powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Krzyczcie, Chiny!

"Krzyczcie, Chiny!" Sergiusza Tretiakowa w reż. Pawła Łysaka w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Andrew Haydon, recenzent "The Guardian", na swoim blogu Postcards From The Gods.

11 listopada to w Polsce Dzień Niepodległości. Niepodległość ta mierzona jest od momentu, kiedy wraz z rewolucją rosyjską w 1917 r., kapitulacją Niemiec w 1918 r., i związanym z tym upadkiem Imperium Habsburgów, skończył się w Polsce okres zaborów (kiedy to jej terytorium było podzielone między Rosję, Prusy i Austro-Węgry). Kraj cieszył się prawie 21-letnim okresem wolności, po czym znów został zaatakowany i pozostawał pod okupacją przez kolejnych przeszło 50 lat. 11 listopada prawicowe/skrajnie prawicowe/nacjonalistyczne środowiska kibicowskie mają swój pochód, który kończy się pod warszawskim Stadionem Narodowym (zbudowanym na Mistrzostwa Europy w 2010 roku). Stadion zaś znajduje się tuż obok Teatru Powszechnego. W poprzednich latach podczas Marszu Niepodległości zerwane płyty chodnikowe latały w powietrzu. W tym roku jednak, dwa tygodnie przed świętem, prawicowa, nacjonalistyczna partia Prawo i Sprawiedliwość wygrała wybory i uzyskała bezwzględną większość w sejmie. Po raz pierwszy od upadku komunizmu jakakolwiek partia zdobyła w wolnych wyborach bezwzględną większość w parlamencie. Ten wynik to kompletna katastrofa dla Polski, ale najwyraźniej całkiem dobra wiadomość dla chodników warszawskiej Pragi.

"Krzyczcie, Chiny!" to sztuka sowieckiego dramaturga Siergieja Tretiakowa. Powstała w 1926 roku (a według Wikipedii - w 1930), w swojej pierwotnej formie oraz zamyśle była czystą agitacją, propagandą. Biorąc pod uwagę wspólną historię Polski i Rosji, wydaje się oczywiste, że współczesne wystawienie tej sztuki nie może być po prostu wskrzeszeniem "zamysłu autora". Nie wyobrażam sobie nikogo, kto choćby rozważałby takie podejście do tego tekstu. Z drugiej strony, twórcy, nie ingerując w niego zbyt mocno i pozwalając mu wybrzmieć w dzisiejszym kontekście, wyraźnie wykorzystują antyzachodni, czy bardziej antyimperialityczny przekaz sztuki, i to po prawie pół wieku sowieckiej okupacji, której doświadczyła Polska od czasu jej powstania.

Oglądałem "Krzyczcie, Chiny!" jedynie ze streszczeniem sztuki, a nie jej pełnym tekstem, dlatego nie mogłem bezpośrednio odbierać słów padających ze sceny. Plusem tej sytuacji było to, że nie musiałem cały czas przeskakiwać wzrokiem na napisy, szczególnie że inscenizacja okazała się niesamowicie wciągająca i pochłaniała całą moją uwagę. Mimo że nie rozumiałem ani słowa (mój polski jest raczej znikomy), nie miałem żadnego problemu z nadążaniem za wydarzeniami - byłem poruszony i podekscytowany tym, co działo się na scenie.

Oto pierwszy akapit streszczenia "Krzyczcie, Chiny!":

"Akcja rozgrywa się na początku XX wieku na głębokiej chińskiej prowincji w mieście Wansien nad rzeką Jangcy. W tym okresie zachodnie mocarstwa wyzyskiwały ekonomicznie ten region, traktując Chińczyków niemal jak niewolników. Wydarzenia rozgrywają się w dwóch miejscach. Przede wszystkim na statku, gdzie zebrani są biali "kolonizatorzy": kapitan, porucznik, rodzina de Bruchelle. A także na brzegu, gdzie obserwujemy wydarzenia z perspektywy chińskich biedaków (przewoźników, przedstawicieli administracji, studenta, handlarki). Łącznikiem pomiędzy tymi światami jest boy, służący na statku i służący wszędzie".

Poniżej zamieszczam jeszcze świetne podsumowanie treści i tematu sztuki.

[tłumaczenie tekstu z obrazka]: "W 1924 roku Tretiakow pojechał do Chin, gdzie przez półtora roku wykładał rosyjską literaturę. W czasie jego pobytu doszło w Chinach do tzw. incydentu "Cockchafera". Amerykański przedstawiciel firmy eksportowej w miasteczku Wansien utonął po sprzeczce z kilkoma przewoźnikami. Wściekły kapitan brytyjskiej kanonierki "Cockchafer" zażądał, aby winny został odnaleziony i stracony, a jeśli nie uda się go znaleźć - dwóch członków Związku Przewoźników miało stracić życie. Zagroził, że jeśli lokalnym władzom nie uda się zrealizować jego żądań, skieruje działa swojego statku na Wansien. Przewoźnicy zamieszani w śmierć Amerykanina nie zostali odnalezieni. Burmistrz, postawiony przed wizją kompletnego zniszczenia miasteczka, nakazał egzekucję dwóch niewinnych członków Związku. To zdarzenie obnażyło arogancję kolonizatorów i było idealnym tematem dla Tretiakowa, który wyjechał do Chin z zamiarem napisania sztuki o życiu Chińczyków".

Na użytek brytyjskich czytelników chciałbym odnotować, że wszyscy aktorzy grający w sztuce są biali. Wydaje się to uzasadnione, zważywszy że 98.6% ludzi mieszkających w Polsce ma białą skórę. Populacja Wietnamczyków w Polsce to niecałe 0.1% (artykuł z Wikipedii szacuje, że jest to 29 lub 50 tysięcy osób). Oglądanie sztuki o napięciach na tle rasowym jest interesujące - przynajmniej wizualnie - gdy jej obsada to grupa jednorodna rasowo. (Statystycznie to raczej mało prawdopodobne, że w Polsce znajdzie się choć jeden aktor niebiałej rasy. W szeroko pojętym sektorze teatralnym jest zatrudnionych 71 tysięcy osób i stanowi to 0.5% całego polskiego zatrudnienia). Oczywiście nie muszę chyba mówić, że uznałbym za godne potępienia, gdyby ktoś tłumaczył brak kształcenia i zatrudniania aktorów innych ras czystą statystyką.

Swoją drogą trudno dostrzec w narracji utworu wątek rasowy. Jest to w końcu tekst stricte marksistowsko-leninowski, który w arogancji i poczuciu wyższości białych Brytyjczyków i Amerykanów widzi symptom imperialistycznego, burżuazyjnego kapitalizmu. Zastanawiam się, czy takie spojrzenie na sprawę jest słuszne. Ciekawe, że nie ma tu właściwie białych robotników, przez co ich brak świadomości klasowej nie jest przedstawiony. Nie ma scen, w których biali żołnierze i marynarze sprzymierzaliby się z wykorzystującymi ich przełożonymi, należącymi do tej samej rasy, zamiast z należącymi do tej samej klasy chińskimi pracownikami.

Reżyseria Pawła Łysaka imponuje, szczególnie jeśli ostatnio siedziało się dłuższą chwilę w Anglii. Miałem już zresztą okazję widzieć inną jego sztukę ("Sprawa Dantona", którą wystawiał w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, była prezentowana na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych w 2009 roku - "jedna z najlepszych sztuk jakie widziałem w tym roku, w ogóle" - więc bardzo ucieszyło mnie odkrycie, że i tu reżyseruje).

Styl Łysaka (jeśli można go wydestylować z dwóch obejrzanych spektakli) najbliższy jest twórczości Sean'a Holmes'a i Secret Theatre, albo też pracy Joe Hill-Gibbinsa przy spektaklu "The Changeling". Łysak jest jednak bardziej "zrelaksowany" niż wspomniani reżyserzy (w pozytywnym sensie). To znaczy - sztuka nie jest "relaksująca", gdy się ją ogląda (obejrzyjcie trailer), ale aktorzy zdają się poruszać swobodniej po scenie. Myślę, że ma to coś wspólnego z tym, co mówił Holger Syme. Jest tu też większe poczucie "odpuszczenia", zostawienia aktorom wolnej ręki. Kiedy porównuję "Krzyczcie, Chiny!" do niedawnej sztuki Joe Hill-Gibbinsa "Measure For Measure", która bardzo mi się podobała dzięki łatwości, z jaką podejmowała tak wiele "europejskich" tropów wizualnych, "Measure For Measure" wydaje mi się wyjątkowo konserwatywna, sztywna i zmanierowana. Zaskoczyło mnie to. Ale tak. Scenografia jest tu prosta. Zdaje się, że większość publiczności usadowiona jest na głównej scenie Teatru Powszechnego, natomiast fotele na widowni są zabudowane i tam grają aktorzy, otoczeni widzami z trzech stron, trochę bez ładu i składu. Przez środek sceny poprowadzony został płytki rów, w jednej tylko części głębszy i wypełniony wodą - może się tam zanurzyć obok siebie kilku aktorów. W ruch często idzie też szlauch - wąż ogrodowy. Wiem, że to tani i prosty chwyt, ale jest coś genialnego w tym, jak wpierw niewinnie leży na scenie, by potem stać się brutalnie wykorzystywanym narzędziem. No tak, niby każdy wie, że wąż będzie użyty, ale kiedy w końcu do tego dochodzi, nie wygląda to jak w Wielkiej Brytanii, gdzie aktorzy starają się, by za nic w świecie nie zmoczyć i nie zezłościć widzów. Na scenie jest także OGROMNA torba pełna kwiczących plastikowych kurczaków.

Trudno jest pisać recenzję lokalnej produkcji zanurzonej w jej lokalnym kontekście, jeśli nie bardzo jest się lokalsem. Od początku było jednak dla mnie jasne, że spektakl jest wynikiem okrutnie aktualnego i trafnego doboru repertuaru. Kiedy teatr planował wystawienie sztuki, nikt nie mógł znać wyniku zbliżających się wyborów parlamentarnych, nawet przy trwającym już jakiś czas w Polsce procesie umacniania się prawicy.

W dniu Marszu Niepodległości sekretarz literacka Teatru Powszechnego zabrała mnie do Zachęty na nową wystawę o powojennej odbudowie Warszawy, o socjalistycznej sztuce, architekturze i propagandzie. W drodze powrotnej natknęliśmy się na tłumy rozchodzące się po zakończonym marszu. Grupa młodych mężczyzn z przepaskami w polskie barwy narodowe, z polskimi flagami i flagami polskich faszystów z lat trzydziestych, pozowała z dużym transparentem wyrażającym sprzeciw wobec Państwa Islamskiego. Hasło było oczywiście w języku angielskim, dla ułatwienia i wygody światowych mediów.

Tezy stawiane w spektaklu wydają się dosyć proste, a nawet jednoznaczne w kontekście, w którym się pojawiają. Ale dużo bardziej złożone są ich różnorakie interpretacje odnoszące się do problemów współczesnej Europy. To, że przedstawiony w spektaklu imperializm i rasizm są jak najbardziej aktualnymi kwestiami, jest głęboko zasmucające. Z drugiej strony, popularność i sukces spektaklu, który porusza te problemy, daje odrobinę nadziei. Między Bogiem a prawdą, w Europie i poza nią potrzebujemy dziś dużych pokładów zarówno rozsądku, jak i nadziei.

I nie takiego rodzaju nadziei:

[FILM] https://www.youtube.com/watch?v=PV8_w3_R3yQ

*Ostatnio bardzo zastanawia mnie, dlaczego Wielka Brytania uznała niemiecki teatr jako wzór do naśladowania. Wydaje mi się (choć to duża generalizacja), że teatr niemiecki jest "tak inny", ma tak niewiele stałych cech, do których można by się odnosić, że łatwo dać mu się uwieść i uznać go za cel zmiany własnej kultury.

Obstawiałbym, że tak naprawdę dużo więcej porównań i odniesień można stworzyć pomiędzy teatrem brytyjskim i polskim. Być może jest to bezpośredni wynik naszego obopólnego zainteresowania Niemcami. Myślę, że polski teatr jest teraz w podobnym punkcie, co brytyjski. Z jednej strony pełen jest konceptualizmu, z drugiej - silnej ostatnimi czasy tradycji naturalizmu i emocjonalnej empatii, a synteza tych dwóch cech nie ma w sobie znamion kompletnego porzucenia filozofii, tak jak to ma miejsce w Niemczech. Przy tym wszystkim zdaję sobie sprawę, że nie ma sensu pisać ogólnie o "polskim teatrze", tak jak nie ma jednego "niemieckiego teatru" czy "brytyjskiego teatru", a jest pewnie mnóstwo różnych szkół, które żarliwie kłócą się ze sobą.