powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Dawno temu dziś

W ostatnim dniu festiwalowych zmagań przyszło nam dość nieoczekiwanie przenieść się ze scen teatralnych, do mocno już przykurzonych sal muzealnych. I to za sprawą dwóch zupełnie jak mogłoby się wydawać różnych spektakli - z festiwalu Kontrapunkt, dla e-teatru pisze Michał Centkowski.

"Caspar David Friedrich. Kontemplując księżyc" w reżyserii Jo Fabiana to całkiem elegancka, godzinna wyprawa w romantyczny wiek XIX, inspirowana twórczością słynnego malarza. Pośrodku skromnie urządzonego wnętrza z epoki stoi wielka sztaluga, na której niczym na płótnie wyświetlone zostają cyfrowe projekcje najsłynniejszych obrazów niemieckiego mistrza. Wokół kilka postaci w strojach z epoki porusza się majestatycznie, jak gdyby w zwolnionym tempie odgrywając w milczeniu krótkie czy może raczej nieskomplikowane scenki rodzajowe - miłość, wojna i śmierć. W tle muzyka klasyczna, od czasu do czasu przerywana jakimś współczesnym kawałkiem lub romantyczną poezją recytowaną z emfazą przez głos dobiegający z offu.

I choć nie brak tej przywodzącej na myśl "Młyn i Krzyż" Majewskiego, teatralnej wyprawie do wnętrza ożywionego obrazu, swoistego uroku, to jednak ów koncept dość szybko się wyczerpuje. A prezentowana na scenie żywa szopka staje się nużąca.

Znacznie mniej uroku miał w sobie jednak wyreżyserowany przez Zbigniewa Brzozę "Obwód głowy" z Teatru Nowego w Poznaniu. Oparty na reportażu Włodzimierza Nowaka spektakl opowiada o losach polskich dzieci, odbieranych rodzicom i "adoptowanych" w czasie drugiej wojny światowej przez niemieckie rodziny w ramach działań tzw. Lebensbornu. Nie wiedzieć czemu reżyser postanowił niestety, uczynić z tej przejmującej historii nieznośnie łzawy, przypominajacy spektakle z połowy ubiegłego wieku, teatralny skansen. Rozegzaltowany reporter (Mariusz Znaniewski) biega po scenie "przesłuchując" uczestników tragicznych wydarzeń oraz siermiężnie inscenizując z pomocą wnoszących i wynoszących ze sceny krzesła pracowników obsługi, pełne wzruszeń, łkań i zawodzeń scenki retrospektywne. Opera mydlana miesza się tutaj z telewizyjnym paradokumentem, w stylu Sensacji XX wieku.

Na stanowiącej właściwie całą scenografię białej ściany, co chwila pojawiają się jakieś brzydkie czarno białe projekcje. Z boku na niewielkim stoliku nieustannie pracuje szpulowy magnetofon. Zaś na scenie naziści w skórzanych płaszczach, radośnie pląsające, elegancko odziane dzieci, musztrujący przyszywanych wnuczków faszystowscy dziadkowie, konspiracja oraz teatralnie rozpaczające matki.

Zgrane chwyty, słabe aktorstwo oraz nieznośna konwencja - słowem teatralne muzeum.