ale oskarżanie Jury o środowiskowe gierki jest tym zabawniejsze, że wynika, jak się zdaje, tylko z zaburzenia dotychczas podtrzymywanego przez to samo środowisko bezpiecznego balansu, a nie z programowego, celowego wykluczenia. A z takim na FST mamy równocześnie nieustannie do czynienia.

Wystarczy przypomnieć sobie edycję sprzed dwóch lat - miałem okazję opisywać tę sytuację dla kwartalnika "Aspiracje" (nr 2/2014) i miesięcznika "Teatr" (nr 7-8/2014) - kiedy to listy otwarte wyrażające niezgodę na pomijanie ich przez program Festiwalu pisali studenci Wydziału Sztuki Lalkarskiej z Białegostoku i adepci Teatru Tańca z Bytomia. Oba te wydziały aktorskie, wraz z wrocławskimi Lalkami i otwartymi niedawno kierunkami wokalno-estradowymi, są filiami uczelni biorących w Festiwalu udział: warszawskiej AT i krakowskiej PWST. W 2014 roku białostocki dyplom "Pancerni" oparty na tekście Pawła Demirskiego i w reżyserii Konrada Dworakowskiego dostał się do finału Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, wyprzedzając o kilka długości dokonania pozostałych dyplomantów, co było zasługą determinacji zarówno studentów, reżysera, jak i dalekowzroczności władz ATB. Rektor AT Andrzej Strzelecki odniósł się wówczas do zawartych w listach postulatów, sugerując rewizję zasad doboru programu i otwarcie przyznał: "Wydziałów uczelni jest coraz więcej. Parę edycji temu więc, by nie mnożyć bytów i by festiwal się nie rozrastał, z rektorami trzech uczelni podjęliśmy rodzaj umowy, że na festiwalu będą reprezentowane spektakle wydziałów aktorskich" (źródło: http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/181971.html). Różnica w traktowaniu aktorstwa dramatycznego i chociażby lalkowego - bo wszak dróg jest w tej dziedzinie sztuki znacznie więcej - to osobny temat. Wobec naszej dyskusji sęk tkwi w tym, że w ciągu 34 edycji Festiwalu lalkarzy zaproszono tylko raz, w 1994 roku, kiedy też otrzymali nagrodę za kreację zbiorową. Stosunek do zamiejscowego wydziału zarządzanej przez siebie uczelni ujawniają słowa kończące tę samą wypowiedź Strzeleckiego: "Gdy tylko uda mi się znaleźć miejsce - chciałbym, by wystawili "Pancernych" również w Warszawie. Słyszałem o tym spektaklu wiele dobrego".

Nawet jeżeli werdykt FST jest zgodnie z padającymi zarzutami działaniem koterii, to - idąc za tą logiką - jest ono skierowane przeciwko innej koterii, której istnienie konsekwentnie się przemilcza. Oskarżeniami o udział w klikach szafuje się łatwo, tu: niezależnie od wyjaśnień przewodniczącej Jury, Agaty Dudy-Gracz (http://e-kalejdoskop.pl/nagrody-festiwalu-szko-teatralnych.aspx). Co najbardziej bolesne, dyskusja, która obecnie się toczy, nie ma na uwadze dobra studentów - trzymanie ich pod kloszem i nagradzanie z rozdzielnika nie służy rozwojowi ich umiejętności ani karier. Jej celem jest utrzymanie przez kadrę status quo, zgodnie z którym są w Polsce tylko trzy (z wrocławskim Dramatem cztery) najważniejsze ośrodki kształcenia teatralnego. Najważniejsze, bo nagradzane. A to od władz uczelni zależy, które dyplomy są na FST delegowane (trudno rzecz jasna rekomendować spektakle z wydziałów zamiejscowych, których się nie widziało), ergo: które zostaną nagrodzone. Wzięcie pod uwagę filii uczelni, które przez lata spychane były poza margines głównego nurtu, zwróciłoby się oczywiście przeciw szkołom: środowisko w potencjalnej nagrodzie dla WSL widziałoby uhonorowanie Białegostoku, a nie macierzystej AT. Tegoroczny werdykt z nagła zburzył ten samonapędzający się układ.

Może to dobry moment, zwłaszcza wobec zmiany uczelnianych władz od przyszłego roku akademickiego, żeby na nowo uporządkować priorytety w traktowaniu studentów, doprowadzić do sytuacji, w której cała społeczność szkoły będzie identyfikowała się z jej marką, zamiast hodować wewnętrzne animozje i poczucie wykluczenia na rzecz działań, które dziś określilibyśmy jako PR. I oczywiście, jak każdy, kto zabierał dotąd w tej sprawie głos, nie jestem obiektywny: kończyłem warszawskie AT, pracowałem ze studentami zarówno WA, WTT, jak WSL, miałem okazję poznać część członków tegorocznego składu Jury i ich myślenie o pracy pedagogicznej, wreszcie przyjmując zamówienia na recenzje dyplomów bywałem proszony przez wykładowców, żeby pisać o nich dobrze. Nie o to chodzi. Dyplomy powinny być pełnoprawnymi spektaklami, poddającymi się krytyce, zaś rolą szkół jest, by obok skupienia na rozwoju młodych aktorów propozycje dyplomowe były jak najlepsze artystycznie. Używanie ich do środowiskowych rozgrywek to eksperymentowanie na żywym organizmie. Tylko jeden efekt może być tu pewny: szkoda dla studentów. I to realna, nie tylko przydatna jako argument w dyskusjach.