Antywojenna przypowieść o śmierci na gruszy

«Witold Wandurski należał do grupy rewolucyjnych poetów, związanych z Komunistyczną Partią Polski, którzy w okresie międzywojennym budzili sumienia naszego kraju, nawoływali do buntu przeciw krzywdzie, niesprawiedliwości społecznej, militaryzmowi i wojnie. Wraz z Władysławem Broniewskim i Stanisławem R. Stande założył grupę poetów proletariackich. Wydali oni w trójkę tomik wierszy pt. "Trzy salwy". Niewielka jest spuścizna, jaką pozostawił po sobie Wandurski. Ścigany przez sanacyjną policję, aresztowany, a potem zwolniony z polskiego więzienia pod naciskiem opinii publicznej i listu otwartego wybitnych pisarzy do prokuratora, wyjechał później Wandurski do Związku Radzieckiego i tam padł ofiarą prowokacyjnych oskarżeń okresu kultu jednostki.

Od wczesnej młodości pasjonował Wandurskiego teatr. Prowadził w Łodzi Scenę Robotniczą, pisał dla niej, adaptował, tłumaczył. Był przeciwnikiem teatru mieszczańskiego, entuzjazmował się twórczością Majakowskiego i Meyerholda, był zwolennikiem tezy, że teatr powinien służyć celom społecznym i politycznym. Po przyjeździe do Związku Radzieckiego uzyskał na pewien czas możność pracy w Kijowie, gdzie prowadził polski teatr. Musiał jednak stamtąd ustąpić pod zarzutem "nacjonalistycznego oportunizmu". Pozostawił po sobie kilka sztuk: "Śmierć na gruszy", "Grę o Herodzie" (w których nawiązywał do starych ludowych przypowieści, do komedii rybałtowskich i teatru jarmarcznego, a nawet do komedii dell arte), jak również wydaną w roku 1929 w Moskwie sztukę agitacyjną "W hotelu Imperializm", i grany w roku 1932 w stolicy ZSRR dramat o walce polskiej klasy robotniczej przeciw sanacyjnej dyktaturze pt. "Raban".

Za najlepszy utwór sceniczny Wandurskiego uchodzi "Śmierć na gruszy", której premiera odbyła się 18 stycznia 1925 w teatrze im. Słowackiego w Krakowie. W czasie jednego z pierwszych przedstawień tej sztuki demonstrowała przeciw niej endecka bojówka. Po sześciu spektaklach policja zabroniła dalszego jej grania. Minęło wiele lat, nim teatr w Polsce Ludowej zainteresował się znowu tym utworem, choć niejednokrotnie mówiło się i pisało o tym, że warto dać mu możność próby sceny w nowych warunkach społecznych i politycznych, o tyle przychylniejszych dla sztuki Wandurskiego. Pierwszy sięgnął po nią robotniczy teatr tkaczy z Bielawy, gdzie opracował ją Teodor Mierzeja. Później oparł się po części na jego wersji Jerzy Broszkiewicz, przygotowując wraz z nim tekst dla przedstawienia Teatru Ludowego w Nowej Hucie. Wystawił ją także teatr im. Jaracza w Olsztynie. Teraz dotarła do Warszawy.

Śmiem twierdzić, że ta ostatnia wersja "Śmierci na gruszy", którą zrealizował w teatrze "Ateneum" Józef Szajna, jest jak dotąd jej najlepszym przedstawieniem. Szajna ulepszył tu w porównaniu ze swą pracą w Nowej Hucie zarówno opracowanie tekstu, jak i całą koncepcję inscenizacyjną, oraz jej realizację. To, co w tamtym przedstawieniu było tylko pomysłem, tu nabrało precyzji, jasności. Zjawiło się też wiele nowych, ciekawych rozwiązań sytuacyjnych, nowych pomysłów teatralnych. Nie jest to więc powtórzenie przedstawienia z Teatru Ludowego w Nowej Hucie, lecz na nowo przepracowana wersja sztuki Wandurskiego. Najważniejsze zaś. że niezwykle jasno dociera w tym przedstawieniu do widzów myśl poety, który przecież pisał "Śmierć na gruszy" po to, aby zdemaskować społeczne i ekonomiczne korzenie wojny, napiętnować ustrój, sprzyjający jej narodzinom, pokazać mechanizm tego całego procesu, wreszcie gromkim głosem stwierdzić, że to nie śmierć jest największym złem, lecz zgubny i wrogi człowiekowi porządek społeczny, który trzeba zmienić. Jak długo ten porządek nie ulegnie zmianie - śmierć nie chce zejść ze swej gruszy.

Sztuka rozpada się na dwie części. Pierwsza z nich jest uwspółcześnionym moralitetem, starą ludową przypowieścią o śmierci, uwięzionej na gruszy i konsekwencjach tego faktu. Ta część przedstawienia, działająca na zasadzie zaskoczenia i paradoksu, nieoczekiwanego efektu, polegającego na zgubnych skutkach tak radosnego faktu, jakim jest nieśmiertelność ludzi, jest w inscenizacji Szajny bardzo dowcipna, rozegrana w szybkim tempie, pomysłowa i zabawna. Ma też coś z ludowej sztuki, ludowej baśni, przypomina nawet chwilami opowieść o góralu Zwyrtale, który szedł do nieba, wybawioną przed kilku laty tak pięknie przez Wilkowskiego i Kiliana w warszawskim teatrze "Lalka". Pełno tu świetnych pomysłów plastycznych, które zapewne zapisać należy nie tylko na konto bardzo dobrego scenografa przedstawienia, jakim jest Daniel Mróz, lecz także na konto inspiracji reżysera, który jest przecież z zawodu przede wszystkim scenoplastykiem.

Obrazki z nieba, w których występuje święty Piotr (Stanisław Libner), przezabawny archanioł Michał (Jan Kociniak) i pełna wdzięku anielica (Krystyna Sienkiewicz) mają smak ludowego prymitywu, zaprawionego widzeniem współczesnego świata. Święty i aniołowie siedzą na czymś w rodzaju samolotów, widzianych oczyma Nikifora i wiszą w przestworzach, kołysząc się na tych dziwnych pojazdach. Bardzo śmieszna jest także w tej części przedstawienia trójka wiejskich chuliganów (WŁADYSŁAW KOWALSKI, BOGUSZ BILEWSKI i ANDRZEJ GAWROŃSKI), bogata chłopka-spekulantka (KRYSTYNA BOROWICZ), czy groźny policjant (BOHDAN EJMONT) i pocieszny Pachciarz z rudą brodą (STANISŁAW NIWIŃSKI). Tu stają się widoczne powiązania z szopką.

Druga część sztuki nabiera wymiarów makabrycznej grozy. Jest w niej coś ze starych "Totentanzów", misteriów, ostrzegających człowieka przed tym, co mu grozi, choć i tu widać wyraźnie wpływ współczesnej cywilizacji i nowoczesnej sztuki. Ta część przedstawienia ma charakter antywojennej Apokalipsy. Szajna usiłował znaleźć wspólny mianownik dla dwóch tak różnych warstw sztuki i przedstawienia. Powiodło mu się to w warszawskim przedstawieniu lepiej, niż w Nowej Hucie, przede wszystkim dzięki jednolitości tworzywa plastycznego, ale i w tym spektaklu można dopatrzyć się pęknięcia, lub przynajmniej głębokiej rysy między pierwszą i drugą częścią wieczoru.

Trzeba przyznać, że część antywojenna wywiera w warszawskim spektaklu wstrząsające wrażenie. Dotyczy to przede wszystkim postaci Pana w żakiecie, któremu ROMAN WILHELMI nadał w swej bardzo ostrej i niesamowitej po trosze interpretacji cechy współczesnego Mefista. Lecz dotyczy to także scen z kapitalistami o twarzach zamaskowanych gazą, jakby twarzy w ogóle nie mieli (JÓZEF KOSTECKI i STANISŁAW KWASKOWSKI). oraz scen bitewnych, a szczególnie znakomitego pomysłu plastycznego, dzięki któremu udało się pokazać żołnierzy, poszukujących swych głów, odciętych w czasie bitwy, zamieniających przez pomyłkę te głowy, oraz wysokich dostojników wojskowych i wielkich przedsiębiorców, grających głowami żołnierzy w piłkę itp.

Do wysokiej rangi warszawskiego przedstawienia przyczyniła się więc precyzja i pomysłowość pracy reżysera, efektowna scenografia, lecz także w bardzo poważnym stopniu bardzo dobry zespół aktorów, jakimi dysponował w tej inscenizacji Józef Szajna. Pod tym względem przedstawienie w "Ateneum" góruje zdecydowanie nad poprzednimi realizacjami "Śmierci na gruszy". Nigdy jeszcze nie miał Szajna do swej dyspozycji aktorów, którzy by tak dobrze rozumieli jego koncepcje i tak sprawnie umieli wcielić je w życie. Trzeba tu przede wszystkim napisać z wielkim uznaniem o grze ALEKSANDRY ŚLĄSKIEJ, która z niewielkiej i bardzo niewdzięcznej roli Śmierci uczyniła prawdziwy majstersztyk kunsztu aktorskiego, nasycając tę odrażającą postać ze średniowiecznego misterium dziwnym i nieoczekiwanym wdziękiem, czyniąc ją nieledwie sympatyczną. Znakomicie zagrał też rolę Wyrobnika MARIAN KOCINIAK, ożywiając ją zabawnymi pomysłami charakterystycznymi, czyniąc ją bardzo ludzka, miłą, wzbudzająca współczucie. Partnerowała mu pewnie, jako Wyrobnikowa, ANNA CIEPIELEWSKA, nie lękając sie mimo młodego wieku roli starej kobiety. Wśród długiej listy aktorów tego przedstawienia nie wolno mi także przeoczyć WANDY KOCZEWSKIEJ (Reporterka), ani LUDWIKA PAKA (lekarz). Wszyscy aktorzy wywiązali się bardzo dobrze ze swych zadań.

Przedstawieniem "Śmierci na gruszy" w teatrze "Ateneum" Polska Ludowa spłaciła wreszcie dług zaciągnięty wobec rewolucyjnego poety. Nareszcie stało się zadość sprawiedliwości i utwór Wandurskiego znalazł wyraz sceniczny, godny jego wartości ideowej i artystycznej A może sukces "Śmierci na gruszy" skłoni teatry do zainteresowania się innymi jego sztukami? Nasz dorobek w dziedzinie rewolucyjnej dramaturgii jest tak skromny, że warto zastanowić się również nad taką możliwością, która mogła by wzbogacić repertuar naszych teatrów, zwiększając możliwości ich ideowego oddziaływania.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego