powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Którym nie wystarcza

"Dziedziniec Pogan" podniósł mnie na duchu: w kraju rozkoszującym się mową potępienia spotkali się ludzie od tej mowy wolni - pisze Dariusz Kosiński.

Na kilka dni przed Międzynarodowym Dniem Teatru, na dwa tygodnie przed Wielkanocą, Instytut Teatralny we współpracy z kwartalnikiem "Więź" zorganizował rekolekcje teatralne pod hasłem "Dziedziniec Pogan". Nazwa, zapożyczona częściowo od papieża Benedykta XVI (w Polsce zainicjowane przez poprzedniego papieża debaty ekumenicznie nazwano ostrożniej "Dziedzińcem Dialogu") nawiązuje do przedsionka świątyni jerozolimskiej - ostatniego miejsca, do którego mieli dostęp nie-Żydzi. Spotkania odbywały się w Klubie Komediowym przy Nowowiejskiej, w samym centrum hipsterskiej Warszawy. Miejsce nie było jednak przypadkowe - chodziło właśnie o to, by spotkania rekolekcyjne odbyły się dokładnie tu - obok słynnej tęczy, która zdobi plac noszący wszak nazwę Zbawiciela. W debatach brali udział ludzie Kościoła, ludzie teatru i ludzie akademii, którzy bez względu na to, w co wierzą i co praktykują, nie pozostają obojętni na pytania metafizyczne, a z drugiej strony nie uważają, by prawdą było to, co o stosunku Kościoła do współczesnych artystów powiedział kiedyś niby-żartem znajomy ksiądz profesor: "wyspowiadać, rozgrzeszyć i... rozstrzelać".

Można było się spodziewać, że debaty organizowane w pierwszych dniach tygodnia, na dodatek w czasie trwania Warszawskich Spotkań Teatralnych, nie będą się cieszyły wielką popularnością. I rzeczywiście tak było: przez te trzy dni do Klubu Komediowego przychodziła nas garstka, raz większa, raz mniejsza - ale jednak garstka. Debatowanie i rozmowy o sprawach poważnych generalnie nie cieszą się wielkim wzięciem, ale jakimś cudem nie wpływa to na ich jakość (choć oczywiście nie poprawia samopoczucia organizatorów i uczestników). Kilka miesięcy temu po kolejnej pasjonującej rozmowie w Instytucie Teatralnym, na której więcej było zaproszonych uczestników niż przybyłych słuchaczy, pomyślałem, że to koniec końców ma znaczenie drugorzędne. Nie spotykamy się przecież po to, by popisywać się przed nabitą salą i jej nabiciem poprawiać sobie wciąż łase głasków ego. Zostawmy takie przyjemności celebrytom. Oczywiście miło jest mieć świadomość, że zajmujemy się czymś, co zajmuje tłumy, ale jeśli lokujemy się w niszy, to trudno oczekiwać, by tłumy przybywały. Jasne też, że trzeba starać się docierać z informacjami i zaproszeniami do jak największej grupy "nieznanych swoich", ale jeśli zaproszeni wybierają inne przyjemności, to nie ma co załamywać rąk i rezygnować z tego, co nas pasjonuje.

A rozmowy na "Dziedzińcu Pogan" w katakumbach Klubu Komediowego były pasjonujące, także dlatego, że - mimo wszystko - odbywały się publicznie, co zawsze nadaje słowom inne znaczenie niż wtedy, gdy wypowiada się je prywatnie. Sebastian Duda, filozof i teolog związany z Laboratorium "Więzi", który przygotował tematy kolejnych spotkań i prowadził dyskusje, zawiesił poprzeczkę wysoko. Pytał, czy teatr może być ikoną otwierająca na przebóstwienie, czy też nieuchronnie pozostaje na poziomie odgradzającej od niej idolatrii, czy oglądanie tak często w nim pokazywanej ludzkiej marności może być paradoksalnym wyrazem pragnienia, by marność tę przekroczyć, czy - wreszcie - teatr może posłużyć za wehikuł do przebicia się przez przyjemność pławienia się w niemożności i bezradności, przez acedię, przechodzącą co najwyżej w poszukiwanie dla poszukiwania. Co może wydać się zaskakujące, wszyscy uczestnicy debat pozostawali po stronie pytania i namysłu. Choć różnice wiary i przekonań były niekiedy oczywiste i deklarowane, to zarazem istniała między rozmówcami (a i słuchaczami) wspólnota niezgody na obojętność wobec pytań, bez względu na to, czy obojętność ta jest fundowana na niechęci wobec religii, czy na religijnej ortodoksji. Spotkali się ludzie pytający serio i nie ukrywający swoich wątpliwości i trudności. Przysłuchując się tym rozmowom, odnosiłem wrażenie, że mimo wszystkich różnic, czasem oczywistych, czasem (rzadko, ale jednak) wypowiadanych w formie zdecydowanego veto, wszystkim nam chodzi o sprawy wcale od siebie nieodległe. Odważyłbym się nawet powiedzieć, że przedmiotem naszej troski było zbawienie, dla jednych pisane dużą litery i niemożliwe poza Kościołem, dla innych pisane z małej i rozumiane po świecku, etymologicznie. Ale to właśnie o nim mówiliśmy w centrum zabawy, obok placu Zbawiciela.

"Dziedziniec Pogan" podniósł mnie na duchu: w kraju rozkoszującym się mową potępienia spotkali się ludzie od tej mowy wolni, różniący się, ale potrafiący spojrzeć na różnice spokojnie, umiejący przejść na drugą stronę barykady, by z ciekawością zobaczyć, z czego po tej drugiej stronie jest zbudowana. A jednak nabrzmiewała we mnie w czasie tych rozmów kropla goryczy, która rodziła się z pytania o to, co się stało z polską tradycją teatralną, dla której pytania stawiane w Klubie Komediowym były przez dziesięciolecia podstawowe. Jak doszło do tego, że w kraju, którego kultura teatralna w swoich najważniejszych przejawach kształtowała się wokół pracy nad pytaniem, jak stworzyć teatralną ikonę, z powątpiewaniem pytamy, czy to w ogóle możliwe? Słuchając pytań Sebastiana Dudy i odpowiedzi zaproszonych gości, zacząłem się zastanawiać, czy to jednak nie ja, autor "Polskiego teatru przemiany", mam skrzywioną perspektywę. Czy nie formuje i formatuje mnie zbytnio nauczone w szkole Osterwy i Grotowskiego przekonanie, że teatr, "tyjater", ten wystawiający "sztuki" dla "kulturalnego miasta" jest w Polsce drugorzędny? Pewnie tak. Coraz częściej odkrywam wszak, że pytania i potrzeby, z jakimi chodzę do teatru, są dość odosobnione. Ale przecież mogę na zawołanie przypomnieć nazwiska wielkich postaci, dla których misteryjność teatru (by tak ogólnie określić to, o czym mówię) nie była pustym słowem. "Moja" tradycja teatru polskiego przez stulecia naprawdę była tradycją główną, a przynajmniej najważniejszą, najbardziej oryginalną. Dziś nie jest, a mówienie o niej wzbudza śmiech i zniecierpliwienie, których zresztą doświadczam coraz częściej, czując się jak anachroniczny dziadzio znów próbujący opowiedzieć tę samą, znaną do bólu anegdotę.

Odpowiedź na pytanie, co się takiego stało, nie jest oczywiście trudna. "Polski teatr przemiany" zawsze balansował na cienkiej granicy między wyznawczą ortodoksją katechetycznej ilustracji, a ekscytacją niezobowiązującymi "poszukiwaniami kulturowymi". Na dodatek wymagał zawsze dyscypliny, więc wiązał się z władzą, o której nadużywanie tak łatwo oskarżać, zwłaszcza wtedy, gdy samemu podlega się władzy przymilnej i rozproszonej. A jeśli - z drugiej strony - jest się już gotowym, by ulegać czyjejś władzy w dziedzinie "duchowości", to przecież łatwiej poddać się władzy duchowej wspartej na autorytecie instytucji i Tradycji. W efekcie teatralny kamień, który kiedyś wydawał się węgielnym, został odrzucony przez budowniczych i spoczywa w spokoju w coraz wyżej wyrastającej trawie.

Być może tak musiało się stać. Być może mają rację ci, którzy uważają (a i takie głosy pojawiały się na "Dziedzińcu Pogan"), że teatr to teatr i stawianie mu pytań teologicznych, czy metafizycznych nie ma sensu. Nawet bez nich - co przyznaję chętnie - teatr ma wciąż wielkie znaczenie, liczne wartości i uroki. Cóż jednak poradzę na to, że mnie właśnie te pytania (wcale nie stawiane wprost!) w teatrze poruszają najbardziej?

Tę kroplę goryczy, która nabrzmiała we mnie na "Dziedzińcu Pogan", pomógł przekłuć kalendarz. Tak się wszak ułożyło, że między Dniem Teatru a Wielkanocą odległość czasowa jest w tym roku niewielka. Byłoby oczywistą i głupią przesadą mówić, że z pierwszego do drugiej prowadzi prosta droga, ale nie sposób zaprzeczyć, że z pierwszego drugą widać całkiem wyraźnie.