powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Turandot na wodzie

- Monumentalna scenografia została przygotowana na dwa lata. Mamy w wodzie sto figur żołnierzy z terakoty, betonową konstrukcję i drewniane pale. Obawiamy się, czy to wszystko przetrwa zimę - mówi Klemens Thaler z Biura Artystycznego Bregenzer Festspiele, w rozmowie z Dominiką Matuszak.

Wywiad Dominiki Matuszak z Klemensem Thalerem z Biura Artystycznego Bregenzer Festspiele przeprowadzony w Bregencji 7 sierpnia 2015 roku:

Wraz z ostatnimi dniami lata dobiegła końca 70. edycja Bregenzer Festspiele. Ponad 170 tysięcy widzów zobaczyło "Turandot" w reżyserii Marca Artura Marellego nad Jeziorem Bodeńskim, a blisko milion przed telewizorami.

- Austriacka Bregencja to mała, około trzydziestotysięczna miejscowość położona w landzie Vorarlberg nad Jeziorem Bodeńskim, posiadająca nieproporcjonalnie dużą ofertę artystyczną. W sezonie letnim stanowi cel setek tysięcy wypraw kulturalno-turystycznych. Ich głównym punktem jest festiwal Bregenzer Festspiele, którego najatrakcyjniejszą część stanowi "Opera na jeziorze", gromadząca po siedem tysięcy odbiorców dziennie. Spragnionych wrażeń turystów z całego świata przyciąga międzynarodowy rozgłos realizacji powstających na nietypowej "scenie na wodzie". W samym miasteczku i jego okolicach nie brakuje również interesujących wystaw znanych artystów, takich jak choćby Joan Mitchell czy Emil Nolde.

Dominika Matuszak: Jakie miejsce w ofercie kulturalno-turystycznej Bregencji zajmuje Bregenzer Festspiele?

Klemens Thaler: Wiener Institut przeprowadził niedawno badania dotyczące korzyści płynących z organizacji Festiwalu. W czasie jego trwania Bregencję odwiedza 220 tysięcy osób, z których część zostaje na dłużej w ramach urlopu. Jedni tu nocują, inni się stołują, chodzą na zakupy, jeszcze inni wybierają wyprawy w góry. Choć ma to duże znaczenie dla turystyki, przede wszystkim chodzi nam o wzbogacenie oferty kulturalnej w regionie. Jeśli ktoś żyje tu na co dzień i chciałby obejrzeć operę to musiałby jechać specjalnie do Zurichu lub Monachium. Bregenzer Festspiele daje mu szansę zobaczyć ją na miejscu.

D.M.: Takie było podstawowe założenie twórców Festiwalu w 1946 roku - pozwolić mieszkańcom obcować ze sztuką bez konieczności pokonywania kilkudziesięciu kilometrów w jedną stronę do najbliższego teatru. Dlaczego właśnie tutaj?

K.T.: Tuż po drugiej wojnie światowej grupa młodych ludzi chciała wykorzystać to, co w Bregencji jest najpiękniejsze, czyli Jezioro Bodeńskie. Z dwóch połączonych barek do przewożenia żwiru zbudowali scenę do "Bastien i Bastienne" Mozarta. Na jednej grali wiedeńscy filharmonicy, na drugiej śpiewali soliści. Sukces był tak duży, że już w pierwszym roku przyjechali widzowie z całej Austrii, Niemiec, Szwajcarii i Francji. Potrzeba było po prostu grupy ludzi, którzy wspólną pracą potrafili zrealizować swój pomysł, a przy tym swoją wizją zarazić wszystkich dookoła. Ten cel jest dla nas wciąż aktualny. Cały czas chcemy stwarzać nowe rzeczy, których jeszcze nie widziano.

D.M.: Co dwa lata zaskakujecie publiczność nową inscenizacją, za każdym razem zrealizowaną z wielkim rozmachem. Jak bardzo rozszerzyła się ta "grupa młodych ludzi" pracująca na międzynarodową popularność Festiwalu?

K.T.: Dziś to blisko tysiąc osób dwudziestu czterech narodowości i wielu zupełnie różnych specjalizacji. Współpracujemy z firmami z całego świata, ponieważ w Austrii nie ma wystarczająco dużo fachowców z poszczególnych dziedzin. Mimo to staramy się jak najwięcej spraw załatwiać we własnym zakresie, minimalizując outsourcing. Przy dwóch niezależnych firmach - jednej odpowiedzialnej za to, co dzieje się "na scenie" i drugiej realizującej wydarzenia towarzyszące jest to możliwe. Tym bardziej, że nasz team składa się głównie z pełnych zapału młodych ludzi. Są to głównie studenci z miasta i z regionu, dla których Bregenzer Festspiele stanowi okazję do zbierania pierwszych zawodowych doświadczeń. Wielu z nich powraca do nas w kolejnych edycjach. To zresztą typowe dla wszystkich pracowników, których w ciągu roku zatrudnionych jest około stu czterdziestu - kiedy już zacznie się przygodę z Festiwalem, zostaje się tu na lata.

D.M.: Wasza publiczność to jednak przede wszystkim osoby starsze. Jak można by szerzej scharakteryzować odbiorców Festiwalu?

K.T.: Rzeczywiście, średni wiek naszych widzów to około 50 lat, ale mamy także specjalne programy dla dzieci i młodzieży, np. Cross Culture Night, w czasie której młodzi ludzie mogą za 5 euro zobaczyć próbę "Turandot" i wziąć udział w wydarzeniach towarzyszących. W większości nasza publiczność jest niemieckojęzyczna, pochodzi przede wszystkim z Niemiec (60%), Austrii (25%) i Szwajcarii (10%). Co ważne, są to ludzie, którzy do nas wracają, ponieważ nigdy ich nie rozczarowaliśmy.

D.M.: Czego od Was oczekują? Przy 220 tysiącach odbiorców w sezonie trudno mówić wyłącznie o wytrawnych melomanach z dużymi ambicjami artystycznymi. Z drugiej strony proponujecie ofertę absolutnie profesjonalnie przygotowaną i realizowaną przez specjalistów z międzynarodowym doświadczeniem.

K.T.: Najtrafniej podsumował to chyba The New York Times w swojej recenzji. Napisał, że z "Turandot" na wodzie i "Opowieściami Hoffmanna" pod dachem udało nam się osiągnąć dwa cele: zachwycić zarówno miłośników opery, jak i osoby, które nie oglądają jej w ogóle albo robią to bardzo rzadko. Zachwycić wielotysięczną publiczność - to było największe wyzwanie, na które zwracała uwagę nowa dyrektor festiwalu Elisabeth Sobotka.

D.M.: Dlatego w tym roku zdecydowaliście się właśnie na te dwie opery?

K.T.: Naszym celem było stworzenie programu, który zachwyci i przyciągnie tłumy do Bregencji, ale jednocześnie będzie najwyższej jakości pod względem artystycznym, zmusi do przemyśleń, wzbudzi emocje. "Turandot" znakomicie się do tego nadaje. Z jednej strony jest to poważna opera, ale z drugiej sprawdza się na dużej scenie przed liczną publicznością. W dodatku ma przepiękną muzykę. Sądząc po frekwencji, reakcjach publiczności i recenzjach, osiągnęliśmy sukces.

W przypadku "Opowieści Hoffmanna" prezentowanych na scenie w jednej z naszych trzech sal wyglądało to trochę inaczej. Dyrektor Elisabeth Sobotce zależało na zaangażowaniu reżysera Stefana Herheima. Dopiero później zapadła decyzja, że wystawi on operę Jacquesa Offenbacha, którą bardzo dobrze zna.

Wybór tytułu to za każdym razem niezwykle ważna i trudna kwestia. Trzy lata temu wystawialiśmy "André Chénier" Umberto Giordano. To była przepiękna opera, z bajeczną inscenizacją, ale zbyt mało znana wśród szerokiej publiczności. Z tego powodu ponieśliśmy straty. Z kolei z powszechnie kojarzonym "Czarodziejskim fletem" było wręcz przeciwnie.

D.M.: Organizacja tak dużego przedsięwzięcia wymaga nie tylko ogromnej pracy, ale również potężnych nakładów finansowych. Skąd macie na to środki? To przede wszystkim zyski z biletów, dotacje publiczne czy od sponsorów?

K.T.: Roczny budżet Festiwalu to około 20 mln euro. Wydaje się, że to sporo, jednak nasze koszty są gigantyczne. W tym sezonie po raz pierwszy od 1997 roku otrzymaliśmy podwyżkę dotacji, ale wciąż nie nadąża ona chociażby za inflacją. Obecnie 5,7 mln euro pochodzi z subwencji publicznej, z czego 40% od Republiki Austrii, 25% od landu Vorarlberg i 25% od miasta. Część pozyskana od sponsorów zamyka się w kwocie 1,3 mln euro. Składają się na nią nasi stali partnerzy, wspierający Festiwal nie tylko finansowo, lecz również pod kątem rozwoju infrastruktury. Wiele zależy od sprzyjającego klimatu wśród polityków i prywatnych firm. Są dla nas bardzo ważni, choć oczywiście sami również ponosimy własną, dużą odpowiedzialność. To dla nas szansa, ale też zagrożenie.

D.M.: Informacje o wsparciu ze strony Waszych głównych sponsorów: kasyna, banku i firmy informatycznej, gdzieniegdzie także Mercedesa, wiszą praktycznie w całym mieście. Nie da się też nie natrafić na Wasze materiały promocyjne. Czy obrandowanie okolicy jest jedną z Waszych głównych strategii marketingowych?

K.T.: Rzeczywiście to jest bardzo ważny element wpływający na utożsamianie się z Festiwalem, ale największą reklamę stanowią nasze produkcje, które są po prostu dobre. Ich odbiór jest prawie zawsze pozytywny, także ze strony mediów. Do tego dochodzi reklama drukowana, która razem z recenzjami prasowymi i tym, co można zobaczyć na ulicach tworzy promocję w niemieckojęzycznym regionie oraz wśród niemieckojęzycznej publiczności. W tym roku pierwszy raz spektakl z Bregencji można było zobaczyć w austriackiej telewizji. Obejrzało go blisko milion osób! Z kolei w przekraczaniu granic wyznaczanych przez język pomagają portale społecznościowe i kanały digitalne w sieci.

D.M.: Przełamywanie barier w dostępie do kultury mają stanowić też bardzo rozbudowane wydarzenia towarzyszące Festiwalowi: zwiedzanie kulis, spotkania z twórcami, nowo otwarte studio operowe kształcące młodych solistów itd. Co ważne, są one dostępne dla widzów z biletami za kilka, a nie, jak w przypadku "Turandot", za kilkadziesiąt czy nawet kilkaset euro. W jakim stopniu celem tych działań jest sama promocja Festiwalu, a w jakim mają one spełniać rolę edukacyjno-poznawczą?

K.T.: Chcemy dać ludziom okazję do zobaczenia i zrozumienia, jak rodzi się to całe przedsięwzięcie: jak powstaje opera czy sztuka teatralna, co dzieje się podczas koncertu orkiestry, jakie przygotowania muszą to wszystko poprzedzić i ile osób jest w ich organizację zaangażowanych. Chodzi nam o budowanie tzw. networkingu, tworzenie sieci wzajemnych kontaktów i wymiany. Reżyser "Turandot" Marco Arturo Marelli mówi: "Sztuka nie powinna mieć charakteru eventowego" i z właśnie tą myślą zapraszamy naszych widzów nie tylko na spektakle. Dzięki temu otrzymujemy od nich bezpośredni feedback, który jest ważny zarówno dla nas, organizatorów, jak i dla artystów.

D.M.: W swoim zespole macie wielu znakomitych solistów, wymienił Pan też nazwisko szwajcarskiego reżysera. Jak wygląda zapraszanie artystów do współpracy? Czy specyfika Bregenzer Festspiele ułatwia ten proces?

K.T.: Wydaje mi się, że w branży operowej mamy już tak silną pozycję, że soliści, reżyserzy, kostiumolodzy itp. sami chcą pracować w Bregencji ze względu na jej wyjątkowy charakter. Urzeka ich przepiękny krajobraz tego miejsca, a my jako organizatorzy nie stawiamy granic sztuce (oczywiście tak długo, jak to możliwe). Jest to jednak wielkie przedsięwzięcie, w którym ważni są nie tylko soliści śpiewający główne partie. W celu pozyskania blisko czterdziestu statystów i odtwórców mniejszych ról musieliśmy zorganizować aż trzy castingi wśród mieszkańców Bregencji oraz wszystkich innych miejscowości w promieniu 30 kilometrów.

Poza tym praca tutaj to niewątpliwie duży wysiłek fizyczny. Soliści śpiewają na świeżym powietrzu, co prawda z mikroportami, jednak to nadal niełatwe zadanie. W "Turandot" muszą w krótkim czasie przemieszczać się po zbudowanym na wodzie fragmencie Muru Chińskiego, w tym między innymi wdrapywać się na wieże górujące 27 metrów na poziomem lustra wody. Ponadto ten sam skład orkiestry gra niemalże co wieczór, nie tylko "Turandot", ale również "Opowieści Hoffmanna". Najtrudniejsze zadanie ma chyba jednak dyrygent. Na koniec każdego spektaklu, aby zdążyć na oklaski, musi biegiem przedostać się z sali, którą zajmuje orkiestra, na scenę na wodzie. Wygląda na to, że twórcom Festiwalu zapewniamy także niezły trening.

D.M.: I dodatkowe utrudnienia w postaci kapryśnej pogody. Nie macie dachu nad sceną ani widownią (z wyjątkiem loży VIP). Co robicie w razie deszczu?

K.T.: W takiej sytuacji gramy spektakl w sali dla tysiąca osób w skróconej wersji. Pozostałym sześciu tysiącom ludzi zwracamy pieniądze za bilety lub przebukowujemy je na inny termin. Przy złych warunkach meteorologicznych nasze dochody są zdecydowanie niższe i sprzedaż biletów faktycznie może stać się sporym problemem. Oprócz tego każdy rok przynosi nowe wyzwania w tej dziedzinie. Kiedy Elisabeth Sobotka obejmowała swoje stanowisko, powiedziała, że nigdy wcześniej nie myślała w pracy o sile wiatru czy o podnoszącym się poziomie wody. Rzeczywiście, przy "Turandot" wiatr silniejszy niż 80 km/h zmusza nas ze względów bezpieczeństwa do odwołania spektaklu. Poza tym monumentalna scenografia została przygotowana na dwa lata. Mamy w wodzie sto figur żołnierzy z terakoty, betonową konstrukcję i drewniane pale. Obawiamy się, czy to wszystko przetrwa zimę.

D.M.: Co jest tak wyjątkowego w Bregenzer Festspiele, że pomimo tych wszystkich trudności wynikających z plenerowego charakteru Festiwalu chcecie go wciąż organizować w takiej formie?

K.T.: Tutaj wszystko robi się po raz pierwszy. Za każdym razem, kiedy budujemy nową scenografię, próbujemy rzeczy, których nikt wcześniej nie realizował. Pracujemy konstruktywnie, budujemy, testujemy, a potem sprawdzamy, na ile te koncepcje spełniają swoją rolę. W tym roku postawiliśmy w wodzie wielki, betonowy walec, stanowiący podstawę całej konstrukcji. W fazie prób zwoje nie wytrzymały nacisku i trzeba je było wymienić. To normalne, kiedy nie ma się na kim ani na czym wzorować i tworzy się coś po raz pierwszy. Jest to bardzo ekscytujące.

D.M.: Jakie są Wasze dalsze plany związane z Festiwalem?

K.T.: Najważniejsze będzie dla nas wciąż zachwycanie tłumów i przekonywanie o wysokiej jakości artystycznej inscenizacji. Na kolejną edycję w 2017 roku planujemy wystawienie "Carmen", które rok wcześniej poprzedzi "Hamlet", ale już zrealizowany na scenie pod dachem.

Nowa dyrektor chciałaby również, aby orkiestra przeniosła się z sali, w której aktualnie gra z nagłośnieniem na scenę na wodzie, tak jak to się odbywało wcześniej. To duże wyzwanie, podobnie jak skonstruowanie latających elementów na estradzie, które jest naszym kolejnym celem. Zobaczymy, czy jesteśmy w stanie go zrealizować.

D.M.: Wyobrażacie sobie Festiwal w Bregencji, ale bez Bregencji? Nie wypłyniecie na szersze wody?

K.T.: To jest jedyna taka scena na świecie. To byłoby niemożliwe, choć mamy wielu ciekawych partnerów z całego świata. Ostatnio Chińczycy bardzo zainteresowali się naszym Festiwalem i teraz sprawdzają, czy udałoby się zrealizować tego typu przedsięwzięcie w Szanghaju.