Dziady w całym kraju

Jak Polska długa i szeroka, niemal wszędzie grają "Dziady". Po raz kolejny Mickiewicz trafia pod strzechy. "Dziady" w całym kraju - pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

«Okazało się, że Mickiewiczowskie "Dziady", korona dramatu romantycznego, która miała już na zawsze zamieszkiwać archiwa, stają się hitem teatru. Ze zdumieniem odkryli to twórcy wrocławskich "Dziadów", najśmielszego projektu w historii realizacji scenicznych dzieła Mickiewicza. Michał Zadara bowiem ze swoją ekipą podjął się zadania wystawienia całych "Dziadów", literalnie całych - i dokonał tego. Całe "Dziady" miały być wydarzeniem jednorazowym, może na kilka pokazów, tymczasem 14-godzinny spektakl ma zagorzałych zwolenników, a grany częściami jest wprost oblegany. Zaskoczyło to samego Zadarę, który chciał po prostu przeczytać "Dziady" od deski do deski. Przy okazji wydało się, że marzy o tym pokaźna część zwłaszcza młodej widowni. To rzeczywiście fenomen wart solidnej analizy socjologicznej.

Dramat w stanie spoczynku

Tak więc proklamowany przez prof. Marię Janion w połowie lat 90. koniec paradygmatu romantycznego ("Zmierzch paradygmatu", 1996), jak uczenie nazwała wyczerpanie się tego wzorca kulturowego jako klucza do opisu świata wobec zmiany rzeczywistości społeczno-politycznej, to nieporozumienie. Dramat romantyczny nie tylko nie zniknął z afisza, ale nawet po okresie pewnego stanu spoczynku, zafascynowania złudną ideą Francisa Fukuyamy o "końcu historii" (1989), wrócił z impetem i zaczyna przeżywać kolejną młodość.

Co ciekawe, nadspodziewanie wielką widownię skupiają inscenizacje "Dziadów", wystawiane dawniej od czasu do czasu. Grano je raczej dla honoru domu niż z przekonaniem, że naprawdę mogą kogoś poruszyć czy zainteresować. Każda premiera wzbudzała podziw dla szaleńczego trudu, który pozwolił "Dziady" pokazać na scenie, toteż premiery były rodzajem święta. Nie mam na myśli pierwszych, odwilżowych premier, które były świadectwem kresu stalinizmu. Nic dziwnego, że towarzyszyła im atmosfera prawdziwego entuzjazmu. Inscenizacja Aleksandra Bardiniego (warszawski Teatr Polski, 1955), pełna wad i ograniczeń cenzuralnych, była autentycznym przełomem, a ówczesny Gustaw-Konrad - Ignacy Gogolewski stał się niemal bohaterem narodowym. Jego portrety zdobiły okładki prawie wszystkich tygodników. Słowem, był to triumfalny powrót do "macierzy" polskiej literatury i teatru. Potem była już głównie celebra.

Z późniejszych inscenizacji w pamięć zapadło kilka, zwłaszcza ta Jerzego Grotowskiego z opolskiego Teatru 13 Rzędów (1961) oraz pamiętna, ale bardziej z powodów politycznych niż artystycznych, inscenizacja Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym (1967) z Gustawem Holoubkiem, a także krakowska, Konrada Swinarskiego, z Jerzym Trelą w roli Konrada (1973).

Inscenizacja Grotowskiego skupiała uwagę na obrzędzie, jego niemal dosłownym odtwarzaniu. "Inscenizacja nie jest, broń Boże, parodią wieszcza - komentował Ludwik Flaszen. - Tyle w niej świadomości anachronizmu postawy romantycznej, z jej namiętną wiarą w skuteczność czynu jednostkowego, w kosmiczne znaczenie przeżycia indywidualnego - co i rzeczywistej fascynacji. Inscenizator ukazuje rozdarcie pomiędzy kabotynizmem i prawdą uczuć, pomiędzy egzaltowaną formą przeżywania a jego biedną, człowieczą rzeczywistością".

Od Treli do Żebrowskiego

Po premierze Dejmka przedstawienie Swinarskiego, które okazało się wielkim sukcesem, należało do nielicznych odważnych prób mierzenia się z arcydziełem Mickiewicza. Po zawirowaniach politycznych, kiedy to spektakl Dejmka stał się mimowolnym detonatorem wydarzeń marcowych, teatry omijały "Dziady" szerokim łukiem. Tym większe wrażenie zrobił Swinarski swoją inscenizacją, a Trela natchnioną Wielką Improwizacją. Rzecz ciekawa, że kiedy popularny w Krakowie "Dziennik Polski" ogłosił plebiscyt na najlepszy spektakl na krakowskich scenach w latach 1945-2006, to właśnie "Dziady" uzyskały najwięcej wskazań (30% głosów) i uznane zostały za najlepsze przedstawienie 60-lecia.

Grywano więc "Dziady", a raczej ich fragmenty, sporadycznie, a pod koniec lat 80. pojawiły się na afiszu swoiście schyłkowe spektakle - inscenizacje Jerzego Grzegorzewskiego ("Dziady. Improwizacje" w Teatrze Studio), Krystyny Skuszanki (Teatr Narodowy) i Grzegorza Mrówczyńskiego (Teatr Polski w Poznaniu), każda odmienna, ale wszystkie uwikłane w swój czas i przygotowane z poczuciem pewnego spętania. Potem na 10 lat zapadła cisza, grywano głównie Moniuszkowskie "Widma" i jakieś fragmenty, dowodzące, że dzisiaj "Dziadów" raczej grać się nie da. Toteż wystąpienie prof. Janion o tym, że wybiła ostatnia godzina romantyzmu, trafiało w ówczesny stan rzeczy, ale z prognozą już nie było tak dobrze. Najwyraźniej Jan Englert pomieszał wtedy szyki żałobnikom po romantyzmie. Po kilku latach przygotowań (przez dwa lata powstawał scenariusz) zrealizował wielkim nakładem pracy i środków monumentalny spektakl telewizyjny (prawie stu aktorów w obsadzie!), złożony ze wszystkich części romantycznego arcydramatu, z Michałem Żebrowskim w roli Gustawa-Konrada. 1 listopada 1997 r. w Teatrze Telewizji zobaczyliśmy pierwszą odsłonę jego "Dziadów". Englert dokonał cudu - po raz pierwszy od lat znowu rozmawiało się o teatrze. "Wybitni znawcy dramatu romantycznego - mówił wtedy w rozmowie ze mną dla "Trybuny" - sami ogłaszają koniec romantyzmu. Powiadają, że idea romantyczna upadła. A kiedy ja próbuję tę ideę romantyczną po swojemu przybliżyć młodemu pokoleniu, budzi to ich protest. Widocznie rola płaczek pogrzebowych bardzo im odpowiada". Wrażenie, jakie wywarło widowisko Englerta, nie pozostało bez echa. Dość powiedzieć, że aż do dzisiaj, czyli przez niecałe 20 lat, Mickiewiczowski poemat dramatyczny ukazał się na polskich scenach aż 50 razy (nie licząc wersji radiowych i telewizyjnych, a także spektakli amatorskich). Już tylko to świadczy, że tekst Mickiewicza nareszcie wszedł do kanonu teatralnego, bo do tej pory należał do kanonu lektur szkolnych.

Nastał więc czas na Mickiewicza, na poszukiwanie w jego utworze tropów, które wiodą do współczesności. Taki charakter mają ostatnie wystawienia "Dziadów", które tylko w ostatnich pięciu latach doczekały się aż 15 premier (nie wyłączając teatru lalkowego).

Druga młodość

Podczas ubiegłorocznych Warszawskich Spotkań Teatralnych nie przypadkiem uwagę publiczności skupiała konfrontacja dwóch skrajnie odmiennych sposobów podejścia do materii literackiej "Dziadów" - swego rodzaju pietyzmu Michała Zadary oraz nieposkromionej feerii pomysłów, ignorowania kontekstów kulturowych i warstwy symbolicznej przez Radosława Rychcika (spektakl poznańskiego Teatru Nowego). Wizualnie atrakcyjne widowisko Rychcika, aktorsko też ciekawe, okazało się spektaklem niezbyt mądrym. Przebieranie bohaterów za bojowników o wyzwolenie czarnoskórej mniejszości w Ameryce wydaje się cokolwiek wydziwione, nawet jeśli reżyserowi chodziło o sprawdzenie, jak nasz sławetny "paradygmat" przydaje się do rozpoznania sytuacji na innym kontynencie i w innym czasie. Ale jeśli dodamy do tego Jokera, który pełni w tym spektaklu honory Guślarza, otrzymamy jednak pomieszanie z poplątaniem, chwilami zabawne, ale po większej części pozbawione głębszego sensu.

Przy czym te zwariowane "Dziady" Rychcika mniej uwierały dzięki "Dziadom" Zadary. Skoro są "Dziady" porządnie przeczytane, a przynajmniej całe, można sobie pozwolić na wariacje. Także z tego powodu pomysł Zadary zasługuje na uznanie, zwłaszcza że reżyser znalazł dla tego czytania atrakcyjną formę i doskonałych wykonawców. Dotyczy to szczególnie Bartosza Porczyka, który objawia siłę niezwykłą, wydobywając z tekstu dziesiątki niuansów, różnicując je emocjonalnie i intelektualnie, nadbudowując muzycznie - fragmenty śpiewane dodają monologowi mocy. Porczyk oddaje na scenie szaleństwo odtrąconego kochanka, ból straty, gorycz, zagubienie i wiele innych stanów ducha. Jego kreacja to nie tylko wielkie osiągnięcie aktorskie i wielka rola, to zracjonalizowana metafora.

Najnowsza inscenizacja "Dziadów" w Teatrze Narodowym, dzieło litewskiego reżysera Eimuntasa Nekrośiusa, nacechowana jest charakterystycznym stylem pisma tego artysty. Choć niełatwa w odbiorze, zbiera znakomite recenzje. Odkrywcze interpretacje tekstu, intymna Wielka Improwizacja tchnąca autentyzmem w wykonaniu Grzegorza Małeckiego, żywe obrazy jak z sennych widziadeł i groteskowych baśni oraz trafnie podpatrzone obyczaje i mentalność zbiorowa są siłą tego przedstawienia. Zdumiewająco śmiała scena widzenia Księdza Piotra w wykonaniu Mateusza Rusina nawiązuje wprost (jeśli nie jest wręcz cytatem) do zachowań publicznych ks. Jacka Międlara, który w ostatnim roku stał się idolem skrajnej prawicy. Jak widać, spektakl Nekrośiusa wprowadza fragmenty rzeczywistości, dopiero co wykluwającej się i budzącej niepokój. To niezwykły dar widzenia zagrożeń i pulsu współczesności w przedstawieniu demonstracyjnie uniwersalnym.

Skąd ta więcej niż moda na "Dziady"? Oto pytanie. To oczywiste, że ukazują biografię polskiego romantyka. Jest w nich miejsce na nieszczęśliwą miłość, na poezję, na walkę o wolność jednostki, narodu i ludzkości. Na cierpienie i współodczuwanie z ludem - ważkim doświadczeniem bohatera jest jego udział w obrzędzie dziadów. Na głębokie poczucie własnej odrębności i samotności, ale i silnej więzi ze zbiorowością. A jeśli w gruncie rzeczy ów romantyk to każdy z nas? Wtedy znalazłaby się jasna odpowiedź na pytanie, dlaczego przechodzimy tak intensywny renesans romantycznego wzorca.

Główne starcie starego i nowego patrzenia na świat następuje w części IV. Początkowo wydaje się, że niewiele łączy pojawienie się Pustelnika u Księdza z obrzędem dziadów. Okazuje się jednak, że tajemniczy gość zwraca się pod koniec do Księdza z apelem o przywrócenie dziadów. Staje się rzecznikiem gromady. Sojusz pasterza, kochanka i poety wydaje nowe owoce. W "Romantyczności" poeta stawał po stronie Karusi, czującej obecność zmarłego kochanka. W "Dziadach" też solidaryzuje się z ludowym odczuwaniem świata, idzie jednak krok dalej: w balladzie tylko Karusia była obdarzona darem widzenia okiem wewnętrznym, w "Dziadach" krąg widzących poszerza się. Może to właśnie jest takie kuszące.

--

Na zdjęciu: "Dziady", Teatr Polski, Wrocław»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego