Udała się Teatrowi Rozrywki polska premiera "Młodego Frankensteina"

"Młody Frankenstein" Mela Brooksa i Thomasa Meehana w reż. Jacka Bończyka w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Pisze Henryka Wach-Malicka w Polsce Dzienniku Zachodnim.

«Przedstawienie "Młodego Frankensteina" to jeden wielki, smakowity żart, imponujący realizacją na każdym poziomie inscenizacji.

Nawet w początkach drugiej części, gdy libretto Mela Brooksa i Thomasa Meehana wyraźnie rozłazi się w szwach, a akcja zwalnia, reżyser Jacek Bończyk i chorzowskie zespoły (aktorzy, tancerze, chórzyści i muzycy) wypełniają tę lukę własną inwencją i brawurowym wykonaniem. Inna rzecz, że zdarza się to tylko raz, bo Brooks i Meehan to fachowcy, znają reguły gatunku i wiedzą jak uwodzić publiczność. Oryginał "Młodego Frankensteina" zaleca się zresztą nie tylko pastiszowym charakterem opowieści, dowcipnie odwracającej klisze klasycznego horroru. Także wpadającą w ucho muzyką, w której pobrzmiewają echa znanych musicali, motywy bałkańskie (wszak jesteśmy w Transylwanii), niby operowe arie, dobry, stary swing, czy co tam jeszcze. Muzyczny koktajl stanowi idealne podłoże do zabawy słowem i żonglowania utartymi schematami, oczywiście wywróconymi przez twórców na nice. Tyle ramy pierwowzoru, których strzeże licencja. A i tak, Grzegorz Wasowski - autor przekładu i Jacek Bończyk - autor tekstów piosenek, obchodzą je gdzie się tylko da. Dowcipnie, celnie, z nutą aburdu. Mistrzostwem świata pozostanie wplecenie w libretto fragmentu noweli Bolesława Prusa (nie mogę zdradzić jakiej), pasującej notabene do całości jak ulał! Czy song Frau Blücher o jej seksualnych wybrykach (?), tak sprytnie ubrany w opowieść o wyczynach sportowych, że najsurowszy moralista nie odważy się oskarżyć teatru o obrazę obyczajów. Oklaskiwano wszystkich twórców, najwięcej okrzyków "brawo" zebrał jednak scenograf Grzegorz Policiński. Zasłużenie. W "Młodym Frankensteinie" jego igranie z formą, z jednej strony zabarwione kiczem, z drugiej - po prostu wabiące wzrok widza, jest ważnym elementem spektaklu. Bo żart narracyjny, wzmocniony żartem plastycznym kumuluje umowność, którą podszyta jest cała historia. Ten musical, nie czarujmy się, nie niesie (nie musi!) żadnego głębokiego przesłania, nie pochyla się z zadumą nad losem brzydkiego Potwora o gołębim sercu (i niezłej potencji). To tylko zabawa. Ostatecznie krzywda się przecież człekoludowi nie dzieje, a finałowe "kochajmy się" też swoje znaczy. W podobnej, pastiszowo-groteskowej, konwencji grają aktorzy, bawiący się chyba postaciami równie dobrze, jak publiczność. Najbliżej realizmu sytuuje się Artur Święs w roli Fryderyka, ostatniego (na razie?) z rodu Frankensteiniów, który trafia w transylwańskie szaleństwo z własnego wyboru, choć niekoniecznie z własnej chęci. I jakoś się w krainie grozy próbuje odnaleźć. Za to mieszkańcy zamczyska oporów przed własną dziwacznością nie mają, bo się do niej nie poczuwają. Niezłe panoptikum funduje nam zatem reżyser. Każda z postaci to osobny charakterek, podkreślany przez aktorów odmiennymi środkami scenicznymi i kostiumami Anny Chadaj. Najtrudniej rozpoznać Dariusza Niebudka udanie kreującego Igora. Aktora zmienia charakteryzacja, sposób mówienia, a nawet interpretacja partii wokalnych. No, nie spodziewaliśmy się takiej metamorfozy, naprawdę dobra robota. Potem do akcji wkraczają trzy silne baby. Wszystkie rozerotyzowane, każda na inny sposób. Jasnowłosa Inga - Anna Surma - skrzyżowanie przaśnej, jodłującej (pochodzi z Tyrolu?) wiejskiej dziewoi z bezpruderyjną amatorką seksualnych podniet. Dla odmiany Frau Blücher, w interpretacji Marii Meyer, wygląda jak uosobienie stateczności, ale pod jej czarną suknią kryje się temperament, że daj Boże zdrowie (panom, żeby ten temperament wytrzymali). Największą przemianę przechodzi jednak, pańcia-elegańcia Elżbieta Benning. Wioletta Białk wyposażyła ją w seksapil, którego bohaterka długo (do "randki" z Potworem) nie okazuje. Ale jak już jej się bycie amantką spodobało, to Cała ta zabawa z horrorem "na opak" nie byłaby tak urokliwa, gdyby nie znakomite wykonanie artystów Teatru Rozrywki. Śpiewaków pod wodzą Ewy Zug, tancerzy pod choreograficzną pieczą Ingi Pilchowskiej i orkiestry pod batutą Mateusza Walacha. I gdyby nie wysiłek ekip technicznych, dzięki którym potężne widowisko działa jak precyzyjna machina.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego