powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Przemilczane zło

"Mokradełko" wg Katarzyny Surmiak-Domańskiej w reż. Mikołaja Grabowskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu. Pisze Izabela Szymańska członkini Komisji Artystycznej XXII Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Historia opowiedziana w tym spektaklu wbija w fotel. W pewnej śląskiej rodzinie w miejscowości Mokradełko ojciec wykorzystywał seksualnie córkę; działo się to przy przyzwoleniu matki - przynosiła mu ją po kąpieli zawiniętą w ręcznik wprost do łóżka. Trudno sobie wyobrazić coś gorszego. Po latach córka pisze książkę i wydaje ją pod pseudonimem Halszka Opfer (Edyta Łukaszewska).

Do miejscowości dociera reporterka Kasia z Warszawy (Marta Szumieł). Okazuje się, że wszyscy tam wiedzą czyja to historia. Wie teściowa dziewczyny - emerytowana nauczycielka matematyki, Ślązaczka z dziada pradziada, u której rodzina mogła zacząć jeść obiad dopiero, gdy ojciec podniósł do ust łyżkę z zupą. Wie sąsiadka - wyglądająca, poruszająca się i mówiąca jak ożywiona lalka Barbie, a jednocześnie zaradna pani domu: jedną ręką dziecko przewinie, raz dwa posprząta i od południa ma czas na gotowanie obiadu, by zdążyć przed szesnastą, powrotem męża z pracy. Jednak ani jedna ani druga Halszce nie ufa. Teściowa uważa, że "porządnej" dziewczynie nigdy takie rzeczy się nie przydarzają (zapominając, że chodzi przecież o dziecko) a sąsiadka może i wierzy, ale nie podoba jej się cielesne wyzwolenie bohaterki - "ona nawet jak się opala w ogródku to inaczej niż wszyscy". I dlaczego sama postanowiła zabrać głos? Przecież trzeba być cichym i pokornym, co najwyżej można dać innym dostrzec swój problem, by oczy swoje i świata ma nasze cierpienie zwrócili.

Jednak w miarę wchodzenia w historię Mokradełka pojawia się rozdźwięk. Treść jest szokująca, ale sposób opowiadania na deskach poznańskiego Teatru Nowego pozostawia niedosyt. Mikołaj Grabowski, reżyser, autor adaptacji i opracowania muzycznego, wprowadza na scenę postać reporterki, pokazuje bohaterów z miasteczka. Widzimy ich w mieszkaniu, na beżowo-brązowej klatce, przy podlewaniu kwiatów. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że chwilami zamiast spektaklu jesteśmy świadkami po prostu czytania książki, recytowania reportażu: pytanie reporterki-odpowiedź bohatera. Czy to kwestia adaptacji czy poprowadzenia aktorów? Chyba po trosze jednego i drugiego.

Dramatyczny zwrot w reportażu następuje, gdy dowiadujemy się, że Halszka odchodzi od poczciwego męża do kochanka, który sam molestował swoje dzieci. Mówi o tym jego córka, kompletnie inna niż Halszka. Molestowane dzieci różnie zachowują się po latach. Jedne w są zablokowane seksualnie, zamknięte na tę sferę życia, i taka jest córka (świetna rola Gabrieli Frycz) - w golfie, spódnicy za kolano, ciasno związanych włosach. Inne jako dorośli są bardzo rozbudzone zmysłowo, i taka jest Halszka: blond loki, kamizelka z futra, spódnica mini, obcasy. Niestety w tym drugim przypadku jednym ze skutków jest kwestionowanie niewinności ofiary w jej najbliższym otoczeniu.

Ale konfrontacja Halszki z córką nie wybrzmiewa wystarczająco mocno na scenie. Zacierają się i inne punkty zwrotne: odkrycie, że ojciec Halszki molestował własną wnuczkę (wtedy postanowiła opisać piekło dzieciństwa), śmierć ojca (i przebaczenie), czy kolejna konfrontacja z matką (Maria Rybarczyk), gdy ta zdobywa się na słowo "przepraszam" za wieloletnie udawanie ślepej na to, co się dzieje. Gdzie przyczyna tej słabości? Widziałabym ją przede wszystkim w niekonsekwentnym prowadzeniu aktorów. Nagłe płacze, krzyki, nieuzasadnione histerie - Halszki, Kasi, matki - zbijają widza z tropu i odbierają siłę opowieści wstrząsającej przecież w samych surowych faktach.

Problem molestowania wciąż stanowi w znacznej mierze tabu w Polsce. Mogłoby się więc wydawać się, że wystarczy na scenie czy w innej przestrzeni publicznej wypowiedzieć to słowo i od razu nastąpi katharsis. Być może zresztą w Poznaniu tak będzie - wcześniej czy później na widowni zasiądą ludzie, którzy przez lata zamiatali pod dywan sprawę Polskich Słowików. Jednak mam poczucie, że gdyby teatralny kształt spektaklu był wyrazistszy, problemy w nim podjęte mogłyby mieć rzeczywiście potężną siłę rażenia.

Uderzyło mnie zdanie wypowiedziane przez jedną z bohaterek, że prawdziwą plagą na Śląsku jest alkoholizm. Wiadomo, że jest wielkim złem, mówi się o tym w kościele. A o molestowaniu się nie mówi. No to jest to zło, czy nie jest?