Cisza jako odpowiedĽ

"Rytuał" Ingmara Bergmana w reż. Iwony Kempy w Teatrze im. Słowackiego i "Jednak Płatonow" wg Antoniego Czechowa w reż. Pawła Mi¶kiewicza w PWST w Krakowie. Pisze Paweł Głowacki w miesięczniku Kraków.

«Piątek

W jakiej epoce uszyto czarny garnitur, w którym Sędzia przesłuchuje troje aktorów, aż do końca wyreżyserowanego w Teatrze im. J. Słowackiego przez Iwonę Kempę "Rytuału" [na zdjęciu] Ingmara Bergmana, przemilczając oskarżenie?

Ktoś kiedyś wymyślił tę dla mężczyzn elegancję, wymyślił i stworzył z jednego kawałka materii. Dwieście lat temu? Sto pięćdziesiąt? Po czym czasy, jak to czasy, zmieniały się. Gusta, smaki, mody się przeistaczały, więc nieuchronnie przeistaczały się też złożone ze spodni i marynarek komplety elegancji. To oczywiste. Gdyby zaprowadzić dziś profesora od garniturów męskich (istnieją tacy?) do muzeum męskich garniturów (jest takie?), po analizie krojów, gatunków nici i lnu lub wełny, sposobów przyszywania guzików, po wnikliwym zbadaniu całej reszty detali sztuki krawieckiej - profesor bezbłędnie uporządkowałby eksponaty wedle epok ich powstawania. Przyszpiliłby je do konkretów społecznych i politycznych, do wydarzeń dużych lub małych, do rewolucji jakiejś bądź do jakiejś nudy w kraju X. Pokazałby precyzyjnie, jak się konkretny czas w garniturze odbija, na przykład rzekłby: "O, proszę bardzo, w takich oto garniturach mecenasi spacerowali po Sarajewie, gdy zabity został arcyksiążę Ferdynand, co, jak wiadomo, zmieniło losy Europy".

Kempa jest artystką, to znaczy - tworzy sceniczne znaki, lecz nie zabija ich niepokojącej nieuchwytności żadnym nachalnym wyjaśnieniem. Kempa jest dyskretna. Na kanwie garnituru Sędziego nic nie da się powiedzieć o żadnej epoce, co najwyżej mówić można o wieczności. W garniturze Sędziego nie ma śladów konkretnego czasu. Jest elegancką czernią, która się nie zmienia. Jak i nie zmienia się chłodna pustka pokoju przesłuchań, komnaty bez okien i o ścianach koloru zmatowiałej bieli, komnaty takiej samej wczoraj i jutro. Nie ma okien, bo za ścianami nie ma żadnej epoki, a nawet jeśli, to nie ma ona znaczenia. Istotne jest tylko to, co tutaj i teraz, na Scenie Miniatura między godziną 19.00 a 20.45: oskarżenie przemilczane do końca opowieści. I narastający lęk wezwanych do Pałacu Sprawiedliwości, lęk teatralnej trupy - Hansa (Marcin Kuźmiński), Thei (Katarzyna Zawiślak-Dolny) i Sebastiana (Grzegorz Mielczarek) - która do końca nie uzyska od Sędziego (Sławomir Maciejewski) odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego?".

Wtorek

Somnambuliczne indywidua "Płatonowa" Antoniego Czechowa - wyreżyserowanego przez Pawła Miśkiewicza dyplomu aktorskiego krakowskiej PWST - też nie usłyszą odpowiedzi. Gesty, słowa, namiętności, nerwy, obojętność, to i reszta usiłowań, wciąż jednakich, usiłowań z wczoraj, sprzed tygodnia, sprzed miesiąca, pięciu miesięcy, z zeszłego roku, ze wszystkich lat - dlaczego to się nie układa w żaden sens, żadną ulgę, choćby w odrobinę szczęścia? Sasza (Aleksandra Batko), Mikołaj (Bartłomiej Cabaj), Sergiusz (Patryk Czerniejewski), dwóch Płatonowów (Oskar Winiarski, Patryk Kulik), Maria (Sandra Drzymalska), Osip (Mariusz Galilejczyk), Hipolit (Mateusz Korsak), Sonia (Joanna Połeć), Anna (Joanna Rozkosz), Cyryl (Maksymilian Wesołowski) - na początku spoczywają w leżakach na scenie pustej i próbują jakoś rozpocząć kolejny dzień. Ktoś powiada: "Może byśmy zagrali Hamleta?". Nie ma odzewu. Ale zaczynają. Zaczynają grać w teatr, tak jak gra się w chińczyka albo jak u Czechowa Anna i Mikołaj grają w szachy, nad drewnianymi figurami grając z sobą słowami. Przez trzy godziny grają ze sobą na scenie teatrzyk ich codzienności, znany na wylot, grają, żeby jakoś dociągnąć do zmierzchu i od początku zacząć grać jutro, tuż po herbacie porannej.

Wady tego "Płatonowa"?. Jego niezręczności, pomysły chybione? Na przykład momentami zbyt, by tak rzec, sowizdrzalskie aktorstwo, przez co Czechowowska spokojna gorycz traci na intensywności? Owszem, są różne przykrości, lecz przecież jest walor istotniejszy. Niewyjaśniona nieuchwytność. Miśkiewicz w poprzednim swoim spektaklu krakowskim - nie do zniesienia oczywistym cudactwie, skleconym na kanwie "Króla Leara" Szekspira - wszystko, co tylko mógł, każdy sceniczny znak przyszpilił - niczym rzeczony profesor garnitury do epok konkretnych - do naszych czasów, tym samym zmieniając arcydzieło w nudę oczywistości. Teraz, w "Platonowie", cudem jakimś w spokoju zostawił nieuchwytność opowieści Czechowa. Trwać jej przez trzy godziny pozwolił. Wrócił z ulicy do teatru. I to jest dobre.

Czwartek

Gdy Bergman pisał scenariusz "Rytuału", był boleśnie uwikłany w czas. Jako dyrektor wciągnął Teatr Dramatyczny w Sztokholmie na wyżyny, wyrwał go z marazmu, zreorganizował, uczynił zeń ansambl europejskiej klasy - i za to, chyba za to, bo na jasność nikogo nie było stać, besztano Bergmana. Wbijano szpilki, plotkowano, dołki kopano, bredzono w wierze złej. "Nie potrafiłem mojej wściekłości opanować", wyznał. I jeszcze: "Wybuchła w Rytuale". Tyle że w scenariuszu tym nie ma śladu tandetnych wycieczek do konkretnego świata za oknem, do konkretnych ludzi i gestów, do konkretnej głupoty. "Rytuał" nie jest doraźną zemstą skopanego przez zły świat chłopczyka. Jest opowieścią grubo poważniejszą niż porachunki z taką lub inną głupotą za oknem w epoce tej lub innej. Jej nerw zasadniczy da się porównać z początkiem starej powieści o odwiecznej bezradności pytania "Dlaczego?" "Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany". Józef K. był zdumiony. Jeszcze nie rozumiał, że nie popełnić nic złego - to jest stanowczo za mało.

Sobota

Thea, Hans i Sebastian - przecież nic złego nie popełnili. Skąd więc to wezwanie do Pałacu Sprawiedliwości? Bo ona jest aktorką nie do zniesienia dla świata rozhisteryzowaną? Bo Hans dławi otoczenie napastliwą, wybujałą męskością? Bo Sebastian bezkarnie epatuje miasto swoim ponad miarę malowniczym gejostwem? A może racjonalny świat, uporządkowany i poważny, nie mógł już zdzierżyć tego ich dziwacznego sposobu życia, polegającego na grze, udawaniu, byciu co wieczór kimś, kim nie są, tej irytującej wszystkich ludzi normalnych iluzoryczności aktorskiego istnienia? Nie będzie odpowiedzi. Będzie lęk coraz większy, bo nie ma odpowiedzi, nie ma ulgi pewności, jest tylko nieustępliwa cisza oskarżenia. Więc skaczą sobie Thea, Hans i Sebastian do oczu. Pod okiem Sędziego albo pod egidą pamięci, że on gdzieś tutaj jest i zaraz przyjdzie - w pokoju poza czasem bądź w każdym czasie, w bodaj dziewięciu scenach odegrają psychodramę, wytaszczą z siebie i odgrzeją swoje od dawna wystudzone stare traumy, grzeszki, słabości i inne wstydliwe sekrety. I będą się tak rozsypywać słowo po słowie. Aż wreszcie w epilogu odegrają przed Sędzią ich koronny numer - wziętą z teatru greckiego scenę pewnego krwawego rytuału, w trakcie którego spoliczkują Sędziego, mocno, bardzo mocno, może nawet na śmierć. Ale to w istocie niczego nie zmieni. Przecież jutro wszystko się powtórzy. Znów zostaną wezwani. Stawią się w pokoju bez okien. Będzie Sędzia w czarnym garniturze, pytanie "Dlaczego?" i cisza jako odpowiedź. Jutro znów będą musieli grać. Całkiem jak w "Płatonowie" indywidua na leżakach.

Poniedziałek

W teatrze, kinie, operze lub literaturze - wszędzie jest podobnie. Dobra opowieść zawsze milczy o sensach swoich hieroglifów. Każdemu z tych, co są po drugiej stronie, pozostaje rozszyfrowywać hieroglify na własną rękę. "Rytuał" Bergmana i Kempy, "Płatonow" Czechowa i Miśkiewicza. Przy nich przypomina się stara przypowieść.

Oto szkoła zen, niezliczone wieki temu. Uczeń pyta: "Mistrzu, dlaczego kiedy masz nam coś ważnego przekazać, nigdy nie komunikujesz tego jasno, prosto i ostatecznie, jeno snujesz jakieś mgliste, nieuchwytne opowieści?". Mistrz na to: "A czy chciałbyś, żebym dał ci do zjedzenia jabłko, które wcześniej przeżułem?".

W sumie zabawne jest, że tak dawno temu i tak daleko stąd - wiedziano wszystko o istocie teatru.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego