powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Maria Stuart" i Houellebecq

"Maria Stuart" Friedricha Schillera w reż. Szymona Kaczmarka w teatrze PWST w Krakowie. Pisze Piotr Urbanowicz.

"Maria Stuart", spektakl dyplomowy IV roku studentów krakowskiej PWST, w założeniach jego twórców miał być odpowiedzią na aktualny kryzys społeczno-polityczny. Kryzys demokracji, narastanie tendencji nacjonalistycznych, napięcie społeczne, słowem - wszystko to, co z wielkim wyczuciem oddał w swojej Uległości Michel Houellebecq. Nazwisko francuskiego powieściopisarza pada zresztą w prologu wygłaszanym w foyer. To jawne wpisanie się w aktualny dyskurs ustanawia ramę dla snutej później na scenie tragicznej opowieści o losach Marii Stuart.

Dramat Friedricha Schillera, jednego z najważniejszych reprezentantów "burzy i naporu" jest w zasadzie połączeniem znanej z klasycznego dramatu elżbietańskiego mechanizmu władzy z ważnym dla romantycznego przesilenia kultu uczucia. Rzeczywiście daje to podstawy do wysnucia analogii między stanem dzisiejszej demokracji, hierarchii wartości - przekładającym się na pewien kryzys uczuć, czy szerzej: relacji społecznych, oraz dramatem królowej Elżbiety rozbitej między obowiązkiem rodzinnym a politycznym.

A jednak, i chciałbym to podkreślić, ten gest uaktualnienia pozostaje pusty i w zasadzie nic nie wnosi do... świetnie poprowadzonego na scenie dramatu. Podstawienie zamiast katolicyzmu reprezentowanego przez królową Szkocji islamu nie wystarczył, żeby konflikt religijny ożył na scenie. Zresztą wieszczony przez Houellebecqa konflikt, jak chciałby tego reżyser przedstawienia, nie jest w zasadzie konfliktem, bo powieść kieruje uwagę czytelnika na tytułową uległość, a nie opór zachodnich cywilizacji wobec islamu. Dlatego też ten gest narracyjny wydaje mi się chybiony, co potwierdza zresztą sama scena, na której aktorzy posługują się tekstem bez ingerencji dramaturgicznych (a więc ciągle pozostają w konflikcie anglikanizm-katolicyzm). Słowem, ta aktualizacja dramatu nie udaje się kompletnie i trzeba złożyć to na karb reżysera.

Mimo tego ciążącego w głowach dyskursu zostaje przed nami wykreowany świat zamknięty, reprezentujący konflikty charakterystyczny dla minionych epok. Scenografia przenosi nas z jednej strony do więzienia - stylizowanego na ten rodem z Guantanamo. Po drugiej stronie mamy do czynienia z przestrzenią zakulisowej władzy - wyizolowanego pomieszczenia, tego, gdzie powstają potajemne układy, a papierosy gasi się w pisuarach. Jest jeszcze jedna przestrzeń - przestrzeń publicznej prezentacji polityków i oficjalnych deklaracji - która została usytuowana na proscenium. Jest symbolicznie pusta i jednocześnie gotowa do wypełnienia. Trzeba przyznać, że scenografia Kai Migdałek świetnie reprezentuje świat rozgrywek politycznych, którą znamy z triumfujących dziś seriali kryminalnych. Ruch sceniczny został poporządkowany wyobrażeniu o długich korytarzach, które prowadzą w głąb ciemnej przestrzeni na tyłach, ale również oddają chłód i napięcie towarzyszące instytucjom władzy. Umiejscowienie scen politycznych targów "pod ścianą" znakomicie współgra z napięciem dramatycznym. Umiejętnie wyrażone w scenografii błądzenie i niepewność wyznaczają główną oś motywacji psychologicznej postaci dramatu,.

Aktorzy, moim zdaniem, dopełniają dzieła. Akcja zaczyna się jakby leniwie i rażą pewne melodramatyczne momenty (czy to Friedrich Schiller, czy to Szymon Kaczmarek?). Szczególnie, gdy Maria Stuart jest chyba zbyt widowiskowo targana i poniżana przez pilnujących ją strażników. W chwili jednak gdy dociera do nas, że (na szczęście) nie poniżanie pretendentki do brytyjskiej korony stanowi główny temat przedstawienia, lecz, że sytuuje się on w konflikcie wewnętrznym królowej Elżbiety (w tej roli znakomita Agnieszka Bielecka), akcja zagęszcza się i dynamizuje. Elżbieta organizuje wokół siebie swój dwór, promieniuje wytwornością, co znakomicie kontrastuje z niezdecydowaniem o losie swojej rywalki - królowej Szkocji. Ta, choć trzymana w uciążliwych warunkach wydaje się być pewna swojej misji. Jakiej? Islamizacji - co stanowi przedłużenie Houellebecqowskiej ramy i przez to tytułowa Maria Stuart gubi ciężar tragiczny i potencjał dramatyczny.

Nie sposób opisać wszystkich relacji, jakie zawiązują się na scenie. Warto jednak zauważyć, że wszystkie postacie tkwią w sieci władzy i uległości, interesów i moralności. Spektakl przekonuje, że schemat rozgrywek na szczytach władzy jest uniwersalny. Polityka, jak się okaże jest nie tylko domeną królów (królowych) i związanych z nimi elit, lecz dotyka każdego - np. prostych strażników. Każda decyzja obarczona jest obroną własnych interesów, gdzie problem wizerunku przenika się z obowiązkami natury moralnej. Kłamstwo to w tym świecie podstawowe narzędzie. A oprócz abstrakcyjnej, ale wspólnej wszystkim ludziom żądzy władzy, to namiętność staje się głównym czynnikiem dokonywanych wyborów. Pora chyba zdać sobie sprawę, że "racjonalny wybór" w polityce to mit - i to jest lekcja Schillera (niekoniecznie zaś Houellebecqa), którą świetnie oddali na scenie aktorzy.