powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jak bida, to do Żyda

Dzięki tym dwóm spektaklom, warszawski sezon teatralny został uratowany - pisze Anna Schiller.

Odkąd zarzuciłam pisanie recenzji, rzadko chodzę do teatru, częściej jeżdżę. Do Bydgoszczy, Poznania, Krakowa, Łodzi. Ostatnio do Gniezna. Bywa, że do mnie przyjeżdżają interesujące spektakle, wtedy czuję się jakbym znalazła się w innym mieście. Ściąga je prywatny Teatr Imka za pieniądze PKO, kontynuując dzieło nieodżałowanego Pawła Konica na scenie Teatru Małego. Nie ma już Konica, nie ma Teatru Małego. Jako byt niesamodzielny, część Teatru Narodowego, podlegał decyzjom jego dyrekcji i został przez nią zlikwidowany. W tym mianowicie sensie, że nie walczono o niego, oddano go, a raczej pozbyto się walkowerem. Jakby z ulgą. Na stypie po teatrze ktoś zażartował albo i nie zażartował, że winny jest Konic.

Wyznałam już, że w moim mieście do teatru nie chodzę, ale do winy się nie przyznaję. Teatry warszawskie znam od lat i nic się w nich nie zmieniło, są przewidywalne do bólu w sensie dosłownym. Poziom ten sam, styl ten sam, aktorzy ci sami, typ repertuarowy i rozrywkowy albo dwa w jednym. Żadnych nowych nowości. Jeszcze niedawno chodziłam na aktorów, lecz wiązało się to z takimi okolicznościami towarzyszącymi, że przeżywałam męczarnie. Dobry Boże, czy ja kogoś zamordowałam?

Ostatni sezon minął mi podobnie, lecz nie tak samo. Z sympatii i ciekawości obserwowałam Powszechny pod nową dyrekcją i z nowymi aktorami, których w Bydgoszczy poznałam od najlepszej strony. Desant bydgoski za wcześnie oceniać, minął zaledwie rok. Mam nadzieję, że nauczył się czegoś na własnych błędach. Również z ciekawości i ze względu na koligacje rodzinne, dwa razy odwiedziłam Teatr Żydowski. Za pierwszym szłam z duszą na ramieniu: "Dybuka" reżyserowała Maja Kleczewska. Znana ostatnio z realizacji tekstów Jelinek, pustych i bez życia, w czym nic dziwnego, bo jest "piszącym trupem", jak sama siebie nazwała . Mówiąc wprost: Jelinek to grafomanka w specjalności horror życia. Sęk w tym, że ona straszy a ja się nie boję. O ból zębów przyprawiała mnie perspektywa oglądania galanteryjnej scenografii Katarzyny Borkowskiej, stałej współpracownicy. Przed oczyma duszy, jawili się mi się Żydzi fruwający w białych tiulach, kobiety tańczące pas de deux na tle zwiewnych firanek, na środku sceny basen z mykwy wystylizowany na antyczną sadzawkę. Aż tu nagle...

Bez fajerwerków i popisów, w ascetycznej przestrzeni scenicznej Wojciecha Pusia, spektakl uczciwie, głęboko przemyślany, ze zrozumieniem i powagą, ale nie na kolanach, traktujący temat żydowski. Scenariusz Kleczewskiej i Łukasza Chotkowskiego zainspirowany "Dybukiem" An-skiego i dybukiem naszym współczesnym, którego nosimy w sobie, nawet gdy o tym nie wiemy. Dybuk pomordowanych ludzi i ich zabitych miłości, opustoszałych po nich dzielnic i tych, jak Muranów (jak Warszawa!), unicestwionych. Ta inscenizacja, pomimo specyfiki losu żydowskiego, posiada jednocześnie wymiar uniwersalny. Nakładają się w niej czasy, zdarzenia i osoby (Lea w trzech postaciach w różnym wieku), opowiada o duchowości, czyli ludziach, a poprzez to o świecie i historii. Przede wszystkim o ludziach. W porażającej scenie obrazuje esencję namiętnej miłości: mężczyzna wielokrotnie okręca wokół siebie ciało dziewczyny, jej przeszywający krzyk z głębi trzewi spleciony z ekspresyjną muzyką Stefana Węgłowskiego. Reżyseria Kleczewskiej wydobyła z aktorów nieznane dotąd możliwości. Najsilniejsze wrażenie wywarła na mnie niema postać w łachmanach, obozowy muzułman krąży na obrzeżach świata ludzkiego, jak pokutnik i widmo pamięci. Wspaniała rola Jerzego Walczaka, aktora obdarzonego charyzmą i niewątpliwym talentem.

Właśnie aktorzy z Żydowskiego są bohaterami kameralnego spektaklu i grają w nich samych siebie, co trudne. Scenariusz Michała Buszewicza poprzedziły bardzo osobiste z nimi rozmowy, co jeszcze trudniejsze. "Aktorzy żydowscy" to nie tylko Żydzi, są także przesiąknięci inną kulturą Polacy, by tak rzec, zasymilowani. Ciąży im ta sama chwiejność co zasymilowanym Żydom. Sztuka Buszewicza w reżyserii Anny Smolar mówi o tożsamości konkretnych osób. Można ją odczytać w sposób rozszerzony: to co nie udało się przez siedemset lat, zżycie się Żydów i Polaków, teraz oto dokonuje się na scenie.

Dzięki tym dwóm spektaklom warszawski sezon teatralny został uratowany. Jest dokąd iść, jak bida, to do Żyda.