powiększwersja do drukupoleć znajomemu

...i jeszcze mi smutniej

To, co w majowe przedpołudnie walnęło mnie w głowę obuchem, że aż na chwilę ogłuszyło, to spotkanie z katastrofą polskości, jaką Mickiewicz opiewając tworzył, jakiej pisząc usiłował dać życie inne niż tylko w słowie i poetycko zinstrumentalizowanej tęsknocie... - pisze Dariusz Kosiński.

O żywoklasycznych podróżach, spotkaniach i doświadczeniach, które są udziałem moim i grona współkomisjantów staram się nie pisać i publicznie nie opowiadać, przyjmując zasadę, że przed wydaniem wspólnie ustalonego werdyktu niczego nie komentujemy i żadnych sygnałów nie wysyłamy. Tym razem jednak złamię tę zasadę, bo doświadczenie silne a nie dotyczy inscenizacji czy instytucji teatralnej, ale tego, co - jak wszyscy wiemy - jest teatru sednem: spotkania z widzami, niepowtarzalnego i zawsze odmiennego, zaskakującego i ujawniającego w bezpośrednim przeżyciu znaczenia i stany sytuacji, o których możne nawet nie śniło się twórcom.

Przedstawienie "Pana Tadeusza" (na zdjęciu) w reżyserii Mikołaja Grabowskiego według jego i Tadeusza Nyczka adaptacji "narodowej epopei" obejrzałem w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie na przedpołudniówce granej o barbarzyńskiej jak na teatr porze - 10 rano. Lubię oglądać przedpołudniówki. Te przedstawienia, o których wiadomo, że są adresowane do młodzieży zwolnionej z zajęć szkolnych, traktuję jako rodzaj testu na zaangażowanie i profesjonalizm teatru. Sam - uczeń prowincjonalnego liceum, ale z dyrektorem teatromaniakiem na czele - chłonąłem teatr naiwnie na takich właśnie przedstawieniach i wiem, jak mogą być ważne. Wiem też, jak trudno aktorom i współpracującej z nimi ekipie utrzymać w ich trakcie wysoki poziom zaangażowania i skupienia, jak łatwo ulec pokusie machnięcia ręką i odpuszczenia, gdy widownia nie reaguje, nie słucha, albo mniej lub bardziej demonstracyjnie ujawnia przymus, który ją do teatru sprowadził, często może pierwszy, a często może i ostatnie raz w życiu.

Po kilku przedpołudniówkach, także widzianych daleko od wielkich centrów teatralnych, mogę powiedzieć, że opinia o teatralnych chałturach dla szkół to krzywdzący fałsz. Aktorzy naprawdę walczą o zainteresowanie młodej widowni i nawet jeśli niekiedy tę walkę przegrywają, to nie jest to ich wina. Czasem po prostu przedstawienie nie jest "szkolne", czasem opór materii zbyt wielki. Jednak wykonawcom żadnej z przedpołudniówek, które widziałem, nie sposób zarzucić braku profesjonalizmu, czy lekceważenia widzów. Wprost przeciwnie: często mam wrażenie, że właśnie o tych "świeżych" walczą szczególnie, czasem w tej walce osamotnieni i wystawieni bez wsparcia na pierwszy front.

W Lublinie też walczyli. Sala wypełniona wyłącznie młodzieżą. Część wygląda na młodsze klasy liceum wysłane do teatru na czas, gdy nieco starsi piszą matury, jest też chyba jakaś grupa gimnazjalna, o ile moje możliwości określenia wieku nastolatków nie błądzą, a zbłądzić w ocenianiu wieku tego wieku łatwo. Mam wrażenie, że jestem jedynym widzem, która nie został tu wysłany przez szkołę.

Przedstawienia oceniać nie mogę, ale przecież wiadomo, jakim mniej więcej językiem teatralnym posługuje się Mikołaj Grabowski. Wiadomo też, że nie jest reżyserem wypierającym ze świadomości obecność widzów. Scen, w których aktorzy wyraźnie się do nich odwołują, jest wiele, a i strategie tych odwołań rozliczne: monologi wprost do widzów mówione, solowe popisy wokalne, zbliżające się czasem do estradowego występu, to znów pobrzmiewające rapem, wejścia na widownię, zmiany miejsc, z których się mówi. Dzieje się dużo i rozmaicie, ale z każdą kolejną sekwencją coraz bardziej niepokojąca jest cisza, która panuje na sali. Nawet nie cisza, tylko jakaś taka pustka, próżnia wręcz. Jakby wszystkie impulsy idące ze sceny - słowa, dźwięki, nuty, gesty i obrazy - wpadały w czarną dziurę. To nawet nie jest ten chłód, o którym w banalnym wyrażeniu pisze się czasem, że wieje z widowni. To nie jest niechęć, obojętność, znudzenie. To jest nicość - czarna dziura czarna niemal idealnie. Nie rozbłyskuje w niej żywszą reakcją prawie nic - ani dowcipy, ani piwniczno-wzruszające pieśni tęsknoty, ani poezja, ani przewrotność. Nawet song o Zosi - prawdziwa batalia stoczona głosem i ciałem aktorki wspieranej przez kompozytora. Między sceną a widownią wydają się nie przebiegać żadne nici porozumienia.

Gdy kończy się pierwsza część i zapala światło, młoda widownia siedzi nieruchomo. Najwyraźniej nie wiedzą, co mieliby teraz zrobić. Dopiero gdy nauczycielki ich pouczają, wstają i wychodzą. Są całkowicie zagubieni, pozbawieni choćby podstawowych umiejętności bycia i zachowywania się w tym dziwnym miejscu. W teatrze.

Zaczynam myśleć, że to chyba o to chodzi. Czarna dziura na widowni jest wynikiem ich niewiedzy! Jedyne, co powiedziały im ich nauczycielki, to żeby siedzieli grzecznie, nie ruszali się i broń Boże nic nie mówili, nie komentowali. Same dają tego doskonały przykład: nie śmieją się, nie klaszczą, nie pomrukują - siedzą kulturalnie, cicho i grzecznie, generując tę czarną dziurę, w którą wpada "Pan Tadeusz". Wiadomo przecież, że o reakcjach widowni decyduje często kilka osób, które nieświadomie stają się jej koryfeuszami, inicjując określone reakcje, rozpędzając autopoetyczną pętlę sprzężenia zwrotnego. Na lubelskiej przedpołudniówce najwyraźniej nikogo takiego nie było, więc pętla zamiast rozpędzić się między sceną a widownią, poszła bokiem, objazdem i rykoszetem i niespodziewanie uderzyła w tył głowy, czymś zaskakującym i bolesnym, przekonującym, że to nie tylko niewiedza, co właściwie w tym teatrze się robi.

Bo to przecież "Pan Tadeusz" był - narodowa epopeja, o której polonistki starej daty mówiły z przejęciem, że można się z niej polskości nauczyć, że to matecznik ojczyzny naszej. A skoro to "Pan Tadeusz" i ta ojczyzna, co się w słowie odradza, to przecież nie da się nie mówić. Grabowski przy wszystkich inscenizatorskich zabiegach, czasem wręcz trikach, tworzy teatr słowa. I tego słowa właśnie nikt nie słyszy. Nie słyszy - powtarzam, a nie że nie słucha. Młodzież - grzeczna i karna - słuchała. Tylko nie słyszała nic, bo ten język hiperojczysty jest dla niej językiem obcym i ta ojczyzna obca jest, jak jakaś planeta z odległej galaktyki. Czarna dziura publiczności wchłaniała ją i przemieniała w nicość nie z wrogości, ale z braku jakichkolwiek dających się odczuć wspólnych punktów żywych. Świat sceny i świat widowni, całkowicie sobie niewspólne, mijały się krążąc każdy po własnej orbicie.

Już słyszę przyjaciół konserwatystów i standardowe narzekania na "liberalne spustoszenie w dziele upowszechniania dziedzictwa narodowego" i "budzenia miłości do wielkich dzieł naszej tradycji". Ale to naprawdę, drodzy, nie o to idzie, choć na pewno będziecie próbować zmieniać te orbity i planety ku sobie zbliżać. To, co w majowe przedpołudnie walnęło mnie w głowę obuchem, że aż na chwilę ogłuszyło, to spotkanie z katastrofą polskości, jaką Mickiewicz opiewając tworzył, jakiej pisząc usiłował dać życie inne niż tylko w słowie i poetycko zinstrumentalizowanej tęsknocie...

Adaptacja Grabowskiego i Nyczka jest tak skonstruowana, że pomiędzy kolejne sekwencje opowiadanych chronologicznie wydarzeń wplątane są śpiewane fragmenty "Epilogu" i "Inwokacji", wyrażające tęsknotę za Polską i podsiąkniętą rozpaczą nadzieję, że kiedyś uda się do niej "cudem" wrócić. Podmiot tych pieśni to zbiorowe "my" i na scenie też śpiewa je podmiot zbiorowy - chór aktorski, który tego "Pana Tadeusza" wiedzie polonezem i mazurem słów. Przywykłem myśleć, że to "my" i jego tęsknota są historycznie ukonkretnione, że to polscy uchodźcy przeganiani przez Francuzów dokładnie tak samo jak dzisiejsi Polacy przeganiają uchodźców z Syrii, żalą się i śnią o powrocie do kraju, który kiedyś znali, który jest, a tylko oni nie mają do niego dostępu. Że wystarczy, by to, co nie pozwala im wrócić, sczezło, a ten kraj, Polska, odrodzi się - inny oczywiście, bo czas wszystko zmienia, ale przynajmniej drzewa, chmury, wiatr, grzyby i żaby pozostaną te same. Otoczony czarną dziurą w lubelskim teatrze zrozumiałem, że to nieprawda. Przecież wiemy dobrze: tamtego świata nigdy nie było. Mickiewicz go wyśnił i wyidealizował, przemienił w mit, w Arkadię, której jedyną formą istnienia są jego słowa. Wciąż pewnie jest wielu, którzy je czytają, słyszą lub przynajmniej chcą usłyszeć. Ale ten cały świat, cała ta Polska w słowie żyjąca nie ma nic wspólnego z tym, w czym żyjemy. Żadni "my" nie zostaliśmy cudem przywróceni na ojczyzny łono. Nikt żywy w kraj rodzinny nie powrócił. Zostały resztki i upiory. Krwawe orły na czarnych tiszertach, hasła do skandowania, albo beka. CHWP i CHWDP.

Możliwe, że tak to już jest i nie ma co tak przeżywać. Możliwe, że trzeba się otrząsnąć i ucieszyć, że przynajmniej w teatrze jeszcze te widma mogą się pojawić, że te Dziady Soplicowskie, to wywoływanie nieodprawionych upiorów "kraju lat dziecinnych", polskiej Arkadii wciąż się w teatrze odprawia. Możliwe nawet, że i z tym trzeba się pożegnać i w ogóle przestać gadać o Arkadiach, zająć się rzeczywistością, zapytać czarną dziurę o jej własne życie, wejść w jej ciszę i udzielić jej głosu. To ostatnie na pewno, na pewno tak. Ale wychodząc z teatru spoglądam na wiszący nad foyer portret jego patrona i nie mogę się opędzić od wrażenia, że dostrzegam na jego twarzy bezradność i poczucie klęski.