powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Aktorzy (?) żydowscy (?) MÓWIĄ

"Aktorzy żydowscy" Michała Buszewicza w reż. Anny Smolar z Teatru Żydowskiego w Warszawie na Festiwalu Nowego Teatru pisze Anna Bajek w gazecie festiwalowej [REC]magazine.

Anna Smolar i Michał Buszewicz nie odtwarzają po raz kolejny repertuarowych szlagierów sceny żydowskiej. Ich bohaterowie jeśli już tańczą, to tylko po to, żeby krytycznie przyjrzeć się skostniałym strukturom, w których tkwią od lat. Niby jest jakieś święto: aktorzy Teatru Żydowskiego ubrani są elegancko. Odprawiają rytuał, zapalają świece, omywają dłonie, nalewają wino sobie i widzom, siedzącym najbliżej stołu. Częstują chałką. Jerzy Walczak ubiera jarmułkę, ale za chwilę ją ściąga. Jednak nie będą celebrować żydowskiej kultury. Przedstawią się prywatnie z imienia i nazwiska, pokłócą o używanie języka jidysz w spektaklach - co może nieraz miało miejsce podczas prób w teatrze. Albo właśnie dzieje się to po raz pierwszy, w trakcie tej inscenizowanej próby, przy dziwnym stole wysypanym piaskiem, który krępuje ruchy, ale staje się też miejscem szczerych wyznań. To jedyny punkt ograniczonej, kameralnej przestrzeni, w której się poruszają. Reżyserem z potrzeby chwili staje się Walczak - to on przerywa sceny, szepce komentarze, aktorzy zwracają się do niego, komentują uwagi. Nikt jednak nie ukrywa odniesień do poprzedniej dyrekcji Szymona Szurmieja ani nazwiska Gołdy Tencer. W zawoalowany sposób pojawia się też Maja Kleczewska, kiedy Izabella Rzeszowska mówi: "Rok 2015. Rezygnuję z współpracy z pewną reżyserką".

Anna Smolar i Michał Buszewicz zdają się podzielać opinię jednej z aktorek. To jeszcze nie moment, żeby robić przedstawienie, wcielać się w role. Bo nie ma narzędzi, trzeba rozpracować własną historię w oparciu o indywidualne, autorefleksyjne głosy i emocje. Małgorzata Trybalska, przywołując znaczące daty ze swojego życia, stwierdza: "Moje postaci w 2009 roku zaczynają mówić, wcześniej tylko tańczyły". Teraz MÓWIĄ. Powstaje próba konfrontacji dotychczasowej drogi artystycznej z perspektywami zmian, jeśli te w ogóle są możliwe. To już kolejny krok, po "Dybuku" Mai Kleczewskiej i "Rodzinach, których nie ma, czyli Anonimowych Żydach Polskich" Wojciecha Klemma na drodze poszukiwania tożsamości.

Każdy aktor w pierwszej scenie cofa się w czasie, skupiając nieregularną i niechronologiczną opowieść wokół ważnych dat. Pozostali przypominają mu wydarzenia, o których może wspomnieć, wszyscy znają swoje historie. W pewnym momencie jedna z aktorek przemawia w imieniu Ryszarda Kluge, który w zasadzie nie ma głosu, bo specjalizuje się w pantomimie. Drzewa, horyzonty, duchy. Może tylko odtwarzać powtarzalne gesty, które ograniczają jego role w każdym przedstawieniu. Ale i on w końcu odważy się wygłosić spod stołu (ponad wystaje mu tylko głowa) pełny wściekłości monolog o żydowskim kostiumie i skrępowaniu żydowskim stereotypem. Niektórzy aktorzy przeczą jednak samym sobie. Joanna Rzączyńska wspomina o urodzeniu córki, by potem mówić o braku zobowiązań, dzieci. Walczak ilustruje sytuacje aktorów z Teatru Żydowskiego w Warszawie, posługując się fantasmagoryczną opowieścią. Całość szybko przemienia się w zapętlający absurd o mniejszości kraju w kontekście większości. Nie wiadomo jak spojrzeć na ten teatr, jak mierzyć się z tradycją czy kultywować ją bez popadania w hermetyczność, archaizmy. Nie wiadomo jak zachować godność na scenie, co zrobić żeby nie podnosić rąk w poddańczym geście. Aktorzy wymierzają raz za razem policzki swojej rodzimej instytucji, a chwilę potem przedstawiają siebie jak rodzinę. Są wkurzeni, zirytowani, zrezygnowani, ale jak sami mówią "próbujemy cały czas, ważne, że próbujemy" - przebija przez to szczery ton, choć do końca nie wiadomo, które fragmenty narracji są autentyczne, a które zmyślone.

Twórcy spektaklu znaleźli silnie przemawiającą formę, która oddaje paradoksalne sytuacje aktorów żydowskich: Trybalska zestawiając obiegowe określenia dotyczące tej grupy, konstruuje nienaturalnie długie zdanie połączone karykaturalnie podkreślanymi spójnikami, Rzeszowska na zakończenie zaśpiewa piosenkę po angielsku, a nie mogła wykonać jej nigdy w teatrze (przynajmniej tak twierdzi). Jeden aktor staje nawet na rękach, do góry nogami, dosłownie prezentując swoje niewygodne położenie, dziwny status.

Do tylko pozornie niezmiennego DNA aktorów żydowskich dochodzą nowe doświadczenia. Burzą przyzwyczajenia, dobijają się jak uderzające w perkusję pałeczki. Na wyciemnionej scenie śpiew w jidysz i instrumentalna, hałaśliwa muzyka brzmią równolegle. Teatr Żydowski mierzy się z sobą samym, co jest zupełną nowością i stanowi ważny krok w uzyskiwaniu zmodyfikowanego brzmienia.