Leon Charewicz: Jestem podobny do Spacey'ego, ale pytanie brzmi: no i co z tego?

- Za moich czasów po teatrze chodziło się przy ścianach, kiedy korytarzem szedł starszy aktor, a już, nie daj Boże, z doświadczeniem i nazwiskiem. Dzisiaj wszystko spsiało - mówi Leon Charewicz, aktor Teatru Współczesnego w Warszawie.

«Przez pierwsze lata życia mieszkał na dzisiejszej Białorusi. Przed studiami z kolegami z kapeli grał na kilku weselach i wiejskich zabawach. Przyznaje, że nie lubi się chwalić i do dzisiaj nie wiem, dlaczego wybrał ten zawód.

Muszę stwierdzić, że jest pan tajemniczą osobą.

- Dlaczego?

Informacji na temat pańskiego życiorysu jest niewiele. Jedynie data

i miejsce urodzenia, rok ukończenia studiów i debiutu w teatrze, nazwy teatrów, których był pan aktorem, i długa lista filmów, seriali i spektakli z pana udziałem. Wywiadów również mało pan udziela.

- No i chwała Bogu, bo dlaczego mam się chwalić? Życie prywatne to życie prywatne. I tyle.

Rozbudujemy trochę pański życiorys w naszej rozmowie?

- Z góry panu mówię, że o moim życiu prywatnym nie powiem panu nic.

Ale mi chodziło o życiorys zawodowy.

- A no, to chyba że tak.

Zacznijmy od miejscowości, w której się pan urodził, czyli Michapi

w Związku Radzieckim. Nie znalazłem żadnej informacji na jej temat.

- To jest błąd, nazwę tej miejscowości już kiedyś prostowałem. Michapi wpisano nam w dokumenty, kiedy przyjechaliśmy do Polski. Ta miejscowość nazywa się Michale, a raczej nazywała, bo już nie istnieje. To była maleńka mieścina na dzisiejszej Białorusi, która leżała jakieś sto kilometrów na wschód od Wilna. Przed wojną to były kresy. Tam się urodziłem, a później w ramach repatriacji przyjechaliśmy z matką do Polski.

A tata?

- Nie bardzo chciał przyjechać. Został, ale powiem panu, że odbyło się to bez bólu z mojej strony.

Ktoś z pańskiej rodziny był aktorką lub aktorem?

- Nikt. Sam kilka razy zastanawiałem się, dlaczego wybrałem ten zawód. Nie mieszkałem w dzieciństwie i młodości w dużym mieście, a będąc w szkole, w teatrze byłem może ze dwa razy. Nie wiem, skąd to się wzięło, może po rodzicach? Matka mi opowiadała, że ojciec miał artystyczną duszę, ponieważ grywał na harmonii i był duszą towarzystwa. Mama natomiast nie miała żadnych zainteresowań w tym kierunku.

Myślałem, że o tym, żeby zostać aktorem, pomyślał pan - jak większość aktorów - na lekcji polskiego albo po którejś ze szkolnych akademii.

- Nie udzielałem się specjalnie na akademiach, nie recytowałem też wierszy. Jedyne co, to z kolegami ze szkoły założyliśmy zespół muzyczny. Czasami na akademiach śpiewaliśmy okolicznościowe piosenki. Z czasem zaczęliśmy grać na weselach i wiejskich imprezach.

Był pan wokalistą?

- Między innymi. Grałem też na gitarze i perkusji. To nasze granie trwało ze dwa, trzy lata.

Byliście rozchwytywani?

- Nie aż tak bardzo. Kilka wesel, a latem zabawy w remizach. Było zabawnie. Goście się bili, taka była tradycja. A później zdawałem do szkoły teatralnej w Łodzi. Nie dostałem się za pierwszym razem.

Dlaczego?

- Sepleniłem.

I to był jedyny powód pańskiego nieprzyjęcia na studia?

- Innych problemów nie było. Za drugim podejściem pani profesor Wojutycka od dykcji powiedziała, że przyjmie mnie na własną odpowiedzialność i wyciągnie mnie z tego seplenienia. Bardzo się przyłożyłem przez pierwszy rok, codziennie miałem ćwiczenia z trzymanym między zębami korkiem od wina. Na czwartym roku otrzymałem jedną z najwyższych ocen za dykcję. Wysiłek był jednak ogromny, po pierwszym roku miałem poprawkę komisyjną z tej dykcji.

Co pan robił przez rok, kiedy nie dostał się na studia?

- Pojechałem do Jeleniej Góry. Zapisałem się do dwuletniego studium nauczycielskiego na język rosyjski. Urodziłem się i przez sześć lat mieszkałem w ZSRR, więc nigdy nie miałem z tym językiem problemów. Później zrobiłem praktyki. Ciągnęło mnie jednak do szkoły aktorskiej. Pewnego razu do naszego studium przyszedł aktor teatru jeleniogórskiego i zaangażował nas do bajki "Dzikie łabędzie". Graliśmy spektakl w zawodowym teatrze, jeździliśmy z nim po okolicy. Wstąpiłem też do kółka dramatycznego. A później wróciłem do Łodzi na egzamin.

Nikomu nie przeszkadzało, że pan seplenił?

- To nie była aż tak duża wada, ale teraz sobie uświadamiam, że mogła przeszkadzać. Dzisiaj natomiast, jeśli pooglądamy telewizję, to można odnieść wrażenie, że seplenienie nikomu nie przeszkadza.

Z kim pan był na roku?

- Z Mariuszem Benoit, Markiem Frąckowiakiem, Krzyśkiem Janczarem, Baśką Dziekan, Halinką Rasiakówną, która do dzisiaj jest aktorką we Wrocławiu. Krzysiek Majchrzak był z nami przez dwa lata, później się przeniósł do Warszawy. Fajny mieliśmy rok. Rozpoczynało nas 23 osoby, skończyło siedemnaście.

Anna Szymańczyk, aktorka z Olsztyna, z którą niedawno rozmawiałem, mówiła, że kilka lat temu razem z nią na pierwszy rok do Akademii Teatralnej w Warszawie zdawało 800 osób. Przyjęto dwadzieścia.

- Bo dzisiaj większość chce w serialach grać. To są główne marzenia: nie teatr, ale serial. Taki świat się zrobił i co zrobić?

W serialu też czasem dobrze zagrać.

- Tak, ale nie przede wszystkim. Nie wiem, ale młodzi ludzie chyba mało rozumieją... Chcą szybko zarobić i być popularnym. Kiedyś nie było takich pragnień. Kiedy ja kończyłem studia, było wręcz odwrotnie. Tworzyły się grupy, które jechały na prowincję do Jeleniej Góry czy Płocka. Myślenie o teatrach bliżej Warszawy było dopiero po kilku latach.

Wkurza to pana czy jest panu przykro?

- Przykro mi. Za moich czasów po teatrze chodziło się przy ścianach, kiedy korytarzem szedł starszy aktor, a już, nie daj Boże, z doświadczeniem i nazwiskiem. Dzisiaj wszystko spsiało. Młodzi nie mają się do czego odnieść.

Nazwiska takie jak Łomnicki, Zapasiewicz, Holoubek nic nie znaczą. W teatrze również nie brakuje ambitnych ludzi, ale jest to jednak niewielki procent. Nie bardzo chce im się pójść do Koszalina czy Zielonej Góry. Gdzie tam! Wszyscy chcą być w Warszawie. I dlatego mamy kilkaset bezrobotnych osób, które tłuką się po różnych castingach do głupich reklam. Lepiej już nie będzie.

Myśli pan?

- Tak, widzę to od czasu tej naszej tzw. wolności. Jakościowo wszystko idzie w dół, robi się nijako. No... Trochę pana zasmucam, prawda?

Więc się rozchmurzmy! Natknąłem się niedawno na zdjęcia rekwizytów, które zostały wykorzystane w filmie "Kingsajz", w którym zagrał pan Gila, krasnala nadszyszkownika Kilkujadka, w którego rolę wcielił się Jerzy Stuhr. I zdjęcia tej starej willi przy ul. Wólczańskiej 17 w Łodzi, która posłużyła jako kraina krasnoludków Szuflandia. Te rekwizyty były wręcz imponujące!

- Dzisiaj są komputery i wystarczy, że aktor stanie w pomieszczeniu na zielonym tle. A w latach 80. te rekwizyty to była tak zwana chałupnicza robota. Zlew czy łyżeczka miały po kilka metrów wysokości, były większe od człowieka. Właśnie przypomniała mi się jeszcze wytwórnia filmów w Łodzi przy ul. Łąkowej i piękne hale, w których są dzisiaj jakieś magazyny...

Podczas kręcenia filmu "Kingsajz" mieszkał pan jeszcze w Łodzi?

- Tak, ja po szkole pracowałem tam 15 lat. Najpierw, przez 5 lat w Teatrze Nowym u Dejmka, a później w Jaraczu. Dopiero później przeszedłem do Warszawy. Ci, którzy przyjeżdżają po raz pierwszy do Łodzi i na krótko, mówią, że to ohydne miasto. To nieprawda. Można polubić Łódź, jeśli się w niej dłużej pobędzie. Ma swoje klimaty.

Chciałby pan zagrać w thrillerze?

- Pewnie, że tak. Każdy rodzaj filmu jest ciekawy. I komedia romantyczna, i thriller, i kryminał. Może najmniej chciałbym zagrać w "Gwiezdnych wojnach". Bo to wie pan, maskę panu założą i biega pan jak idiota. Widział pan film "Birdman"?

Tak. W 2015 roku zdobył Oscara w kategorii najlepszy film, a także statuetki za reżyserię, najlepszy scenariusz oryginalny i najlepsze zdjęcia.

- Główny bohater tego filmu (obraz przedstawia historię aktora, który niegdyś był gwiazdą filmów o superbohaterze, jego sława już przygasła, a on walczy, aby odzyskać dawną popularność - przyp. red.) chciał coś w końcu zrobić, zagrać coś naprawdę.

Zapytałem o tego dreszczowca, bo niektórzy telewidzowie chcieliby pana w nim zobaczyć. Tak piszą w internecie.

- To nie ode mnie zależy, ale od reżyserów, scenarzystów i producentów. Dzisiaj główne założenie jest takie, że najpierw muszą zagrać gwiazdy, by film się sprzedał. Ludzie mają iść do kina i mniej istotnie jest to, czy film będzie dobrze zrobiony. Jak się uda, to fajnie, jak nie - też dobrze. Wszystko zrobiło się komercyjne. Reżyserzy filmów nie chodzą do teatrów, bo są leniwi i - jak w dowcipie - nie lubią przez dwie godziny być i oglądać aktorów w ogólnym planie. Przestałem już się tym przejmować. Jestem w teatrze i jest mi dobrze. Zagram w filmie, to dobrze, nie zagram, to też nie ma tragedii.

Skoro jesteśmy przy teatrze. W maju można pana obejrzeć w spektaklach: "Niepoprawni (Fantazy)", "Najdroższy", "Taniec albatrosa", "Posprzątane" i "Hamlet". Nie może pan narzekać na nudę.

- Nie mogę i nie narzekam. Wcześniej, przez 10 lat jeździłem z Zapasiewiczem po Polsce z Czechowem, "Kubusiem Fatalistą", "Ławeczką". Zwiedziłem Polskę i było bardzo przyjemnie (śmiech). A teatr Jaracza w Łodzi to był świetny teatr! Dyrektorem był wtedy śp. Bogdan Hussakowski. Coraz mniej jest dzisiaj takich zespołowych teatrów. A nie da się zrobić teatru, zbierając aktorów na chwilę. Trzeba znać ludzi, jest wtedy inna więź, która przekłada się na scenie.

To tak samo jak w przypadku piłkarzy.

- No właśnie! Co z tego, że na boisko wybiegną gwiazdy, skoro nic się nie składa do kupy?

Od 1997 roku jest pan aktorem Teatru Współczesnego w Warszawie. Głęboko zarzucił pan kotwicę.

- To jest, nie chwaląc się, jeden z ostatnich teatrów, w którym jest zespół. Dodatkowo świetnie prowadzony przez Macieja Englerta, który zna się na rzeczy. Dobrze mi tu i nie chcę niczego zmieniać. Zresztą gdzie i na co? Mógłbym do Słobodzianka pójść (Tadeusz Słobodzianek jest dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru Dramatycznego w Warszawie - przyp. red.). Nie mam jednak powodów, by się przeprowadzać.

Coś jeszcze chciałby pan dodać do swojego życiorysu?

- Nie jestem zachłanny. Dzisiaj młodzi się promują i wiem, że tak trzeba. Ja zostałem jednak inaczej wychowany. Kiedyś poszedłem na bankiet na zakończenie jakiegoś serialu. Ścianka była ustawiona zaraz przy wejściu. Nie stanąłem do zdjęcia i usłyszałem pytanie ze zdziwieniem: Dlaczego?

Spojrzeli pewnie na pana jak na jakiegoś dinozaura.

- Albo jak na idiotę, skoro nie chce być na ściance. A po cholerę mi ona? Co ona mi daje? Po co mam później czytać 90 proc. nieprawdziwych informacji o sobie? W portalach społecznościowych również mnie nie ma i nigdy mnie nie będzie. Jak mam do kogoś interes, to wezmę do ręki telefon i zadzwonię.

Ja do pańskiej biografii dodałbym jeszcze to, że niektórzy telewidzowie upatrują w panu Kevina Spacey'ego.

- Słyszałem to od koleżanek i kolegów.

I co pan na to?

- (śmiech) Spacey to świetny aktor. A podobieństwo? No i co z tego, że jestem do niego podobny?!

***

Leon Charewicz urodził się w 1951 roku. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi (1974). Od 1997 roku jest aktorem Teatru Współczesnego w Warszawie. Wystąpił w filmach, m.in. "Kingsajz", "Katyń" i serialach, m.in "Matki, żony i kochanki", "Oficer", "Graczykowie". Jest także aktorem dubbingowym.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego