Czego brakuje Emmie Bovary?

"Pani Bovary" w reż. Kuby Kowalskiego Teatrze im. Osterwy w Lublinie. Pisze Kacper Sulowski w Gazecie Wyborczej - Lublin.

«Poczucie nienasycenia, ochota na więcej, dalej i wyżej coraz wyraźniej daje o sobie znać. Jesteśmy na głodzie. Wciąż szukamy wrażeń, doznań, emocji. Ten głód jest pierwotny, niemal zwierzęcy. Emma dwukrotnie wyje do księżyca jak wilk. - Każdy ma w sobie wilka, którego musi nakarmić - zdaje się mówić reżyser spektaklu "Pani Bovary", którego premiera odbyła się w sobotę w Teatrze im. J. Osterwy.

Jeszcze kilka lat temu uczniowie szkól średnich omawiali fragmenty "Pani Bovary" na języku polskim. Dziś to ewentualnie lektura "dla chętnych", po którą sięgają nieliczni. A szkoda. Gustav Flaubert wydał ją w połowie XIX wieku. Opowiada w niej historię doktora Bovary, który, delikatnie mówiąc, nie jest rozpieszczany przez los. Ojciec alkoholik-hulaka, nadopiekuńcza matka, ciężkie dzieciństwo. Kiedy dorasta rodzice swatają go z podstarzałą i brzydką Heloizą. Jednak Karol zakochuje się w pięknej Emmie Rouault, córce swojego pacjenta. "Szczęśliwym" trafem apodyktyczna małżonka umiera, wtedy doktor zbiera w sobie resztki odwagi i oświadcza się ukochanej. Emma przyjmuje zaręczyny. Kiedy Karol myśli, że los wreszcie się do niego uśmiechnął, okazuje się, że piękna, wspaniałomyślna i cnotliwa Emma okazuje się... tylko piękna.

Dramat kobiety-neurotyczki

Emmę Bovary można nazwać pierwszą nieromantyczną literacką "out-siderką". To kobieta, która łamie wszelkie zasady, burzy zastany kanon wartości, a konwenanse ma w dalekim poważaniu. Mówi i robi co chce, nie licząc się z konsekwencjami. Zdradza małżonka, upija się przy gościach, rujnuje rodzinny majątek, Przyjaciele mówią o niej "ekscentryczka", wrogowie nazywają ją wariatką. Flaubert zarysował w ten sposób intrygujący profil psychologiczny kobiety rozczarowanej życiem i pragnącej tego, czego nigdy nie dostanie. Kobiety z destrukcyjnym nienasyceniem i ciągłą ochotą na więcej. I tu właśnie twórcy spektaklu "Pani Bovary" w Teatrze Osterwy znaleźli klucz do pokazania XIX-wiecznej powieści w czasach współczesnych. Pierwszy plus należy im się za świetną adaptację tekstu. Julia Holewińska i Kuba Kowalski tak zręcznie popruli i pozszywali kilkusetstronicową powieść, że spektakl ogląda się jak dobrze skrojoną współczesną sztukę. Na pierwszy plan wysunęli dramat kobiety-neurotyczki, dla której pragnienie jest jednocześnie sensem życia i destrukcyjną skazą. Emma każdą emocję przeżywa ekstremalnie. Kiedy czuje smutek, chce umrzeć, a kiedy się cieszy, posyła po skrzynkę szampana. Choć tak naprawdę "każdy jej uśmiech skrywa grymas nudy". Nie zaspokaja jej małżeństwo, ani macierzyństwo. Kolejne romanse i zdrady tylko rozbudzają ochotę na więcej. Sensu życia szuka też w filantropii. Na próżno.

KAŻDY MA W SOBIE WILKA

Kuba Kowalski, reżyser spektaklu zdaje się mówić jasno - to samo dotyka nas tu i teraz. Emma może reprezentować pokolenie dzisiejszych 20-, 30-latków żyjących, ogólnie mówiąc, w czasach "stabilizacji". Wojnę znamy tylko z opowieści, bieda to raczej ekstremum, a głód jest zbyt daleko, żeby się nim przejmować. Nasze potrzeby, zarówno te podstawowe, jak i wyższe są zaspokajane. Mamy wiele więcej niż nasi rodzice i dziadkowie. A jednak czegoś brakuje. To poczucie nienasycenia, ochota na więcej, dalej i wyżej, coraz wyraźniej daje o sobie znać. Jesteśmy na głodzie. Wciąż szukamy wrażeń, doznań, emocji. Ten głód jest pierwotny, niemal zwierzęcy. Emma dwukrotnie wyje do księżycajak wilk. - Każdy ma w sobie wilka, którego musi nakarmić

- zdaje się mówić reżyser zakładając aktorom zwierzęce maski.

DRAMAT KRÓTKICH RĄK

Kowalski w "Pani Bovary" odnalazł też ciekawy obraz relacji damsko-męskiej. Romantyczną Emmę, wulkan energii i potrzeb zestawia z Karolem, człowiekiem prostym jak budowa cepa. Ten kontrast świetnie widać w scenie nocy poślubnej, w której Emma chce się oddać mężowi na łonie natury, pod rozgwieżdżonym niebem i szeleszczącym jaworem. - To nie jawor, kochanie to lipa - odpowiada prostolinijny Karol i zabiera małżonkę do łóżka, aby skonsumować małżeństwo "po bożemu". Tak wyraźnego kontrastu nie udałoby się zbudować bez dobrego materiału aktorskiego. Justyna Bartoszewicz na co dzień związana z gdańskim Teatrem Wybrzeże z powodzeniem dźwignęła ciężar tytułowej roli. Ze swobodą i polotem prowadzi swoją postać przez skrajne stany emocjonalne, przy czym nie stygmatyzuje jej, nie przykleja etykiety wariatki, ale z każdą kolejną sceną wgryza się w skomplikowaną naturę bohaterki. Jej Emma, mimo gradu nieszczęść jakie zsyła na bliskich, nie budzi niechęci. Prosi o zrozumienie. Karol z kolei, w którego wciela się Marek Szkoda to bohater skarykaturowany. Pantoflarz i mięczak. Marionetka w rękach żony. Żyje wyłącznie po to, by ją uszczęśliwić. Niczym Hrabalowski Miłosz Pipka boryka się z dramatem zbyt krótkich rąk. Mimo ogromnych chęci i ciągłych starań nie potrafi zaspokoić pragnień kobiety Jest na tyle naiwny, że sam popycha małżonkę w ręce kochanka.

JAK PRZEZ OKNO

Pierwszoplanowej parze z powodzeniem wtóruje Janusz Łagodziński, który stworzył dwuznaczną, acz delikatnie zarysowaną postać aptekarza pana Homais. Aktor z konsekwencją i wyczuciem buduje wokół niego atmosferę tajemnicy. Pozornie miły i dobry przyjaciel domu co chwilę daje widzowi budzące niepokój sygnały. Dyskretne spojrzenie na nagie ciało Emmy, kolejne pozdrowienia od nieobecnej małżonki. Łagodziński po raz kolejny pokazuje efekty ciężkiej i żmudnej pracy nad zbudowaniem postaci. Nie można tego niestety powiedzieć o pozostałej części obsady, która do swoich zadań podeszła chyba zbyt pobieżnie. Flaubert w powieści rysuje postaci wyraziste i charakterystyczne, w tej realizacji zlały się jednak w przezroczyste tło. Jeszcze kilka słów o przestrzeni, która w inscenizacji Kowalskiego odegrała kluczową rolę. Rozbudowana drewniana scenografia daje reżyserowi szerokie pole do manewru. Kowalski tworzy w niej trzy plany, jeden na poziomie widowni, kolejne na podwyższeniach. Ważne jest też ulokowanie widowni, która dzięki specjalnej konstrukcji zajmuje miejsce na poziomie sceny. Spektakl zyskuje tym samym na kameralności, a widz ma wrażenie, że to, na co patrzy dzieje się tu i teraz. Jakby przez okno zaglądamy właśnie do czyjegoś domu, podglądamy. I dostrzegamy coraz więcej podobieństw. Kowalski w inscenizacji pozbył się XIX-wiecznej maniery Flauberta. Nie serwuje nam spektakularnego początku, a na zakończenie nie pada patetyczna pointa, tak jakby spektakl był tylko wyimkiem z ich życia. Bohaterów rysuje współczesną kreską, dzięki czemu, to co widzimy na scenie jest zaskakująco bliskie. Ponad trzygodzinne spotkanie z "Panią Bovary" w Teatrze Osterwy jest przyjemne. Nie da się jednak uniknąć rozważań na temat tego, czego w tym spektaklu brakuje. Bo chciałoby się więcej, wyżej i dalej.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego