Cokolwiek się zdarzy

"Przypadek według Krzysztofa Kieślowskiego" w reż. Bartosza Szydłowskiego w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie. Pisze Zuzanna Berendt w Teatraliach.

«Przypadek to w gruncie rzeczy niewdzięczny czynnik ludzkiej egzystencji. Wskazuje na to, że człowiek posiada pewną wyporność, pozwalającą mu utrzymać się na powierzchni w każdej sytuacji, a dokonywanie wyborów zgodnie z ogólnie pojętymi zasadami to przywilej rzadkich sytuacji, kiedy mamy czas na namysł i to nie los decyduje za nas.

Trudność w przełożeniu koncepcji, na której opiera się Przypadek Krzysztofa Kieślowskiego polega głównie na odmienności środków teatralnych i filmowych. Montaż filmowy nie jest tym samym co montaż teatralny. Gwałtowne cięcia, dla percepcji oglądającego film nie będące niczym zaskakującym, wpisują się w estetykę kina, głęboko zakorzenioną w kulturze audiowizualnej. W spektaklu teatralnym montaż nigdy nie jest "przeźroczysty". Dynamizuje spektakl, wyklucza zbudowanie całkowitej iluzji świata przedstawionego, wpływa na wykreowanie wyrazistej formalnej strony spektaklu. Kiedy na scenie Łaźni Nowej Witek Długosz (Maciej Sajur) gwałtownym ruchem wyciąga do przodu rękę, otwiera usta gotowe do krzyku i zaczyna imitować bieg stojąc w miejscu, natychmiast rozpoznajemy w jego geście i sylwetce moment zwrotny filmu Kieślowskiego, w którym trzykrotnie podejmowana próba dogonienia pociągu przez głównego bohatera odsłania mu za każdym razem inną dalszą ścieżkę życia. Teatralny gest wyzwala wspomnienie kadru z filmu-pierwowzoru.

W Przypadku Kieślowskiego, reżyser opowiada trzy warianty losu głównego bohatera, spośród których każdy rozpoczyna się od sceny gonitwy za odjeżdżającym z peronu pociągiem. W Przypadku według Krzysztofa Kieślowskiego zastosowane przez Bartosza Szydłowskiego i choreografkę Dominikę Knapik zabiegi sugerują, że te trzy warianty losu w bohaterach funkcjonują niejako jednocześnie. Jest to widoczne zwłaszcza w warstwie ruchowej. Ciałami bohaterów nagle targają niespodziewane gesty, ich ruchy są powtarzalne, oderwane od sensu poszczególnych scen. Szydłowski zauważył w Przypadku manifestację swojego rodzaju filozofii życia Krzysztofa Kieślowskiego i formę jego filmu wykorzystał dla własnej refleksji nad tą filozofią. Niestety to co osiągnął na scenie, czyli stwierdzenie, że losem człowieka rządzi przypadek, a z każdym przypadku człowiek musi jakoś dać sobie radę, nie jest odkrywcze ani w stosunku do filmu, ani rzeczywistości. Powstaje więc wrażenie, że twórcy spektaklu podjęli dialog głównie z formą filmu, implikującą konkretny pogląd na los człowieka, bez twórczego komentarza pozostawili jednak treść, głęboko związaną z realiami historycznymi PRL. Fabuła filmu Kieślowskiego jest ściśle związana z ówczesnym kontekstem społeczno-politycznym, który w spektaklu Szydłowskiego nie wybrzmiewa ani jako komentarz do rzeczywistości Polski ludowej, ani nie zostaje przepisany na kontekst współczesności, przez co wydaje się zwyczajnie miałki. Stwierdzenie, że warunki polityczne, w których bohater zostaje albo współpracownikiem komunistycznych organów państwowych, albo opozycjonistą, albo wyjeżdża na stypendium do Libii, są neutralnym tłem dla snucia refleksji filozoficznych o naturze egzystencji człowieka jest z gruntu fałszywe i zupełnie niewiarygodne. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy z taką łatwością wykorzystuje się chociażby narzędzia lustracji do czysto moralnych osądów, brak podjęcia refleksji nad odpowiedzialnością za skutki poddania się "przypadkowi" i zdawania się na życie, które za nas podejmuje decyzje można uznać za intelektualny eskapizm. Ciężar "przypadku" jakiemu został poddany Długosz-Linda jest nieporównywalnie większy z tym, z którym miał na scenie zmierzyć się Długosz-Sajur. Wydaje się, że konsekwencją tego pobłażliwego potraktowania kontekstu historycznego jest wątła konstrukcja ról, w tym roli głównego bohatera. W Przypadku według Krzysztofa Kieślowskiego aktorzy są po prostu kilkuosobowym zespołem, który podejmuje role narzucane przez kolejne sytuacje, w których znajduje się Witek.

Szydłowski zrezygnował z osadzenia spektaklu w historii zarówno w warstwie tekstowej, scenograficznej i kostiumowej. Bohaterowie poruszają się w umownie zaaranżowanej na wzorzec dworcowej poczekalni przestrzeni, w której do dyspozycji mają jedynie niewielką ilość czarnych krzeseł. Kontrapunktem dla prostej scenografii jest niewielki, przeszklony pokój umieszczony po prawej stronie nad sceną, gdzie samotnie, choć wśród roślin i ptaków w klatkach przebywa mężczyzna (Kieślowski? Ojciec Witka? Demiurg?), który raz na jakiś czas komentuje akcję, wypowiada się na temat natury ludzkiej i losu bohaterów. Mężczyzna (Tomasz Schimscheiner) spogląda na miotające się na scenie postaci trochę jak na ptaki w klatkach, które są pod jego opieką. Przygląda się im i ich działaniom, komentuje, rzadko interweniuje. Kontrast jaki powstaje między sceną a małą siedzibą tajemniczego mężczyzny jest czynnikiem najsilniej dynamizującym spektakl i zwyczajnie najciekawszym. Jako widzowie nie wiemy jaki status ma mężczyzna wobec świata bohaterów bezradnie miotających się po scenie. Czy jest tym, kto mógłby ich ochronić przed zdaniem się jedynie na przypadek?»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego