Pociąga mnie kino i uwodzi teatr

- Spektakl jest grany już wiele sezonów, podróżujemy z nim po świecie i widzę, że publiczność żywo reaguje. Pracując nad tą konkretną sztuką, uświadomiłem sobie, że w tym wypadku teatr mnie ogranicza, że nie mogę na scenie pokazać wszystkiego, co bym chciał - mówi Grzegorz Jarzyna, reżyser filmu zrealizowanego na podstawie swojego spektaklu teatralnego "Między nami dobrze jest" według sztuki Doroty Masłowskiej.

«Z GRZEGORZEM JARZYNĄ, reżyserem teatralnym, dyrektorem artystycznym TR Warszawa i reżyserem filmu na podstawie spektaklu teatralnego "Między nami dobrze jest" według sztuki Doroty Masłowskiej, rozmawia Łukasz Knap.

Oglądał pan "Wojnę polsko-ruską" Xawerego Żuławskiego?

- Tak. Podobało mi się w "Wojnie" użycie figury Masłowskiej, to dało filmowi ciekawą, subiektywną narrację, a widzowi to wspaniałe uczucie bycia z autorką sam na sam i poddawania się jej historii, która się właśnie dzieje. Jednak dosłowność tego filmu raczej mnie do niego zdystansowała.

Jako czytelnik Masłowskiej zawsze miałem wrażenie, że jej teksty literackie są skrajnie niefilmowe. Czy przymierzając się do filmu, obawiał się pan, że zderzanie jej twórczości z inną formą - zwłaszcza filmową - jest obarczone dużym ryzykiem?

- Nie. Akcja pierwszego tekstu, który zamówiłem u Doroty dla naszego teatru, "Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku", rozgrywa się w pędzącym samochodzie jadącym przez Polskę. Sytuacja trudna do zainscenizowania na scenie. Z kolei w "Między nami dobrze jest" główny wątek urywa się w połowie, następuje zmiana bohaterów. Teksty Masłowskiej są tak samo trudne do zainscenizowania w teatrze, jak w filmie. Masłowska porusza się w krainie absurdu, negacji i zaprzeczeń. To stanowi o jej wyjątkowości.

Ale po co panu film? Wyreżyserowany przez pana spektakl świetnie

sobie radzi na deskach teatru.

- Spektakl jest grany już wiele sezonów, podróżujemy z nim po świecie i widzę, że publiczność żywo reaguje. Pracując nad tą konkretną sztuką, uświadomiłem sobie, że w tym wypadku teatr mnie ogranicza, że nie mogę na scenie pokazać wszystkiego, co bym chciał. Poza tym pojawia się problem ulotności teatru, spektakle przemijają, zostają po nich tylko zdjęcia i recenzje.

Teatr Telewizji to za mało?

- Teatr Telewizji dystansuje nas od obrazu, podważa prawdziwość emocji i wynaturza charakter postaci. Jest zniekształconym odbiciem tego, co żywe i prawdziwe.

Zatem co daje panu kino, czego nie daje teatr?

- Tekst Masłowskiej jest zlepkiem zdań i spostrzeżeń na temat rzeczywistości. Nie ma w nim linearnej fabuły, rozbudowanych postaci. Teatr bywa zbyt wolny, nie nadąża za tempem narracji i dialogów Masłowskiej. Dzięki filmowemu montażowi mogę zaprosić widza do gry. Każde zdanie, słowo czy sens może mieć swój kontrapunkt w precyzyjnie dobranym obrazie, co buduje dodatkowe pole skojarzeń i powiązań. Film daje mi również zbliżenia i detale, o które trudno w teatrze.

Jest pan przedstawicielem nowego pokolenia reżyserów teatralnych, którzy otwierają się na film, ale trudno nie odnieść wrażenia, że kino i teatr w Polsce wciąż funkcjonują na antypodach i bardzo rzadko się spotykają.

- Mnie w zasadzie od zawsze pociągało kino. I uwodził teatr. Eksperymentowałem z formą i gatunkami. Każda próba balansowania na obrzeżach gatunku jest dla mnie ciekawa, bo poszerza język możliwej wypowiedzi.

Czego reżyser teatralny może nauczyć się na planie filmowym?

- Dyscypliny i pokory. Wiele nauczyłem się od operatora Radosława Ładczuka, który zmuszał mnie do wyboru różnych ujęć i kątów kamery, tłumacząc jak wpływają one na obraz i percepcję widza.

Powiedział pan kiedyś: Granice moich zdolności twórczych są wyznaczane przez aktora. Na czym, z punktu widzenia reżysera, polega różnica w grze aktorów w filmie i teatrze?

- Moje spojrzenie na sztukę aktorską od zawsze było filmowe. Zmusiły mnie do tego trochę warunki, w których przyszło mi pracować. Kameralna przestrzeń Teatru Rozmaitości sprowokowała nas do bliskiego kontaktu z widzem i wymagało to od aktorów realistycznej, wręcz filmowej gry.

Chętnie sięga pan po twórczość Masłowskiej. Dlaczego?

- Lubię jej sposób patrzenia na rzeczywistość. Dorota ma genialny słuch, a to, co pisze, ma siłę manifestu. Kreuje światy wyimaginowane, abstrakcyjne, a jednocześnie głębokie, czułe na puls rzeczywistości.

Zarówno z książki, jak i filmu wyłania się obraz polskiego społeczeństwa podzielonego na bigos-prawicę i sushi-lewicę.

- Ten ideowy konflikt, o którym pan mówi, jest wyraźny w polskim społeczeństwie. Został ukształtowany w dużym stopniu przez media i jest sztuczny, ale myślę, że wyznacza aspiracje Polaków, kształtuje wyobrażenie o tym, jak między nami jest. Nie są to żadne prawdy objawione, ale wydaje mi się, że tekst sztuki Masłowskiej, choć przejaskrawia rzeczywistość, trafnie wydobywa lęki i obawy Polaków, strach bycia poza systemem wartości. Zarazem obnaża kompleksy Polaków wobec Zachodu, potrzebę manifestowania przynależności do grupy społecznej, klasy czy określonego kręgu kulturowego. Nie ma u Masłowskiej postaci, która umiałaby wyjść z więzienia języka, narzuconego z zewnątrz.

Zastanawiam się, w jakim stopniu tekst Masłowskiej jest diagnozą, a w jakim - symptomem. Na ile lekarz...

- ...sam jest chory? Jest w tekstach Doroty wielka empatia i wrażliwość na charaktery i ludzi, których coś boli. Mam wrażenie, że Dorota podobnie jak Gombrowicz zakłada maski, za pomocą których koduje historię swojego życia.

A wracając do kina: "Między nami dobrze jest" to nie pierwsze pana doświadczenie z filmem. Wcześniej reżyserował pan spektakle teatralne na podstawie scenariuszy filmowych Thomasa Vinterberga i Johna Cassavetesa. Skąd w pana twórczości teatralnej tak dużo inspiracji filmowych?

- Po prostu, lubię kino.

Którzy reżyserzy mieli na pana największy wpływ? Do jakich filmów najczęściej pana wraca?

- Mam wiele fascynacji, ale chętnie wracam do filmów, które ze mną zostają najdłużej, bronią się przed czasem. Uwielbiam reżyserów, od których mogę uczyć się rzetelności w opowiadaniu fabuły, skupienia na detalu i innowacji narracyjnej. "Wenus w futrze" była dla mnie inspiracją, żeby nakręcić filmową adaptację sztuki teatralnej. Polański pokazał, że granica między filmem a teatrem jest umowna. Przetworzył teatralną ramotę: umieścił akcję w teatrze, ograniczając liczbę bohaterów do absolutnego minimum, doskonale wyważył formę i napięcie.

Gdzie widzi się pan jako twórca za dziesięć lat? W teatrze czy na planie filmowym?

- Kino jest dla mnie przygodą, ale nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek porzucił teatr na rzecz filmu. Jestem uzależniony od teatru, ale eksperymenty filmowe są dla mnie kuszącą formą wypowiedzi. Czas pokaże.

Podobno chce pan nakręcić film na podstawie ostatniej powieści Marka Hłaski "Sowa, córka piekarza"?

- W "Między nami dobrze jest" pojawia się postać reżysera, opowiadająca o filmie, który nigdy nie powstał, choć zdobył bardzo wiele nagród. Pewniej bym się czuł mówiąc o tym filmie, kiedy już powstanie.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego