powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Pięćdziesiąt trzy wojny domowe

"Kamienie" wg Grażyny Jagielskiej w reż. Bartłomieja Błaszczyńskiego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Zofia Smolarska, członkini Komisji Artystycznej XXII Ogólnopolskiego Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

"Miłość z kamienia" Grażyny Jagielskiej to kolejna - po głośnej biografii "Kapuściński. Non-fiction" Artura Domosławskiego - ważna książka dekonstruująca mit autentyczności reportażu i obalająca figurę reportera jako obiektywnego rejestratora wydarzeń. Jagielska - tłumaczka i pisarka, a prywatnie żona słynnego korespondenta wojennego, Wojciecha Jagielskiego - w formie bardzo osobistej wypowiedzi odsłania krok po kroku kulisy produkcji owej "prawdy", za której bezkompromisowe poszukiwanie Jagielski jest tak ceniony i nagradzany.

Ramą fabuły jest relacja z pobytu w ośrodku zamkniętym, gdzie Jagielska leczy syndrom stresu bojowego. Musiała zarazić się nim przez uszy - całe lata wysłuchiwała bohaterskich opowieści męża, z których na własną zgubę zapamiętywała nie akty odwagi i łuty szczęścia, a okrucieństwo i ogrom cierpienia niewinnych ludzi. W czasie sesji z terapeutą Jagielska ma się nauczyć, że nękające ją drastyczne obrazy, takie jak odcięta głowa gruzińskiego przewodnika Meraba Kakubawy, to tylko symbole kłopotów, bo "problem leży głębiej". Pacjentka stawia jednak opór terapii, która polega na sprowadzaniu ofiar wojny do funkcji mechanizmów psychologicznych. Woli dzielić się swymi przeżyciami z pacjentem Lucjanem, niedoszłym mordercą. Z tych opowieści wyłania obraz Jagielskiego całkowicie oddanego służbie Matce Agorze i uzależnionego od skoków adrenaliny, jakie wyzwalają przypadki cudownego ocalenia podczas pracy na froncie. Na pytanie, czy kiedykolwiek jego pisanie coś zmieniło, tłumaczy się: "Są dwa wyjścia. Ingerować w los ofiary, albo o niej pisać. Trzeba wybrać." Pisarz rychło zapomina więc o swych informatorach - od pamiętania ma zresztą żonę, która skrzętnie przechowuje obrazy martwych i żywych bohaterów jego opowieści. Autorka odsłania jednak także własną ciemną stronę - twarz Matki Courage, która szuka spokoju sumienia w zakupach i urządzaniu coraz to większych mieszkań, których dorabiają się między innymi na twórczości wojennej Jagielskiego.

Bartłomiej Błaszczyński i Katarzyna Błaszczyńska zaadaptowali "Miłość z kamienia" na scenę Teatru Śląskiego, rezygnując z autoanalitycznej ramy opowieści. Od razu wprowadzają widzów do domu Jagielskich w momencie, kiedy jego praca zdążyła uczynić z nich wrogich sobie ludzi, którzy "potrafią już tylko obchodzić dzielące ich pola minowe". Ona okupuje terytorium, on stosuje desant, wpadając do domu tylko po to, aby zresetować pamięć i sumienie. Mimo dużych skrótów udało się w adaptacji ocalić to, co u Jagielskiej stanowi ukrytą w gąszczu prozy oś - powolne i bolesne dorastanie narratorki do przyjęcia współodpowiedzialności za losy tych, których historie zbudowały sukces czytelniczy Jagielskiego.

Zaczyna się jednak "klasycznie", od narracji ofiary. Klęcząc przy aparacie Ona (Karina Grabowska) zapisuje na własnej skórze to, co dyktuje jej przez telefon mąż: "Mam tu człowieka, który obiecał przerzucić mnie przez granicę. Nazywa się Isa. Zapamiętaj, Isa Madajew". Kobieta cała jest "popisana", wytatuowana w hasła, numery i nazwiska osób, które w jakimś momencie gwarantowały Wojtkowi przeżycie. Dzięki temu prostemu, sugestywnemu znakowi udało się twórcom spektaklu oddać pasożytniczą relację między pisarzem a jego pierwszą czytelniczką. Ona jest niczym ekran, na który korespondent przenosi swój strach przed śmiercią lub jak tablica, na której zapisuje się obrazy wojny i testuje historie jeszcze nieoprawione w literackie ramy.

Po chwili Ona wstaje z kolan i wraca do prac remontowych. Znaczy przestrzeń za pomocą taśmy malarskiej, jakby określała bezpieczne terytorium. Ta skromna scenografia oddaje prowizoryczność rodzinnego domu, do którego co jakiś czas wpada na rowerze Wojtek (w tej roli wyrazisty, świetny w działaniach fizycznych Mateusz Znaniecki). Korespondent na dwóch kółkach i z plecaczkiem wygląda, jakby wracał nie z wojny a z harcerskiego biwaku. Podnieconym tonem komunikuje: "No to jestem, niesamowita historia" Po złożeniu sprawozdania i szybkim seksie przypominającym musztrę rekrutów (co znaczące: on w roli dominującej, ona zdominowanej), Jagielski znów wsiada na rower. Na odchodnym upewnia się jeszcze: "A za prąd zapłaciliśmy?" i, nie czekając na odpowiedź, jedzie ratować świat od nieopisania.

Pierwszy akt rodzinnego dramatu zbudowany jest z takich wielokrotnie powtarzalnych rytualnych powitań i pożegnań, a za każdym kolejnym powrotem Wojtek coraz drastyczniej burzy mozolnie budowany przez nią ład. Jednak mimo zewnętrznej ruchliwości postać grana przez Znanieckiego jest statyczna - jego Wojtek tkwi w stereotypie wojennego chojraka spełniającego swe chłopięce wyobrażenia o bohaterstwie. Ciężar budowania napięcia spoczywa więc głównie na barkach Grabowskiej, lecz młoda aktorka wcale umiejętnie nakręca spiralę frustracji i samotności, gdzieniegdzie nadrabiając osobistym, jak się zdaje, zaangażowaniem w losy postaci.

Wreszcie Ona dochodzi do granic swej wytrzymałości i stawia mu ultimatum: "Rzucasz to albo ćpamy razem", co równa się wspólnej wyprawie na wojnę. W ten sposób z zaniedbanej house wife Ona zmienia się w początkującego fotografa wojennego. Odwrócony stół kuchenny robi za łódź, którą przepływają rzekę Dżelum w poszukiwaniu przywódcy powstania kaszmirskiego, Yasina Malika, a wiadra po farbie służą im do wylewania wody z przeciekającego pokładu. Widzimy, że chcąc na wojnie ratować związek, daleko nie ujechali - cały czas tkwią gdzieś między kuchnią a salonem, w kolejnym odcinku wojny domowej. Te wspólne wyprawy okazują się także zawodowym fiaskiem: Wojtek przyznaje, że nie potrafi podejmować ryzyka, kiedy Ona jest przy nim. Aby robić za Bohatera, musi mieć Żonę Bohatera, opiekunkę dzieci i zwierząt, która swym ludzkim strachem zakotwiczy go w Życiu, by on - heros - mógł igrać ze Śmiercią.

Wspólna wyprawa okazała się jednak mieć sens, bo wtedy właśnie Jej Głowa zaczyna intensywnie pracować. W tej roli Błaszczyński obsadził samego siebie i trzeba mu oddać, że gra ją - nomen omen - z głową. Głowa organizuje spływ rzeką, uruchamia wiatr i sypie piachem w oczy, to znów robi za przewodnika o podejrzanych zamiarach. Mówi głosem rozsądku albo przekory, podważa utarte myśli, upostaciowuje śmiertelne zagrożenie, bywa też wyrzutem sumienia - wspomnieniem Czeczenki Tai, ofiary gwałtów czekającej na pomoc od Jagielskiego. I tutaj znów dzięki czytelnemu zabiegowi udało się autorom przetłumaczyć na język sceny to, co autorka rozpisała prozatorsko. Dzięki personifikacji Głowy, jaśniej widzimy jej wewnętrzny proces dochodzenia do wiedzy o systemie medialnej obsługi wojen. Dzięki podszeptom rozsądku dociera do niej, że w tej pracy zupełnie nie chodzi o ważenie racji walczących stron: "Kto ma rację? Tym w ogóle nie będziemy się zajmować. Siedź tutaj na tym rowerku i cykaj pejzaże" - gasi jej dociekliwość Wojtek.

"Kamienie" nie są więc - jak żalił się pewien zawiedzony recenzent - "współczesną opowieścią o Odysie i umierającej z tęsknoty i niepokoju Penelopie". I całe szczęście. Główna bohaterka z cierpiętnicy przepełnionej nieswoim strachem przeistacza się w Lady Makbet, świadomą dwuznaczności sukcesu Jagielski Estate. Gdy jednak rozliczy finansowe zyski i emocjonalne straty "uwspólnionych" wojen, stać ją na akt solidarności i empatię w stosunku do ofiar - pozostawionych samym sobie bohaterów jego książek. Za podszeptem Głowy pozwala mu znowu wyjechać, ale tylko po to, aby doprowadził sprawy do końca, czyli pomógł komu zdoła i z godnością pożegnał się z zawodem.

Koncepcję spektaklu stworzyli wspólnymi siłami młodzi aktorzy związani z katowicką sceną: wspomniani już Katarzyna Błaszczyńska - także absolwentka scenopisarstwa, i Karina Grabowska, które na zmianę wcielają się w główną postać, Bartłomiej Błaszczyński - laureat nagrody im. Nardellego za debiut aktorski, tu z kolei bardzo udanie debiutujący jako reżyser, oraz Mateusz Znaniecki, obecnie student reżyserii filmowej i telewizyjnej w Katowicach, a ponadto Berta Witowska odpowiedzialna za scenografię, Kamil Małecki, autor świateł i Jakub Adamiak, twórca muzyki.

Główną zasługą ich kolektywnej pracy koncepcyjnej jest umiejętnie wyważenie akcentów. "Kamienie" to po pierwsze - zgodnie z literackim pierwowzorem - opowieść o tym, że realne wojny w Trzecim Świecie traktujemy jak poligon do rozgrywania własnych bitew o poczucie ważności i sprawczości. Ale możną ją równie dobrze czytać jako przypowieść o współczesnych związkach niby-partnerskich - sprawnych maszynach sukcesu, trampolinach do osiągania Pełni gdzieś indziej, w sferze zawodowej lub wirtualnej. Spółdzielnia artystyczna pod przewodnictwem Błaszczyńskiego pokazuje (poprzez harmonijne zgranie wszystkich elementów przedstawienia) że wyzwalanie się ze schematycznych ról to w pierwszej kolejności wyprawa po klęskę - klęskę naszych wyobrażeń, iluzji, usprawiedliwień. Ważne jest jednak, że się tej porażki doświadcza pospołu.

Na koniec zauważmy, że "Kamienie" i "Sztuka mięsa" Weroniki Murek w reżyserii Roberta Talarczyka były pierwszymi realizacjami na deskach Sceny w Galerii - nowego przyczółka Teatru Śląskiego urządzonego wewnątrz centrum handlowego tuż przy dworcu. Według zamysłu dyrektora ma to być miejsce budowania krytycznego dystansu wobec otaczającego je szaleństwa konsumpcji. Rozbuchana inscenizacyjnie "Sztuka mięsa" próbowała przekrzyczeć zakupowy szał, narzucić jaskrawy obraz naszej duchowej nędzy, przelicytować wizerunki atakujące ze sklepowych witryn. W "Kamieniach" język wizualny i konstrukcja dramatu są znacznie prostsze, cele chyba skromniejsze, a podejście do widza mniej wojownicze. A jednak to raczej po "Kamieniach" zostaje coś do myślenia... Można z tego wnioskować, że w walce o publiczność przeciw komercji sprawdza się osobiste zaangażowanie wszystkich współtwórców plus precyzyjna robota warsztatowa, klarowny koncept i chłodna Głowa.