powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Podwójne życie Weroniki

- Moja wyobraźnia karmi się właściwie wszystkim: tym co słyszy, tym co usłyszy gdy ktoś się przesłyszy, czasami snami. Karmi się dziwactwami - mówi Weronika Murek, 26-letnia laureatka tegorocznej Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej.

Karolina Szczypek: Zaskoczona? Weronika Murek: Tak. Do tego stopnia, że cały czas to do mnie nie dociera. Wiem, że zawsze w takich momentach tak się mówi, ale czułam się potwornie dziwacznie, jak zobaczyłam w internecie w którymś z artykułów swoje nazwisko jako zwyciężczyni. - Czułaś, że to nie do końca ty? - Tak. To jest jakaś dziwna historia. - Jesteś debiutantką, a kapituła GND jednomyślnie wybrała ciebie. Jakie to jest uczucie? Poza tym totalnym zaskoczeniem. - To jest dla mnie świetny moment. Szczególnie, że werdykt był jednogłośny. To wszystko dochodzi do mnie bardzo powoli. Następnego dnia po finale GND wróciłam do domu, na Śląsk, i poszłam do pracy, potem na zajęcia i nic się za bardzo nie zmieniło. Oprócz tego, że miałam o cztery telefony więcej niż zwykle. I zaczęłam sobie myśleć, kiedy jest ten moment, że życie się zmienia.

Ten moment magicznego pstryk?

- Tak. Czy jest w ogóle coś takiego? Czy to stopniowy proces? Bo to chyba nie dzieje się z dnia na dzień.

Ale z roku na roku już prędzej. Masz 26 lat. Jesteś absolwentką prawa. Rok temu wymyśliłaś, że zaczniesz pisać dramat. I to się stało. I to od razu tak spektakularnie.

- I to jest w tym wszystkim najdziwniejsze.

Zaczęło się w trakcie pracy nad książką. Zauważyłam, że piszę dużo dialogów i jakoś naturalniej mi to wychodzi. Dlatego pomyślałam, że może mogłabym spróbować formy, która jest czysto dialogowa. I wymyśliłam sobie dramaty. Wcześniej miałam z teatrem takie doświadczenia, jakie się ma chodząc do państwowego liceum. "Mistrz i Małgorzata", przerażający teatr w Częstochowie im. Mickiewicza, w którym wszystkie przedstawienia były w tej samej scenografii zrobionej z pudełek, wełniane peruki... Teatr kojarzył mi się z jakimś zakurzonym, archaicznym tworem, gdzie się chodzi, jak się nie chce iść na matematykę czy fizykę. Nie lubiłam też czytać tych lektur szkolnych, które były dramatami. Chociaż nie, źle gadam: w zasadzie żadnych lektur nie lubiłam czytać.

No i pomyślałam wtedy, przy pracy nad książką, że ciekawie byłoby taki dramat napisać. I spróbowałam. Kompletnie mi nie wyszło. Okazało się, że w ogóle nie rozumiem na czym polega teatr. Wtedy pomyślałam, że skoro właściwie chcę pisać dla teatru, to najprościej będzie tam pójść i zobaczyć, o co w ogóle chodzi. Zgrało się to w czasie z tym, że redakcja "Teatraliów", czyli internetowego tygodnika teatralnego, szukały kogoś do pisania. Zgłosiłam się i zaczęłam częściej chodzić do teatru.

Wróćmy do GND. Jak to się zaczęło, że pomyślałaś w ogóle o zgłoszeniu się? Najpierw chciałaś napisać tekst, a potem go gdzieś upakować czy najpierw znalazłaś GND i pomyślałaś sobie: to ja pod konkurs napiszę tekst?

- To chyba było tak, że chciałam napisać dla warsztatu, a GND było pretekstem. Byłam ciekawa co się stanie. To był chyba też jedyny konkurs, o którym słyszałam.

Wcześniej zapisałam się na kurs pisania, ale akurat tak się złożyło, że zajęcia z dramatu ominęłam. Przyszłam na pierwsze i ostatnie. Czułam, że to nie dla mnie. Zniechęciło mnie, że trzeba było wyjść na środek i opowiadać o sobie i przeżywać przy tym katharsis. Ludzie płakali. To trochę było jak psychoterapia, trochę jak sekta. Stwierdziłam, że nie chcę takiej wiwisekcji. Trochę żałuję, bo może byłoby mi łatwiej coś napisać, albo może bym więcej zrozumiała.

A ja myślę, że mogłabyś wtedy napisać coś zupełnie innego, co mogłoby nie być tak bardzo twoje.

- Możliwe, że by tak było, gdybym zaczęła kombinować i poruszać tymi "gałeczkami".

Jak już wymyśliłaś, że weźmiesz udział w GND to miałaś moment rekonesansu? Chciałaś zobaczyć jak wygląda dramatopisarstwo w Polsce, kto jest ważny, kogo się czyta?

- Przeczytałam część sztuk, które były w bazie GND. Zaczęłam czytać "Dialog". I tyle.

A co do samego procesu pisania. Jesteś aktualnie na aplikacji adwokackiej, robisz praktyki. Jak to łączysz z pisaniem? Czy pisałaś po pracy, czy miałaś taki moment kondensacji, że np. przez miesiąc wzięłaś wolne, zaszyłaś się? Czy to było twoje główne zajęcie, czy po godzinach?

- Pisałam po godzinach, w takich "pokradzionych" momentach. I o ile w takich sytuacjach ciężej mi było pisać prozę, o tyle z dramatem było łatwiej. Po prostu ciężej mi wejść po przerwie do prozy niż do dramatu.

Czyli to twoje pisanie z prawem nie wadziło. Ciekawe, że z jednej strony jest prawo, a drugiej pisanie. Czy to się rymuje?

- Moim zdaniem to się raczej rymuje. Jest taki obraz prawnika, który ma takie suche podejście, akta, paragrafy, wszystko w ryzach, ale mnie może to dało trochę takiej dyscypliny? Myślę, że byłam bardziej czujna wobec zdań. Gdy jak analizujemy jakieś pisma urzędowe, czy procesowe, które są potwornie nudne, ale które też są w jakimś znaczeniu tekstem, wtedy trzeba umieć je rozbroić pod względem logicznym. Ważne jest, jakie mogą mieć znaczenia a jakie mają, w jaki sposób mogą być przeczytane przez inną osobę. To jest taka czujność, która bardzo się przydaje przy redakcji swojego tekstu.

Dlaczego prawo? Ambicje rodziców ?

- Tak, myślę, że tak. Niestety. U mnie w rodzinie była taka opinia, że to są takie rozsądne studia dla humanisty.

Skoro tak, to teatr jest dla ciebie formą buntu?

- Nie, raczej nie. Pisanie jest dla mnie wentylem bezpieczeństwa, tam działam na swoich zasadach. Nie na zasadach kodeksu. Dzięki temu prowadzę podwójne życie Weroniki. Z jednej strony wydaje mi się, że jestem naprawdę nudną osobą i nijak mam się do tego, co piszę, chociaż oczywiście - jestem za wszystkie swoje teksty odpowiedzialna. Ale jest to dla mnie egzotyczne i trudne, by odpowiadać na pytania: "czy pani jest też taka na co dzień?". Pisanie to jedno, a życie to drugie i można się od tego odseparować.

Dr Jekyll i mr Hyde?

- Tak, tak bym może to nazwała.

O czym jest twoja sztuka?

- Dobre pytanie. Drugi raz na nie odpowiadam i cały czas nie umiem tego dobrze uchwycić. To jest sztuka, która opowiada o tasujących się świadomościach i językach, o rzeczywistości wojennej i powojennej, o stalinowskiej i nazistowskiej, ale też o tożsamości Polaków, Ślązaków, Niemców. O sprawczej sile pamięci, albo o jej braku.

To co piszesz jest bardzo anegdotyczne, brzmi trochę jak język z reklam, dużo tam abstrakcyjnych wypowiedzi, jak motyw liści babki. Czy Twój tekst jest o natręctwie języka?

- Też o natręctwie języka. O tym jak ze sobą rozmawiamy i niczego sobie nie mówimy, o potoku słów, o tym jakim bełkotem się komunikujemy, o uciążliwości "small talków", o "rzygu" reklam i tego, w jaki sposób jesteśmy nim bombardowani i jak mało treści to wszystko niesie.

Dlaczego nazwałaś sztukę "Feinweinblein"? To straszak na dzieci? Dziadek mróz albo czarna wołga?

- Feinweinblein to stary śląski straszak na dzieci. Nie znalazłam nigdzie informacjo o tym, jak on wyglądał, ani na czym polegała jego upiorność i wydaje się, że najbardziej upiorna była nieuchronność tego, że on przyjdzie. Opierając się na brzmieniu tego słowa wróciłam do tego, co kiedyś powiedział Marek Bieńczyk. O poczuciu ucisku w brzuchu, które miał na sam dźwięk języka niemieckiego, mimo iż nie urodził się w trakcie wojny, tylko już po i jego pamięć była bardziej pamięcią rodziców. On ją odziedziczył.

A uczyłaś się kiedyś tego języka?

- Tak, uczyłam się i nawet bardzo go lubiłam. Ale w tym słowie akurat chyba jest taka makabra, prawda?

Tak. Gdy przeczytałam tytuł twojego dramatu, aż przeszedł mnie dreszcz. Brzmiało to magicznie jak zaklęcie i strasznie, jak przekleństwo. Bałam się, że "przyjdzie i mnie zje".

- To właśnie takie miało być. Jak z Baśni braci Grimm.

Twojego tekstu bardzo dobrze się słucha. Czy myślałaś o tym, że to mogłoby być słuchowisko?

- Tak, to byłoby ciekawe, zwłaszcza dlatego, że mam chyba jakiś taki naturalny sposób myślenia obrazami. Zawsze coś widzę jak piszę.

Czym jest dla ciebie radio?

- Wychowałam się z radiem. I pamiętam, że długi czas jak się bałam sama spać, to rodzice włączali mi radio, by ktoś do mnie mówił. I później, jak już dorosłam, mogłam obejść się bez telewizora. Radio było towarzystwem bardziej przyjaznym niż telewizja. Jasne, że telewizor, który jest skrzynką z obrazkami i głosem, też jest interesującym pomysłem, ale radio fascynowało mnie bardziej jako przedmiot, z którego sączy się mimochodem ten głos i trochę nie wiadomo skąd on jest.

Twoje dialogi są zasłyszane czy wymyślone?

- Wymyślone. Ale na przykład "wędliny świetliste" są wyczytane w jednej ze starych gazet.

Ale nie lubisz didaskaliów?

- Czuję jakąś potworną niechęć do opisów przyrody, a poza tym wydaje mi się, że sporo z tych opisów, które są kołem zamachowym akcji można przetransportować do dialogów. Didaskalia są u mnie szczątkowe. Pomyślałam sobie kiedyś, że gdyby ten tekst był przez kogoś opracowywany, to nie chciałabym się tak bardzo wtrącać. Jest mi to obojętne w jaki sposób ktoś by wymyślił sobie, np. świetlicę, którą opisałam w dramacie. Nie znoszę, kiedy ktoś mi coś narzuca i nie chciałabym nikomu narzucać własnej wizji: w momencie, w którym tekst staje się opracowywany przez kogoś innego, staje się własnością kogoś innego. Nie widzę siebie zupełnie jako jakieś najwyższej instancji sensu tego, w jaki sposób coś, co napisałam, może być czytane.

Jeśli więc dialogi są przez ciebie wygenerowane, to postaci nie mają odzwierciedlenia w życiu?

- Nie, nie mają pierwowzoru w życiu. Mam w ogóle problem z tworzeniem postaci, bo wydaje mi się, że robię je sztuczne i marionetkowe, takie przeszarżowane. Ostatnio pani na spotkaniu autorskim zapytała mnie, czy nie byłoby ciekawiej gdyby choć jeden z moich bohaterów był postacią inteligentną.

A to ciekawa prośba. "Znasz chociaż jednego głupiego człowieka?" - pada u ciebie w dramacie. Ale to przecież jest ciekawsze, że oni tak głupio myślą, tak inaczej.

- "Inaczej" jest tu słowem kluczem. Tak chciałabym, żeby to było odbierane.

Nawiązałaś do zbioru twoich opowiadań. To może zapytam o ciało i śmierć, których jest w twoich tekstach dużo. I trumny, i rąbanki wieprzowe. Jakieś te spotkania ekstatyczne takie i frenetyczne.

- No tak, bo ciało to mięso. To można tak pożenić.

"Nie możemy czekać na łaskawość przyrody. Naszym celem jest wziąć sobie z niej samemu". To motto twojej książki. Skąd to ci się wzięło?

- Wymyśliła to Magda Budzyńska, redaktorka mojej książki. Uznałam, że dobrze współgra z tytułem i z treścią i jakoś może je łączy.

Trochę się to nie trzyma siebie nawzajem. Jest i onirycznie, i surrealistycznie. Czy to jawa czy sen, nie wiadomo. Czym się karmi twoja wyobraźnia?

- Potwornie ciężkie są dla mnie te pytania o inspiracje. Moja wyobraźnia karmi się właściwie wszystkim: tym co słyszy, tym co usłyszy gdy ktoś się przesłyszy, czasami snami. Karmi się dziwactwami.

Miałam kiedyś taki moment, że fascynowały mnie stare amerykańskie domki dla lalek, które były wykonywane z wielką pieczołowitością. One są i drewniane, i porcelanowe, przepiękne. Warte majątek. I wyobraź sobie, że istnieje mała społeczność, która zajmuje się kolekcjonowaniem i robieniem takich domków. Ci ludzie rywalizują, kto będzie miał więcej takich domków. Jest sporo gazet w Ameryce, które opowiadają tylko o tym w jaki sposób np. można wymalować talerzyk na którym jest kawałek tarty cytrynowej z plamą bitej śmietany, albo w jaki sposób zrobić realistyczne maleńkie belki do kominka, w jaki sposób uszyć zasłoneczki. Całe szpalty porad i inspiracji, czytelnicy dzielą się swoimi odkryciami i to było dopiero ciekawe. Takie podejście do detalu.

Kojarzy mi się z "Simsami". Grałaś?

- Uwielbiałam.

Zabijałaś ludzi?

- Oczywiście, wyciągałam schodki z basenu, sprzedawałam drzwi. Miałam całe wzgórza nagrobków. I później, gdy chciałam dobić tego, który został przy życiu, kazałam mu opłakiwać. Przez to mieli wskaźnik towarzyskości na minus 50. Bardzo to lubiłam. Do dzisiaj oceniam swoje patrzenie na życie miernikiem "Simsów". Na przykład teraz mam poziom towarzyskości plus dwadzieścia, tak sobie myślę.

A inspiracje literackie? Twoje teksty uruchomiły we mnie wiele skojarzeń. Białoszewski, Różewicz, Ionesco, ale też Monthy Python.

- Monthy Pythona uwielbiam. Absurd jest mi bliski - czyli właśnie Ionesco. Bardzo lubię Becketta, Brechta. Oczywiście też Mrożka. Bardzo lubię czarny humor.

Rok temu byłaś studentką prawa, po drodze stałaś się prozaiczką, w międzyczasie miałaś epizod recenzencki i teraz jesteś dramatopisarką. Gdzie będziesz za rok?

- Dobre pytanie. Mam nadzieję, że uda mi się napisać coś jeszcze. Właściwie bardzo chciałabym napisać reportaż, może właśnie dlatego, że teraz pisałam odklejone, dziwaczne rzeczy - i że właściwie pisania reportaży do mnie kompletnie nie pasuje.