Kto wygrał, kto przegrał: teatry i festiwale. Podsumowanie roku teatralnego na Pomorzu cz. 3

Teatrów mamy za mało, brakuje konkurencji, która mogłaby podnosić poziom, brakuje walki o widza. Widzowie w Trójmieście są leniwi, wyprawa z Gdańska do Gdyni, nie mówiąc już o Wejherowie, to dla wielu przygoda bardziej egzotyczna niż dla Lindbergha wycieczka w 1927 roku - Gazeta Świętojańska podsumowuje 2014 rok na Pomorzu.

«Coraz trudniej porównywać, gdy między dwoma teatrami repertuarowymi jest ogromna przepaść. Jak oceniać, gdy najsłabszy spektakl jednego nie jest gorszy od najlepszej prezentacji drugiego? Jak wartościować teatry, które działają w zupełnie innych warunkach właściwie wszystkiego? Jakie wyciągnąć wnioski z faktu, że spektakl, który kosztował kilkadziesiąt (!) razy więcej, jest zdecydowanie słabszy od tego, który powstał dzięki entuzjazmowi kilku osób?

Jak porównywać "wykony", które powstały po kilku próbach z tymi, które próbowano ponad 120 razy? A może powinno się także oceniać działania oraz nakłady na promocję i kontakty, dzięki którym windowana jest ranga przedstawienia? Albo podawać zobowiązania patronackie, w myśl których "piszący o spektaklu" jest zobowiązany do pisania dobrze lub bardzo dobrze, bez względu na obejrzany efekt? Czy ważna jest wartość dodana, czy tylko frekwencja? Itd., itd.

Teatrów mamy za mało, brakuje konkurencji, która mogłaby podnosić poziom, brakuje walki o widza. Widzowie w Trójmieście są leniwi, wyprawa z Gdańska do Gdyni, nie mówiąc już o Wejherowie, to dla wielu przygoda bardziej egzotyczna niż dla Lindbergha wycieczka w 1927 roku.

Teatr jest najważniejszą, bo jedyną, nieiwentową formą wypowiedzi artystycznej nie tylko na Pomorzu, przez co spoczywa na nim odpowiedzialność wielopoziomowa. Szkoda, że tak rzadko ta refleksja występuje w samych teatrach. Dominuje repertuar rozrywkowy lub w najlepszym przypadku przystępny. Teatr artystyczny jest w odwrocie, nasze sceny prawie w ogóle nie podejmują dialogu z widzem, koncentrują się na poszukiwaniach estetycznych, nie mają ambicji diagnozowania rzeczywistości i zadawania trudnych i ważnych pytań. Generalnie nic nowego, ale proces się pogłębia, czas najwyższy na działania obronne. Na szczęście zauważyliśmy w naszym regionie poszukiwania i ambicje artystyczne, ale odnaleźć je można w zaskakujących miejscach.

Ciągle dla niektórych teatrów kwestią wrażliwą jest ujawnianie finansów, które przecież w większości pochodzą z kieszeni podatników. Nie pytamy się o dane wrażliwe, jak wynagrodzenia i stawki, choć i o to przecież powinno się móc skutecznie zapytać, ale o podstawowe dane, które pozwolą na ogólne porównania. Postaramy się w przyszłości lepiej i precyzyjniej standaryzować informację finansową. W dzisiejszych czasach, w których mamy nadmiar artystów wszystkich specjalności, posiadanie bazy infrastrukturalnej i finansowej znaczy wiele więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Przy analizie danych statystycznych warto wziąć pod uwagę wielkość sal (od ok. 70-osobowej sali Teatru Gdynia Główna po 1070 miejsc w Teatrze Muzycznym).

Mimo wielu wątpliwości, przy pełnej świadomości niedoskonałości, przedstawiamy kolejny odcinek corocznego podsumowania życia teatralnego na Pomorzu.

Teatr Wybrzeże (Gdańsk, Sopot, Pruszcz Gdański)

Kolejny rok w pojedynkę broni honoru i ustala poziom repertuarowego teatru dramatycznego w milionowej aglomeracji. Wybrzeże to wzorcowo zarządzana instytucja kultury, jeden z najlepiej skalibrowanych teatrów w Polsce. Wśród 8 premier były najlepsze w pomorskim roku teatralnym: "Maria Stuart" i "Broniewski", wzruszające spotkanie z teatrem z innej epoki "Martwe dusze" i nieprzynosząca wstydu farsa "Akt równoległy". Rozczarowały: rekordowa w próbach (ponad 120!) "Wyspa Marivaux", "Ciąg" , "Dwóch w twoim domu" i kicz roku, czyli "Statek szaleńców". Cieszą: ogólnopolskie zauważanie "Broniewskiego", zagraniczny wyjazd "Amatorek" i selekcja do Wybrzeża Sztuki (więcej we fragmencie "Festiwale").

Wybrzeże prawie doskonale wywiązuje się z obowiązków, jakie spoczywają na teatrze repertuarowym. 35 tytułów w stałej rotacji (w tym świetnie przyjmowane "Lekcje niegrzeczności"), wysoki, jak na nasze warunki, poziom techniczny spektakli i plejada bardzo dobrych aktorów we wszystkich kategoriach wiekowych tworzą jeden z najbardziej aktywnych teatrów w Polsce.

Jednego tylko organizacji prowadzonej przez Adama Orzechowskiego brakuje: odwagi artystycznej, dzięki której mogłyby w Gdańsku i Sopocie powstać spektakle dyskutowane w całym kraju. Szkoda, że dyrektor Orzechowski publicznie odżegnuje się od teatru zaangażowanego, choćby na poziomie jednego, odważnego spektaklu w roku. Szczególnie teraz, gdy jego teatr jest "po drugiej stronie rzeki". Warto pomyśleć o poszerzeniu listy reżyserów, tak by widzowie i aktorzy spróbowali innych smaków. Menu nie musi być długie, byle było wykwintne. (pw)

Opera Bałtycka i Bałtycki Teatr Tańca

Tandem Weissów nie schodzi poniżej wyznaczanego tylko przez siebie poziomu. Poliptyk Izadory Weiss, Jiříego Kyliána i Patricka Delcroix ("Clash/Fun/Light" i "Body Master/ Sarabande/Falling Angels") potwierdził europejski poziom Bałtyckiego Teatru Tańca, który konsekwentnie dąży do mistrzostwa, choć odejścia Amelli Forrest oraz Franciszki Kierc są z pewnością stratą. "Cosi fan tutte" i "Tosca" to kolejne sukcesy głównego reżysera i dyrektora Opery Bałtyckiej Marka Weissa, który jako jedyny w regionie ma luksus tworzenia teatru autorskiego. Trudno nie zauważyć, że dwie premiery operowe to trochę za mało, by utrzymać teatr na odpowiedniej częstotliwości. Niewystarczający, mimo zdecydowanie największej dotacji w województwie, budżet na nowe produkcje spowodował, że M. Weiss całkowicie zmonopolizował w swoim teatrze rubrykę "reżyser", co w dłuższej perspektywie grozi monotonią i wkroczeniem bezceremonialnie w światy równoległe. Wysokość nakładów na operę i efekty ilościowe skłaniają do głębszej zadumy nad finansowaniem kultury, czego nie należy rozumieć jako prostą chęć zmniejszenia nakładów na Operę Bałtycką i BTT, które są przecież perłą w koronie sztuki wysokiej w naszym regionie. Pytanie zdecydowanie nieretoryczne: czy stać nas na operę? - powraca i coraz bardziej czeka na odpowiedź.

Trudna do jednoznacznego określenia jest wola polityczna, która jest najważniejszym składnikiem projektu "Nowa Bałtycka". Być może w lidze priorytetów na czoło wysunęło się muzeum sztuki współczesnej, którego brak także jest dotkliwy. Konsekwencją wpisaną w taką decyzję może być nieprzedłużenie kontraktu przez małżeństwo Weissów, co region zdefiniuje w kategorii braku sztuki wysokiej na wiele lat. Kolejny temat, który zasługuje na poważną debatę. (kw)

Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni

W praktyce cały ubiegły rok był realizacją zobowiązań podjętych jeszcze przez Macieja Korwina. Hitem wprowadzającym nowy, kontrowersyjny rodzaj dowcipu na scenę teatru bardzo rozrywkowego i bezpiecznego, jakim był Teatr Muzyczny przez ostatnich kilkanaście lat, stało się "Avenue Q". Ten tytuł powinien "chodzić" przez wiele lat podobnie jak nieśmiertelne "Szalone nożyczki". Dużo było dla dzieci: "Przygody Sindbada Żeglarza" i "O straszliwym smoku, dzielnym szewczyku, prześlicznej królewnie i królu gwoździku", oprócz tego dwie rewie: "Korwinalia" i "Rewia Filmowa" na Sylwestra. Dwukrotnie zaprezentowali się adepci Studium Wokalno-Aktorskiego. Poczucie niedosytu pozostawili "Szwoleżerowie", ale należy się pochwała za odwagę przy wyborze tematu. Hitem stał się "Pamiętnik z Powstania Warszawskiego"w reżyserii Jerzego Bielunasa. Warto zapraszać uznanych reżyserów do dyplomowych realizacji, podniesie to rangę SWA, które dawno już przestało być jedynym lub jednym z niewielu miejsc, w których uczą trudnego rzemiosła. Osobne miejsce zajął spektakl "This is not a love song, czyli miłość ci wszystko wypaczy", który zainaugurował Scenę Inicjatyw Aktorskich. Te ostatnie dwa tytuły znalazły się w repertuarze już z namaszczeniem Igora Michalskiego, nowego dyrektora TM od lata roku 2013. Z nowości warto też zauważyć powstanie Gdyńskiego Teatru Tańca, który tworzy w Muzycznym awangardowa grupa DzikiStyl Company oraz sukces kolejnego pomysłu Jerzego Snakowskiego, który po operze wziął się za popularyzację musicalu ("Musicalomania"). "Nowe idzie", ale dopiero rok 2015, oprócz zakontraktowanego dużo wcześniej "Złego", będzie pierwszym, pełnym rokiem wyborów Igora Michalskiego i podstawą do oceny jego dyrektoriatu.

Miejski Teatr Miniatura

Bardzo intensywny rok (remont, liczne wyjazdy, w tym na Islandię i do Tajlandii - nagroda za najlepszy spektakl, "Brzydkie kaczątko", na międzynarodowym festiwalu) teatr na uchodźstwie (do grudnia) zamknął najlepszym w ostatnich latach spektaklem, jakim jest bez wątpienia "Remus". Bardzo udana była "Błękitna planeta", wchodząca w skład rozbudowanego projektu dotacyjnego ze środków EOG (warsztaty, wydawnictwa, spektakl "Pamiętajcie o wulkanach" i inne), nowymi doświadczeniami, połowicznie udanymi, były: "Każdy przyniósł, co miał najlepszego" skierowany do widzów dorosłych oraz "Tam i tu" przeznaczony dla naj najów. W lipcu z dużym zainteresowaniem przyjęto kilkudniowy Festiwal Sztuka Szuka Malucha realizowany wspólnie z Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu. Ciekawą propozycją okazał się pod koniec roku przegląd "Co nowego", gdzie z dużym rozmachem (rozmowy pospektaklowe, warsztaty, spektakle, dyskusje specjalistów i publikacja wieńcząca projekt) pochylano się nad widzem małym i trochę większym. Aksamitna rewolucja przy ulicy Grunwaldzkiej trwa, dyrektor Romuald Wicza-Pokojski konsekwentnie prowadzi zespół, który krzepnie kompetencyjnie i nabiera sprawności w nowych formach i gatunkach (m.in. piosenka aktorska w ramach Trójmiejskiego Teatru Piosenki). W tym szaleństwie jest metoda, choć niektórym brakuje lalek... (kw)

Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku

Po raz pierwszy i być może po raz ostatni w naszym zestawieniu jako odrębny byt. Gdy piszemy te słowa trwa dyskusja na temat połączenia Nowego z Państwowym Teatrem Lalki Tęcza, a na giełdzie nazwisk potencjalnych kandydatów do objęcia królestwa dwojga narodów pojawiło się nawet nazwisko Macieja Nowaka. Szkoda by było, gdyby osłabł rozpęd Nowego, który miał bardzo dobry rok i w hierarchii teatrów dramatycznych województwa wyprzedził Teatr Miejski z Gdyni.

W 2014 aż sześć premier: dla dzieci "Księżniczka na opak wywrócona", dla dorosłych "Poskromienie złośnicy" - niewiele ustępujące nagrodzonemu na prestiżowym Festiwalu Szekspirowskim spektaklowi z Kielc, komedie: dla wszystkich i zawsze, czyli "Boeing, boeing" i "Świetna transakcja", zaskakujący litewsko-rosyjski "W małym dworku" w ramach honorów domu i na koniec "Z głębokiej otchłani wołam" wg Stanisława Grochowiaka. A do tego została jeszcze nagrana płyta z "The Sound of Music". Warto też porównać przychody i frekwencję w Nowym z innymi scenami w regionie. Biorąc pod uwagę warunki i okoliczności, jedno z większych przewyższeń zeszłego roku.

Mały apel do władz Słupska: nie łączcie tak różnych teatrów, nie szukajcie oszczędności w kulturze!

Centrum Kultury w Gdyni

Po raz pierwszy w zestawieniu jako odrębny podmiot. Wśród wielu inicjatyw teatralnych i okołoteatralnych (amatorska Scena 138, Teatrzyk Bezwstydny, Gdyńska Scena Kabaretowa, Scena letnia) jest również Scena SAM, która według założycieli jest "pierwszą Sceną w Polsce, tworzoną przez Studentów, Absolwentów oraz Mistrzów" . Powstała w roku 2010, w roku ubiegłym zaznaczyła się premierą śpiewogry "Ale wiocha!" Teatru Komedii Valldal i "Piaskownicą", najambitniejszą, ale nieudaną realizacją w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, który będzie reżyserować także w bieżącym roku. Scena SAM, jak i większość inicjatyw teatralnych CKG, daje możliwość zafunkcjonowania wielu debiutującym i szukającym przyjaznej przystani dla prezentacji swojej twórczości. Mimo nieporównywalnego budżetu propozycja artystyczna jest konkurencyjna w stosunku do produkcji Teatru Miejskiego, a energia, pomysłowość i kulturotwórczość aktywistów urzędujących na Łowickiej godna pochwały. A jeszcze kilka lat temu były tam głównie śluby i stypy...

Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni

Scena na Bema odbudowuje frekwencję, ale czyni to w kiepskim stylu, biorąc pod uwagę walory artystyczne. Propozycje Krzysztofa Babickiego, który nie ukrywa, że nie interesuje go nowoczesny teatr, opierają się albo na odgrzewanych kotletach ("Biesy") albo nietrafionych zupełnie nazwiskach (Tadeusz Bradecki i jego koszmarne "Awantury weneckie"). Ponadto: grepsiarska "gdyńskość" i tanie wdzięczenie się do publiczności w spektaklu tandemu Babicki&Huelle, "Kolibra lot ostatni" oraz trącąca myszką kabaretowa "Jeszcze bardziej zielona gęś" oraz hit frekwencyjny, czyli "Ożenić się nie mogę", gdzie może i tłumnie, ale mało śmiesznie jest, a i brawa skromne. Chyba jedynym rozwiązaniem w zaistniałej sytuacji, która nie zmieni się przez co najmniej 10 lat, byłoby zrezygnowanie z repertuaru "artystycznego" na rzecz rozrywkowego. Ten drugi wcale nie musi przynosić ujmy, gdy jest grany z talentem, a ten pierwszy wymaga energii, jakiej nie ma i nie będzie w tym teatrze. Szkoda kilkorga aktorów, bo gdyby ambicje zawodowe były ważniejsze od tzw. małej stabilizacji, podjęte ryzyko, np. zmiany otoczenia, przyniosłoby w krótkim czasie wymierne korzyści - dla wszystkich. Kondycja najważniejszej instytucji kultury w mieście jest dużo bardziej złożona niż tylko niski poziom artystyczny. To kwestia lenistwa intelektualnego gdyńskich elit (wykazuję się tu nadzieją, że jeszcze jakaś elita jest) i braku polityków z odpowiednimi kompetencjami do zarządzania kulturą (tu nie ma cienia złudzeń).

Najlepiej całą sytuację obrazuje przypadek raportu o stanie kultury w Gdyni. Miasto nie opublikowało i nie rozpowszechniło dokumentu w 2012 roku, za który zapłaciło tzw. niezależnej firmie zewnętrznej, bo nie zgodziło się z jego tezami. Nikt ze społeczności nie zaprotestował, nikogo nie interesuje to w ćwierćmilionowym organizmie. Upadek teatru to tylko fragment większej całości, wysoka kultura artystyczna jest źle widzianym gościem w mieście, które powstało z morza i marzeń. (kw)

Off

Temat zasługujący na osobne rozwinięcie, które za czas jakiś nastąpi. Na początek chociaż, jako trailer/teaser/zajawka czy coś w tym stylu, pointa. W sytuacji poważnego zagrożenia teatru artystycznego rozumianego jako nowoczesna, śmiała wypowiedź artystyczna podejmująca zuchwałą próbę oddania świadectwa czasu, w offie główna nadzieja na uzyskanie jakości wykonawczej w tym gatunku. Krytyka i byty opiniotwórcze powinny stworzyć sytuację, w której oczywistym działaniem będzie przeznaczenie większych środków dla offowców (dla tych, którzy chcą, bo niektórym wystarcza, co jest).

Krzepcy weterani

Niektórzy weterani teatru pozainstytucjonalnego nie lubią, kiedy zalicza się ich do offu. Za punkt honoru i naturalną ścieżkę rozwoju uważają wyjście z epoki iwentowej (spektakl pod koniec roku jako forma rozliczenia grantu + zaproszenia i okazje) oraz doprowadzenie do znalezienia stałej siedziby i w miarę regularnego grania, wychowywania i przyzwyczajania widza oraz posiadanie "własnego" festiwalu i szkoły (z reguły są to nieśmiertelne i wszędobylskie warsztaty). Drugą ścieżką aktywności twórców offowych są podróże samotnych wilków (Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz, Anna Steller, Aurora Lubos), którzy incydentalnie lub okresowo współpracują z innymi - Steller z Leonem i Teatrem Dada von Bzdülöw, Lubos spędza kilka miesięcy w Vincent Dance Theatre w Brighton. Częściowo pasuje do tej grupy Katarzyna Pastuszak, która kontynuowała autotematyczny projekt chrystusowy, ale bardziej, szczególnie po rezygnacji z pracy w "Żaku", koncentrowała się na współpracy z kobietami w Teatrze Amareya, co przyniosło konkretne, wymierne efekty w postaci zaproszeń zagranicznych głównie dla "Nomadki" (m.in. w Japonii i na Grenlandii, ale prosimy od czasu do czasu jeszcze w Gdańsku!). Wszystkich wymienionych artystów łączy taniec, choć obecnie to głównie performerzy.

Teatr Dada von Bzdülöw, mimo mniejszej aktywności premierowej (tylko "Transmigrazione di fermenti d'amore" i duet męski przystający "Baśnie z mchu i liszaja") potwierdził jakość i zasłużony tytuł czołowej sceny nie tylko w kategorii "off". Rodzice założyciele, Leszek Bzdyl i Katarzyna Chmielewska, są w świetnej formie, powoli przechodzą na pozycje mentorskie oraz producenckie, świadczą usługi choreograficzne w teatrze repertuarowym i są zapraszani na mityngi mistrzowskie. Zdecydowanie nie trzeba jeszcze zakładać naszego odpowiednika NDT III. Nieustraszonymi obrońcami tańca w teatrze tańca są Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk wraz z aktywistami Sopockiego Teatru Tańca. Czajkowska jest ambitna, realizuje wieloobsadowe, jak na teatr tańca, spektakle, czym ogranicza sobie pulę zaproszeń na pokazy poza Trójmiastem, ale jako jedyna Stasia Bozowska tańca realizuje ideę pozytywistyczną, jaką jest bez wątpienia ustawiczne kształcenie nowych entuzjastów. Nowy etap w jej działalności może otworzyć selekcjonerstwo, po K.Pastuszak, na Gdańskim Festiwalu Tańca, ale czy znacząco zmieni to wizerunek umierającego festiwalu? W zeszłym roku m.in.: "2twarze", dowcipna "Bajadera", inspirujące spotkanie z Ewą Wycichowską.

Wojciech Misiuro już chyba raczej na pewno nie stworzy teatru, a być może nawet nowego przedstawienia. Rozczarowały nowe propozycje Larysy Grabińskiej ("Drzewo") i bardzo rozczarował debiut formacji Teatr w mojej głowie (o obu tutaj). Nowe, choć już niedebiutanckie, nadzieje to: Kasia Ustowska, Magdalena Wójcik i Mikołaj Wieczór, ale to za mało, by mówić o "nowej fali".

Prywatni

Jeśli rozumieć off jedynie jako pozainstytucjonalność, warto zauważyć działalność Teatru Czwarte Miasto, który zna sposoby docierania do widza wręcz powszechnego oraz prywatny teatr trochę zbuntowanego na sytuację w macierzystym Teatrze Muzycznym Tomasza Czarneckiego. Jego Teatr Komedii Valldal jest już po pierwszej premierze i prowadzi stabilną działalność edukacyjną.

Repertuarowi w offie i na odwrót

To przede wszystkim Teatr BOTO, który jednak w zeszłym roku premierował tylko szoł Włodka Bąka i po raz kolejny zabawił się z piosenką. Marek Brand na dobre utkwił w kabarecie międzywojnia ("Do niezobaczenia się z panem"), ale wyreżyserował w repertuarowym teatrze "Każdy przyniósł, co miał najlepszego" (w Miniaturze), poprawił "Monoblok" i rozwinął "Zbliżenia". Troje aktorów teatru rewiowego, jak niektórzy nazywają teatr muzyczny, odważyło się poeksperymentować i w offie zrobili dwa spektakle. Renia Gosławska i Krzysztof Wojciechowski zakwalifikowali się z "This is not a love song, czyli miłość ci wszystko wypaczy" do Wrocławia na 35 Przegląd Piosenki Aktorski w nurcie off, a następnie ich prezentacja weszła do repertuaru macierzystego Teatru Muzycznego. Mateusz Deskiewicz skoczył na głęboką wodę w "Być jak Charlie Chaplin", pierwszym od niepamiętnych czasów monodramie muzycznym (nie mylić z recitalem). Dorota Androsz współpracuje wszechstronnie z Teatrem Amareya. Ambitni "repertuarowcy" szukają wyzwań.

Dylemat

Przy wszystkich problemach z metkami, jeden mogą rozwiązywać sami artyści, odpowiadając sobie na pytanie, czy chcą być traktowani jako zawodowcy czy jako amatorzy. Takiej odpowiedzi oczekujemy m.in. od Grzegorza Szlangi, którego Chojnickie Studium Rapsodyczne zdobywa seryjnie nagrody na festiwalach teatru amatorskiego. Wydaje się, że ambicje Chojnic są słusznie spore, dlatego udział w konkursach i rywalizacja z teatrzykami szkolnymi trochę już nie przystoi. O zawodowstwie nie stanowi jedynie dyplom wyższej uczelni, lecz przede wszystkim praktyka artystyczna.

Na uwagę zasługuje projekt Rity Jankowskiej "Ohra Ora Orana", który rozegrał się i zakończył premierą spektaklu w przestrzeni gdańskiej dzielnicy Orunia. Po raz kolejny Magdalena Zelent zrealizowała spektakl z osadzonymi. Tym razem był to "Hamlet. Leitmotiv". Cieszy, że dostrzeżona została działalność Sceny Lalkowej im. Jana Wilkowskiego z Kwidzyna. Nareszcie, można powiedzieć, na wieść, że Stanisław Miedziewski, reżyser na stałe związany z Teatrem Rondo Słupskiego Ośrodka Kultury, został wyróżniony Nagrodą Specjalną Marszałka Województwa Pomorskiego (w zeszłym roku nowy spektakl "Nieustępliwy, chwytający za gardło lęk"). Marek Kurkiewicz, aktor Teatru Snów w latach 1999-2012, wykonuje kapitalną robotę w Dzierzgoniu ("Teatr 3.5", "Goniec Dzierzgoński"). Im mniejsza miejscowość, tym trudniej naprawiać świat, tym większy szacunek dla wojowników.

Teatr Gdynia Główna

To offowy lider Pomorza w kategorii "Spektakle własne (ilość wystawień)", choć istnieje dopiero od roku. Ewie Ignaczak oraz Idzie Bocian bardzo szybko, po wymuszonej przeprowadzce z Sopotu do Gdyni, udało się odbudować pozycję najbardziej repertuarowego teatru niepublicznego. Zachowana została także linia programowa oraz ideolo. TGG to przyjazne miejsce dla rozpoczynających kariery aspirantów, to laboratorium słowa, konsekwentny hołd składany twórcy idei teatru ubogiego. Wśród premier zdecydowanie wybija się "Wielkie ciasto" - najbardziej pomysłowy spektakl dla dzieci w całym Trójmieście. Więcej można było spodziewać się po "Epitafium dla władzy" wg Kapuścińskiego, szczególnie w takich czasach i w takim miejscu oraz mieście. Swoich widzów mają komedie "Bjóro" i "Pan Kot" (ta druga skierowana do widza +16). Spektakl "3xMewa" zakończył "Zaczynania", jeden z wielu projektów TGG. Działanie projektowe to, oprócz repertuaru, ważny składnik aktywności dworcowej sceny. Po raz kolejny do Gdyni i po raz pierwszy do Rumi, Redy i Wejherowa "Teatr zajechał", czyli bezpłatne spektakle w nietypowych miejscach (np. bibliotekach). TGG gra także "po domach", happeninguje w trolejbusach, prowadzi galerię, udostępnia przestrzenie za niewielkie opłaty amatorom, początkującym i bezdomnym teatrom. Większe przewyższenie miał w zeszłym roku tylko Teatr Miniatura.

Teatry impresaryjne

Największym teatrem prezentującym spektakle zewnętrzne był oczywiście Teatr Muzyczny w Gdyni, ale brak oglądu nie pozwala na oceny. Można jedynie stwierdzić, że dominował repertuar rozrywkowy, a o tytułach decydowali wynajmujący, więc jest to impresaryjność częściowa. Teatrem impresaryjnym, który stara się kształtować repertuar pod kątem różnych grup odbiorców, jest sopocki Teatr na Plaży. "Jezus Chrystus Zbawiciel", anonsowany jako wydarzenie artystyczne, zawiódł sromotnie, co było do przewidzenia, wszak spektakl nie ma wielkiego powodzenia. Obawy przed skandalem były nieuzasadnione, podobnie jak wynikające z tego przełożenie terminu prezentacji. Ale na pewno pokazanie tego dzieła było sopockim obowiązkiem ze względu na osobę Klausa Kinskiego urodzonego w Sopocie po prostu. "Skandaliki" były na przełomie roku (Nergalowe konklawe i performanse w PGS), ale tego prawie nikt nie widział, a organizatorzy wyrazili skruchę i skandali już więcej nie budziet (a szkoda!). Po rozpoczęciu aktywnej działalności przez "Dwie zmiany" i BOTO w stałej siedzibie Teatr na Plaży może czekać konieczność nowego lub w ogóle sformatowania.

Odkryciem dla wtajemniczonych była działalność Wejherowskiego Centrum Kultury w Filharmonii Kaszubskiej. Choć scena nie spełnia wymogów teatralnych, to pojawienie się nowego miejsca na mapie teatralnej regionu zaowocowało z jednej strony ożywieniem ruchu amatorskiego (ambitny Teorikon, ważny "Luterek") i zaskakującymi propozycjami (m.in. "Ożenek" w reż. Piotra Cieplaka Teatru z Legnicy), ale największym hitem była "Rebeka", pierwsza opera w języku kaszubskim, którą wyreżyserowała dyrektorka WCK Jolanta Rożyńska.

Teatr Szekspirowski

Okoliczności, które towarzyszyły otwarciu pierwszej, od kilkudziesięciu lat profesjonalnej sceny, jakże potrzebnej w naszej aglomeracji, były tak dramatyczne, że uniemożliwiły racjonalną ocenę wydarzeń przez długi czas. Szkoda, że mimo próśb prof. Jerzy Limon nie zgodził się na publiczną debatę na temat TS, a dyskurs został sprowadzony do "hejtów" pod każdym artykułem o TS zamieszczonym w internecie. Ta debata ciągle jest potrzebna, mimo że nie uda się naprawić największych błędów. Pozostaje kilka tematów, które z pewnością powinny być przedmiotem dyskusji co najmniej środowiskowej, acz otwartej dla przedstawiciele ludności.

Wydawać by się mogło, że po tylu latach przygotowań przynajmniej programowo TS będzie absolutnym hitem, tym bardziej, że aktywiści Fundacji wielokrotnie pokazali, że potrafią zorganizować spektakularne, najwartościowsze wydarzenia w regionie. Ku zaskoczeniu obserwatorów okazało się, że TS będzie dopiero szukać swojej linii programowej, próbując tego i owego aż znajdzie optymalny format. Kilka miesięcy to za mało, by dokonać oceny, ale jedno spostrzeżenie jest świeże: pojawił się, czy uaktywnił, pewien rodzaj widza. Złośliwi twierdzą, że to widz będący skrzyżowaniem klienta Agencji Kontakt i Wybrańców (ceny biletów!, "pokazanie się"), ale to spłaszczenie. Kolejki po bilety na spektakle Teatru Narodowego świadczyły o zapotrzebowaniu na gwiazdorskie spektakle środka, których do tej pory prawie w Trójmieście nie było.

Festiwale

Najważniejsze są rodzime premiery, ale nie da się walczyć z festiwalami i po prostu trzeba je przyjąć jako znacznik czasu. Wizerunek i prestiż regionu albo miasta coraz bardziej kształtują pokazy zewnętrznych produkcji, rzadko nasze imprezy są oknem wystawowym pomorskiej twórczości, ale powstanie wspólnej metropolii być może to zmieni. Liczymy również na to, że spotkania dyrektorów trójmiejskich teatrów, najlepiej jeszcze poszerzone o organizatorów tzw. małych festiwali, doprowadzą do uzgodnień, dzięki którym Pomorzanie będą mogli zobaczyć wszystko, co najważniejsze, bez dublowania się i niezdrowego konkurowania. Pomorscy konsumenci tak wiele stracili przez brak porozumienia pomiędzy miastami tworzącymi tak naprawdę jeden organizm, że czas szybko nadrabiać stracone lata. Dobrze sformatowane festiwale tworzą wartość dodaną, złe, a były i takie w regionie, to po prostu zabieranie pieniędzy rodzimej kulturze.

Coraz bardziej dotkliwy jest brak Festiwalu Teatrów Muzycznych. Jesteśmy odcięci od przeglądu gatunku już cztery lata, nie trafiły do nas m.in. tak ważne spektakle jak: "Mistrz i Małgorzata", "Jerry Springer. The Opera" czy "Położnice szpital św. Zofii". W sferze marzeń musi pozostać festiwal operowy i trzeba jeździć do Bydgoszczy, co kiedyś było aktem ostatecznej determinacji.

Brakuje Bałtyckich Spotkań Teatrów Tańca, szczególnie że Gdański Festiwal Tańca był bardzo nierówny, a nowych talentów nie widać. Smutek tropików, jaki dominował w zeszłym roku w Żaku, potęgował brak spotkań z artystami, nie wspominając już o braku warsztatów, co ostatecznie, choć niechętnie, można zrozumieć.

Był także R@Port, który nawet tak spokojnego i ułożonego mężczyznę, jakim jest Jarosław Zalesiński, przyprawił o depresję. Tegoroczny R@Port był najgorszy w historii. Nie powstał nowy artykuł "Bierz forsę i w nogi", ale niewiele się zmieniło. Zakończyła się trzyletnia przygoda Bogdana Cioska i po prostu gorzej być już nie może. Nowy dyrektor Jacek Sieradzki jest oczywiście nadzieją na lepsze jutro, choć jutro będzie co dwa lata, ale poczekajmy na listę konkursowych propozycji i budżet przedsięwzięcia. Swoją drogą organizowanie R@Portu co dwa lata to zły pomysł i wypaczenie idei "raportowania" stanu współczesnej, polskiej dramaturgii. A co z Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną?

W kategorii dużych festiwali/przeglądów najlepsze było Wybrzeże Sztuki, które miało w zeszłym roku rewelacyjną setlistę. Zabrakło tylko omasty, czyli spotkań, atmosfery festiwalowej, które budują przeświadczenie o uczestnictwie w święcie. Świeża, tuż po premierze we wrocławskim Teatrze Polskim "Wycinka" Krystiana Lupy potwierdziła, że teatr może być katedrą. I choć apokryfy Lupy rozczarowały (dopiski do Bernharda nt. kondycji współczesnej sztuki i paradygmatu artysty to po prostu grafomania), to wszystko pozostałe zachwyciło, bo jakże nie miało zachwycić. Gdyby Lupy nie było, trzeba byłoby go wymyślić, choćby po to, by Człowiek Który Zjadł Psa mógł nieprzyzwoicie rymować do nazwiska. Teatr, jak i każda dziedzina, potrzebuje mistrzów, punktów odniesienia, miejsc świętych, także do desakralizacji. Poza tym ta cudowna nuda, w której nadchodzi satori. Nawet słabszy Lupa to dar. A do tego "gorące" Rychcikowe "Dziady" i ciekawa, choć nie tak odkrywcza jak niektórzy mawiają, "Trędowata".

Drugim, dużym festiwalem, był wyjątkowy w zeszłym roku Festiwal Szekspirowski. Inny termin, przedłużenie Tygodniem Brytyjskim, otwarcie siedziby i niesamowite okoliczności towarzyszące sprawiły, że po prostu trudno było się skupić na samym festiwalu, który był bardzo nierówny. Gdyby wybrać najlepsze rzeczy z Festiwalu (oba spektakle lalkowe, w tym przede wszystkim Rosjanie, niemieckiego "Hamleta" Klaty, mimo zastrzeżeń Purcarete i bułgarskiego "Hamleta") i z Tygodnia Brytyjskiego ("Missing" teatru ruchu Gecko, monodram "I, Malvolio" Tima Croucha) powstałby jeden z lepszych w ostatnim dziesięcioleciu Szekspirowskich. Rozczarował na całej linii Łukasz Drewniak - selekcjoner i wyrocznia konkursu o nagrodę Yoricka. Zaskoczeniem był przegląd filmów brytyjskich, setlista była po prostu banalna.

Festiwal Open'er był skromniejszy w tym roku. "Dziady" Rychcika, "Podróż zimowa" Kleczewskiej i specjalnie przygotowany na tę okazję odcinek "Pożaru w burdelu" (nie widzieliśmy, ale wszyscy mówili, że słabe). W tym roku nie skrytykujemy FETY, bo ciągle padał deszcz.

Z tzw. małych festiwali nie zawiódł Sopot Non Fiction, ale chyba przydałby się lekki lifting, a na pewno większy budżet, bo wtedy BOTOwcy wiedzieliby co zrobić. Ciekawy spektakl z Zielonej Góry oraz delfiny i, przede wszystkim, "Poznań: miasto otwarte" (szacun za odwagę). Zeszłoroczny Between to delicje, mimo że Gardzienice to już nie to. Uczestnicząc w zdarzeniu sygnowanym przez Tomasza Wiśniewskiego, Monikę Szubę i Dawida Malcolma po raz kolejny czuliśmy się obdarzeni. To rzadkie uczucie mieć szacunek intelektualny i smakować najbardziej wysublimowane ingrediencje ze świadomością, że nie jest się w tym odosobnionym. Between to, obok poprawionego Monobloku, najlepszy "mały festiwal".

Piosenka aktorska

To był ciekawy rok dla tego gatunku. Redzanka Irena Melcer wygrała 35 PPA we Wrocławiu, tam też w offie było "This is not a love song...". Coroczny, tradycyjny koncert "Śpiewający aktorzy" na Scenie Kameralnej Tearu Wybrzeże w Sopocie staje się przeglądem wszystkiego, co najważniejsze w gatunku. Cieszy działalność Piotra Kosewskiego, który kreuje własną wizję gatunku. Na festiwalu Metropolia jest jest Okey po raz pierwszy zaprezentowana była idea integracji trójmiejskich aktorów śpiewających i przyjęła spektakularny wyraz w postaci koncertu "I'm Calling You".»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego