Naród i ojczyzna

Podczas poznańskiego Festiwalu Malta polski teatr pokazuje swą waleczną twarz - przede wszystkim w temacie dekonstrukcji nacjonalistycznego heroizmu - pisze Anna Volkland w Theater der Zeit.

«"Be active!", krzyczy na mnie performerka. Jej biała sukienka zdążyła się już ubrudzić, zmierzwione włosy sterczą we wszystkie strony - wiele dziś przeszła, czy też powiedzmy lepiej, wiele przeszliśmy. Teraz to my widzowie, "wszyscy jak jedna rodzina" z podniesionymi pięściami mamy wrzeszczeć na wyimaginowaną czarownicę z wyimaginowanym wilkiem, a tym samym wyrazić naszą "aktywną postawę". Po ponad godzinie nieprzerwanego performatywnego gwałtu w wykonaniu krzyczącej aktorki ("Jestem artystką, dochodzę do granic!") to wymuszone stopienie się w chóralną wspólnotę, przypominającą grupę kibiców, to dla mnie o wiele za dużo. Jeśli mam być aktywna, to po prostu się wyłączę, wtedy moglibyśmy porozmawiać o postawach, tak mnie się przynajmniej wydaje. Ale dialog nie jest tu mile widziany. Zamiast podziękować za mój - jak sądziłam wyemancypowany - opór, performerka dramatycznym tonem stawia mnie za wspaniały przykład nikczemności biernego człowieka. Mniej więcej 40-letnia aktorka Kasia Pawłowska jest zirytowana. Znajdujemy się w małej, dusznej sali Republiki Sztuki Tłusta Langusta, samoorganizującego się teatru w podwórzu i platformy niezależnych grup teatralnych w Poznaniu, a ten raczej anty-emancypacyjny solowy performance "OUN", podczas którego rzeczywiście wszyscy pozostali grzecznie włączają się do gry, staje się jeszcze bardziej osobliwy na tle aktualnych wydarzeń w mieście.

Pod koniec czerwca odwiedziłam międzynarodowy, multidyscyplinarny festiwal Malta, skupiający się na takich tematach jak performance, przestrzeń publiczna, a w tym roku również Ameryka Łacińska. Kompleksowy profil kuratorski festiwalu jest wyjątkowy. Niezależna scena teatralna w oddalonym od Berlina o niecałe trzy godziny na wschód Poznaniu od wczesnych lat 60-tych należy do najbardziej aktywnych w Polsce, jednak w tym roku spektakle lokalnych twórców, w większości intymne i stosunkowo trudne, sprawiają wrażenie zapomnianych pasierbów festiwalu założonego w 1991 roku. Przyczyną nie jest brak chęci twórców do jednoznacznej wypowiedzi również na polu politycznym. Przede wszystkim należy tu wymienić Tadeusza Janiszewskiego, już od pięćdziesięciu lat należącego do legendarnego Teatru Ósmego Dnia, czy Lecha Raczaka, wcześniejszego dyrektora Ósmego Dnia, a potem Festiwalu Malta. Obu prawie siedemdziesięciolatkom wciąż jeszcze chodzi o teatr, który stawia opór i wstrząsa, i nie dają sobie w tej kwestii żadnej taryfy ulgowej. Ale nawet przy pełnym zaangażowaniu wszystkich małych, niezależnych grup - należy wymienić też młodsze jak Circus Ferus, Teatr Ba-Q, Fuzja, Teatr U Przyjaciół i Usta Usta Republika - brak im szerszego zainteresowania ze strony społeczeństwa.

Wielki szok wywołał spektakl gościnny, który się nie odbył. Rodrigo García, zaproszony w tym roku jako kurator gościnny, przedstawił program mocny estetycznie i tematycznie, śmiało poszukujący sporów, co rymuje się z jego założeniami jako autora i reżysera. Ale nikt nie mógł przewidzieć tego, co się stanie. Dyrekcja festiwalu poczuła się zmuszona do odwołania spektakli samego Garcíi "Golgota Picnic" ze względów bezpieczeństwa. Przedstawienie łączy, krótko mówiąc, krytykę społeczeństwa konsumpcyjnego i rozpacz nad ludzkością z dekonstrukcją postaci i przesłania Jezusa z Nazaretu - pośród 20 000 bułek do hamburgerów, nagich ciał i przejmującej muzyki. Już na kilka tygodni przed rozpoczęciem festiwalu w Internecie pojawiły się wezwania do udaremnienia procederu "ranienia uczuć religijnych" przez spektakl "Golgota Picnic", do tego listy z pogróżkami do dyrekcji festiwalu. Choć festiwal upublicznił nagonkę ultrakatolików, grup narodowców i pseudokibiców przeciwko przedstawieniu i jego pokazom, a policja również ją obserwowała, nie doszło do kontrprotestów, ani nie pojawiły się niezbędne środki ochrony ze strony wszelkich możliwych, a nawet ustawowo wyznaczonych do tego obrońców wolności sztuki i słowa. Wreszcie policja oświadczyła, że nic nie może przeciwstawić atakowi grupy liczącej nawet 30 000 przeciwników przedstawienia gotowych zastosować przemoc, który zapowiedziano w sieci, ani też nie jest w stanie zadbać o bezpieczeństwo publiczności, artystów i pracowników festiwalu.

Festiwal odwołał spektakle. I wreszcie odezwali się ci wszyscy, którzy dotąd milczeli, i wyrazili swoje oburzenie na tę domniemaną autocenzurę. W całym kraju oburzyli się artyści, intelektualiści i dziennikarze, Kasia Tórz, koordynatorka programowa festiwalu nawoływała ludzi kultury do wspólnej walki przeciwko rosnącym wpływom nietolerancyjnych katolicko-narodowych sił, którym własny rząd nie może bądź nie chce się przeciwstawić. Nawet jeśli w kraju dochodziło już wcześniej do protestów przede wszystkim przeciw "bluźnierczym" dziełom w dziedzinie sztuk plastycznych, a na ich skutek również do reakcji przypominających cenzurę, to incydent w Poznaniu jest jak dotąd wyjątkowy w swoich wymiarze - nigdy przedtem o tych problemach nie dyskutowano w porównywalnym stopniu publicznie.

Niektórzy tylko się uśmiechają, kiedy o tym słyszą. Lech Raczak i jego sojusznicy z Trzeciego Teatru są przyzwyczajeni do gróźb i protestów podczas swoich spektakli. Ich produkcja z nurtu teatru dokumentalnego "Spisek smoleński", którą prezentowali również podczas Festiwalu Malta, zajmuje się krytycznie teoriami spiskowymi wokół katastrofy lotniczej polskiego samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem w kwietniu 2010 - czyli teoriami, które podsycają stary mit Polski jako ofiary zagrożonej ze wszystkich stron, a w szczególności ze strony Rosji. Przedstawienie z pewnością nie jest zwykłym sprawozdaniem i ciężko mi oceniać je pod kątem estetycznym, tak obcy wydaje mi się ten rodzaj teatru. To korowód naszpikowanych efektem obcości scen połączonych niczym w filmowym montażu, które niekiedy działają bardzo sugestywnie, w sposób niesamowity, ponieważ trudny do zinterpretowania.

Spektakle grane są w ponurej knajpie środowiskowej. Czerwone znicze oświetlają stoły dla widzów ustawione wokół wąskiej przestrzeni gry. Dużo tu mgły i otwartego ognia, do tego mroczne chorały, wzywające naród i ojczyznę. Podczas spektakli wielokrotnie protestowała grupa pań i panów w podeszłym wieku, bez wątpienia wierzących w wartości narodowe i katolickie, co do których doświadczony Raczak chłodnym tonem stwierdza, że tylko udają niebezpiecznych, ale przede wszystkim są uciążliwi.

Jego kolega Tadeusz Janiszewski reaguje o wiele mniej obojętnie, a w swoim podobnie obrazowym i symbolicznym solo "Egzorcyzmy" pyta o korzenie nietolerancji, nienawiści i wykluczenia. Podczas Festiwalu Malta zaprasza na próbę otwartą i jako swój własny reżyser, autor i performer natychmiast odpowiada na odwołanie spektaklu "Golgota Picnic", w agitatorskim stylu cytując fragmenty listów biskupa i burmistrza Poznania, nawołujące mniej lub bardziej otwarcie do bojkotu "bluźnierczego" przedstawienia, jak również ośmiela się na dokonanie skojarzeniowego sprzężenia zwrotnego ze średniowiecznymi praktykami inkwizycyjnymi czy paleniem książek przez nazistów. Potoki polskich słów, czasem brutalnie grzmiących, czasem cicho posykujących, a następnie wybuchających w emocji, przełamuje niema, surowa fizyczność. Nagi od pasa w górę Janiszewski wlecze brzęczące łańcuchy z żelaza i korzenie wielkości zwłok, sapie, poci się, pełza po podłodze, wreszcie niemalże tonie w ciężkiej blaszanej wannie. Czy ktoś tu samotnie walczy przeciw potężnym siłom? A czy widzi, że się przeliczył?

Aktywizm poszczególnych twórców teatralnych niekiedy zdaje się być pozbawiony nadziei. Nadzieją dla polskiego, a tym samym dla europejskiego teatru, jest synteza zaangażowania, profesjonalnej promocji i międzynarodowej sieci kontaktów, jaką uruchomił festiwal Malta.

Na zdjęciu: "Spisek smoleński"»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego