powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Życie przerasta teatr, czyli debiutant zawstydza

"Oni" wg Stanisława Ignacego Witkiewicza w reż. Oskara Sadowskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Piszą Urszula Glensk i Milan Lesiak.

"A tak zase život udlal mimořădnau smyčku" (jak Paweł Huelle przytaczał Hrabala) - życie zatoczyło niesamowitą pętlę, co mogła zobaczyć publiczność Teatru Polskiego we Wrocławiu. Inscenizacja sztuki Witkacego "Oni" dowodzi, że literatura w mariażu z teatrem potrafią zatoczyć pętlę.

Fatalnie, że dramat o tym, jak władza może wkroczyć w prywatne życie, znowu powiewa aktualnością.

Zaczyna się niewinnie - Witakcowska wersja "dwojga na huśtawce" - narcystyczna para (Spika i Bałandaszek) negocjuje swój trudny związek we wzajemnych licytacjach typu "kto bardziej się w życiu męczy", w czym ironiczne pobrzmiewa suflowanie Witkacego, że to przecież nic więcej niż "demonizm trzeciorzędnej kokoty z przedmieścia".

Oczywiście autora "Szewców" nie interesował teatr mieszczański, ani teatr z "przedmieścia". Intrygowała go wizja katastrofy, rewolucja niwelistyczna, zimna i bezwzględna maszyna dyktatury.

Spektakl dobrze to akcentuje: w niewinne, trącące młodopolską myszką salonowe manieryzmy, bezpardonowo wkracza nowomowa przejmujących ster rządów. Idiom ten brzmi jednak groźnie nie na poziomie wygłaszanej frazy. Kryje się za nim totalna zmiana porządku - przejęcie władzy nad artystami pozostaje jedynie emblematyczne, bo zmiana będzie przecież dotyczyć wszystkiego, nie tylko świata sztuki, skoro jej wartość jest zawsze umowna lub (najwyżej?) pozorna. Nowej władzy musi chodzić o każdą z przestrzeni życia. Także - o wolność słowa. I wcale nie przez działania podskórne. Przeciwnie - na wierzchu wszystko widać przecież wyraźniej i bez najmniejszego wstydu. Dokładnie tak, jak w kilkuminutowym filmie z wydarzeń we Wrocławiu, gdy pod magistratem (SIC!) korzystający z demokratycznego prawa do zebrań czy wyrażania sprzeciwu narodowcy skandowali ksenofobiczne hasła i spalili kukłę imitującą postać Żyda. Na finał spektaklu powiało grozą. Nie po to, by zaskoczyć. Ale by po wyjściu z teatru znaleźć odwagę i po swojemu zareagować. Każdy z widzów chyba zapytał: czy to naprawdę mogło się zdarzyć w tak (!) obciążonym przeszłością Breslau? We Wrocławiu, mieście, które stało się Europejską Stolicą Kultury 2016 roku? Ubolewanie typu "niestety" jest tyleż stosowne, co konieczne, by za cenę sprzeciwu starać się mimo wszystko nie wierzyć, że "Oni" stoją przecież tak blisko nas.

Trudno by chyba o większą aktualność słów i przestróg Witkacego. Jeśli przewraca się on teraz w grobie (gdziekolwiek taki wszak jest), z pewnością nie czuje satysfakcji z powodu bezwzględnej celności własnych proroctw.

Teatralnie wygląda to tak: wszystkie miękkie poduszki buduarowego salonu w kulminacyjnym momencie spektaklu oświetlone zostaną laboratoryjnym, przeszywającym światłem. W jego barwie nikną nawet czerwone róże, które barokową ramą oplatają scenę. Rychło pojawiają się smutni panowie od rewolucji kulturalnej, obstawieni sekundującym im motłochem. Dobrze są te sceny rozegrane - gmin trzyma się razem w dwóch zwartych szeregach i ogłasza, że "najprzód zniszczyć", [a] "potem stworzyć". Brzmi znajomo.

Snuta z wolna i - celowo - nieco niemrawo wcześniej opowieść o "niepodległości trójkątów" ustępuje miejsca groteskowemu pohukiwaniu nowej władzy.

Siłą tego spektaklu jest z pewnością tekst oraz adaptacja Małgorzaty Maciejewskiej. Dramat został skrócony i w niektórych partiach inkrustowany dodatkowymi frazami, wszystkie jednak pokazują stan wyrażany przez jedną z służących: "Odwróciło się na odwrót naszej państwowości".

Debiutujący reżyser, Oskar Sadowski pokazał, że potrafi zestroić sens słów z wymową obrazu. Udowadnia to (przykładowo) niezwykle przekorna, pantomimiczna scena erotyczna, w której odgrywający ją aktorzy nie dotykają się, ale jedynie synchronizują mechaniczne ruchy. W codzienności rywalizują, w intymności pozostają sobą ostentacyjnie znudzeni. Widzowie wrocławskiego teatru mogą mieć wrażenie deja vu, jakby wracali do sugestywnych przedstawień pantomimy Tomaszewskiego.

Równie umiejętnie pokazana została w spektaklu zemsta. Po przewrocie - nad Spiką pastwi się jej były kochanek, uzbrojony w siłę nowej władzy. Oprawca w czarnym kasku uświadamia, że motywacjom ideologicznym, wizjom stworzenia dobrego państwa, wtórują też (zawsze?) motywacje osobiste. Zemsta na tych, przez których kiedyś zostałem pokonany, najczęściej stanowi koło zamachowe przewrotu.

A widzowie? Nie pozostają w cieniu. Surowe światło "nowego" ich również zaczyna obejmować. Od dołu, spod foteli są podświetlani, a raczej - prześwietlani. Przy okazji trudno nie dostrzec, że siedząca obok kobieta ściąga na czas spektaklu buty (!!!). Jakże chciałoby się tego nie widzieć. Już lepiej, by pozostała w swoich (najwyraźniej niewygodnych) szpileczkach. Uwierałyby ją wprost proporcjonalnie do tego, co sceniczny przekaz.

Wraca teatr zaangażowany (dobry znak w świecie, gdzie WSZYSTKO jest polityczne, łącznie z powietrzem) - życie zatoczyło niesamowitą pętlę. Szkoda jednak, że demony prześladujące Witkacego doszczętnie nie przeszły do historii. Ciągle (i niestety) się budzą. W scenicznym otoczeniu "Onych" zawzięcie grożą palcem prawej ręki.