Kabaret na polską nutę

"Kordian" Juliusza Słowackiego w reż. Jana Englerta w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Jacek Wakar w Dzienniku Gazecie Prawnej.

«Nie ma mowy o rocznicowej akademii. "Kordian" Jana Englerta to przedstawienie żywe, budzące spory zrywające z tradycyjnym opowiadaniem fabuły dramatu Juliusza Słowackiego. W sam raz na wielki jubileusz narodowej sceny.

- Inscenizuję polskie niebo i polskie piekło - zapowiadał przed premierą "Kordiana" dyrektor artystyczny warszawskiego Teatru Narodowego. Mówił, że w jego przedstawieniu najwięcej będą mieli do powiedzenia Archanioł do spółki z Szatanem. I tak jest rzeczywiście. Obramowanie narodowej sceny otaczają migające światełka niczym w podrzędnym varietes. W prologu na proscenium wychodzi ubrany w białą długą suknię anioł (Danuta Stenka) oraz diabeł z długim warkoczem (Mariusz Bonaszewski). Ustawiają obok siebie proste krzesła i rozpoczynają swój dialog, w którym odbije się rozgrywka o Polskę. Tę opisaną przez Słowackiego i tę, którą mamy za oknami. Szatan i Archanioł powracają raz za razem, ingerują w bieg scenicznej akcji, tyle że znacznie więcej do powiedzenia i do działania ma Szatan Bonaszewskiego. Do tego jeszcze wrócimy.

Jan Englert wystawia arcydramat Słowackiego po raz trzeci. Zrobił "Kordiana" w warszawskim Teatrze Polskim w 1987 roku i dziś wspomina go jako spektakularną klęskę. Rozbita na dwa wieczory telewizyjna realizacja z roku 1994 była udaną próbą podkreślenia komunikatywności rozwichrzonego przecież tekstu i sprawienia, by grany przez Michała Żebrowskiego tytułowy bohater stał się jednym z nas, wtedy młodych. Wraz z bliską w czasie (1997) inscenizacją "Dziadów" Mickiewicza udowodniła też, że Jan Englert traktuje telewizyjny teatr niczym medium całkowicie rozpoznane, zna rządzące nim reguły, potrafi zrobić w nim niemal wszystko. Tyle że oba te przedstawienia ze swym współczesnym nerwem wobec dzisiejszego "Kordiana" z Narodowego wyglądają niczym grzeczne tradycyjne lekcje z romantycznego dramatu. Wtedy Englert być może jeszcze nie czuł się na siłach, by poprzez Słowackiego mówić własnym głosem, dlatego zostawiał mu całą przestrzeń. Dziś pozostaje wierny myśli poety, ale z jego słów tworzy autorski scenariusz. Mieszczą się w nim między innymi fragmenty "Samuela Zborowskiego" oraz wiersza "Testament mój" Słowackiego, "Wyzwolenia" Wyspiańskiego, wreszcie "Fausta" Goethego. "Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro" - mówi więc Szatan za Mefistofelesem od Goethego. Nie jest to żaden doraźny zabieg ani efekt dla samego efektu, ale pierwsze podkreślenie dwoistości sił rządzących światem, również światem widowiska w Teatrze Narodowym. Przygotowanie rozgrywa Englert w ogromnej sekwencji z udziałem kilkudziesięciu wykonawców, łączącej w sobie niemal operowe środki wyrazu z narracją z tradycyjnego teatru dramatycznego. Mamy zatem na scenie rozemocjonowany tłum, któremu daje reżyser do wykonania partyturę na wiele głosów. Co chwila do mikrofonu podchodzi inny mówca, słyszymy fragmenty słynnych przemówień generała Becka o wadze honoru, Gomułki ze słynną frazą "Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!", wprowadzającego stan wojenny Jaruzelskiego, Wałęsy w Kongresie Stanów Zjednoczonych, wreszcie Józefa Piłsudskiego polecającego przeniesienie trumny Juliusza Słowackiego do krypty królewskiej, bo "królom był równy". Przez scenę przemaszerowują niesione na ramionach aktorów, obleczone szarfami w narodowych barwach trumny. Przed innych wyrywa się ubrany niczym Kordian Tadeusza Łomnickiego ze spektaklu Erwina Axera aktor Marcin Przybylski i rozrywa koszulę gestem Konrada-Treli z wielkiego "Wyzwolenia" Konrada Swinarskiego. Mocne te fragmenty zostają w głowie długo po zakończeniu seansu, ale sam prolog widowiska prowokuje pytania. Trudno odmówić reżyserowi, że już na wstępie mocno podkreśla, iż opowiadać będzie nie o Kordianie jako polskim Hamlecie, ale o naszej zbiorowości, narodzie udręczonym historią i zniewolonym "kompleksem polskim", by zacytować tytuł wielkiej powieści Tadeusza Konwickiego. Jednakże operowy rozmach tych kilkunastu scenicznych minut czasem obraca się przeciw samej inscenizacji. Bywa, że aktorzy skazani są na przekrzykiwanie kontrolowanego chaosu tej sekwencji, na nieskuteczną walkę o wybrzmienie swych kwestii. Od początku akcentuje Englert kabaretowy sznyt swej interpretacji dramatu, rozumiejąc, że mieszając wysokie z niskim, ponadczasowe z doraźnym, zyska wyrazistość widowiska. Zyskuje, jednak za cenę jego czytelności.

"Kordian" w Narodowym to żonglerka stylów i konwencji. Po prologu na pustą scenę wchodzi Jerzy Radziwiłowicz i wypełnia ją wiersz Słowackiego w jego nieskazitelnej, na wskroś ascetycznej interpretacji. Radziwiłowicz gra Starego Kordiana, patrzącego wstecz na dawne zdarzenie, własny młodzieńczy bunt i romantyczne porywy. Jest jednak przede wszystkim alter ego autora, poetą, który podsumowuje polski romantyzm i współczesność, nie tylko jego osobiste rozczarowanie.

Kordianów mamy trzech - młodego Kamila Mrożka i nieco tylko starszego Marcina Hycnara. Można owo rozbicie czytać jako rozdwojenie osobowości bohatera, dwa duchy walczące w jednym ciele. Można też patrzeć na Kordiana Mrożka jako chłopaka wstępującego w życiu, a na tego granego przez Hycnara jako zdolnego do podjęcia romantycznych dylematów, już świadomego, biorącego odpowiedzialność za myśli, słowa i czyny. Hycnar tworzy zresztą rolę wybitną, z wiedzą o ich znaczeniu wypowiada wszystkie słowa, oddaje całe wewnętrzne rozedrganie Kordiana. Do niego (i reżysera, i wspaniale projektującej światło Jacqueline Sobiszewski) należy scena na Mont Blanc - najlepsze widzenie Kordiana, jakie dotychczas zdarzyło mi się widzieć na scenie. Gra w niej ogrom przestrzeni Sali Bogusławskiego, a w niej sylwetka aktora. Wybrzmiewa z całą mocą każda fraza.

Kordianów zatem trzech, Laury dwie (Ewa Wiśniewska, Anna Grycewicz), Wiolett jest aż pięć. Jan Englert rozdziela postaci pomiędzy aktorki i aktorów, podobnie jak Jerzy Grzegorzewski robił to na przykład w "Dziadach - dwunastu improwizacjach" w krakowskim Starym Teatrze, gdzie Rollisonowych było cztery. Nie jest to jednak zabieg wyłącznie formalny, ale próba rozbicia losów bohaterów, podkreślenia antynomii młodości i dojrzałości. Chociaż i jako trick wzmacniający atrakcyjność przedstawienia sprawdza się doskonale. Mamy bowiem wrażenie multiplikowania postaci, ich obecności w kilku miejscach sceny jednocześnie. Pomaga to reżyserowi sprawić, by jego "Kordian" był płynącym nieustannie korowodem. Tak jest w sekwencjach z Wiolettami albo w zawiązaniu spisku z powtarzanym wciąż hasłem "Winkelried" skonfrontowanym z taneczną sceną niczym wyjętą z "Balu u Senatora" z "Dziadów" Mickiewicza. Englert wraz z autorką scenografii Barbarą Hanicką uruchamiają maszynerię Narodowego, jej zapadnie, ruchome platformy.

W muzyce Stanisława Radwana odnaleźć można znane motywy, włącznie z zadziwiającą trawestacją Mazurka Dąbrowskiego, w rytm której swego siarczystego kozaka tańczy Wielki Książę Konstanty (znakomity Grzegorz Małecki).

Mawiał Jan Englert z autoironią, że w swych pracach kradnie, ile wlezie, ale zawsze od zdolniejszych od siebie. W "Kordianie" cytaty z mistrzów polskiej reżyserii, a przede wszystkim z historii Teatru Narodowego, nie są jednak kompilacją zapożyczeń, ale skłonieniem głowy, hołdem, spojrzeniem wstecz. Mamy więc drabinę z inscenizacji Adama Hanuszkiewicza, Szatan Bonaszewskiego wzięty został ze "Sprawy" Jerzego Jarockiego, struktura przedstawienia przywodzi na myśl Grzegorzewskiego, jemu dedykowana jest piosenka "Bożego Narodzenia ta noc jest dla nas święta...", śpiewana przez Ewę Konstancję Bułhak najpierw we wspaniałym "Weselu" Grzegorzewskiego na tej samej scenie. W premierowym spektaklu pojawił na chwilę wsparty o lasce Ignacy Gogolewski - Kordian z wersji Kazimierza Dejmka, wystawionej pół wieku temu na dwustulecie Teatru Narodowego. Z podziwem patrzę, jak Jan Englert łączy symbole i znaki, płynnie wpisując je w kształt własnej inscenizacji. I jak nie daje nostalgii zawładnąć nami do końca, budując znów przerysowany finał, gdy na nuty "Etiudy rewolucyjnej" Chopina nakłada się przyśpiewka "Polacy, nic się nie stało".

Nie wszystko w tym "Kordianie" działa z równą siłą. Nie rozumiem roli zbyt dosłownych jak dla mnie wizualizacji, czasem przeszkadza mi ów operowy ton, wolałbym, aby racje Archanioła brzmiały mocniej i w jego pojedynku z Szatanem siły rozłożone zostały bardziej równomiernie. Niemniej kabaret polski z "Kordiana", jaki zgotował nam na jubileusz 250-lecia Teatru Narodowego Jan Englert, zapada w pamięć, prowokuje do sporu. Prawie nie mamy dziś dyskusji o romantyzmie, tu propozycja i ważna, i poważna. Pierwszy akt romantycznego tryptyku w Narodowym, bo już niedługo "Dziady" Eimuntasa Nekrosiusa, potem "Pan Tadeusz" Piotra Cieplaka. Teatr na miarę swojej nazwy i zobowiązania.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego