powiększwersja do drukupoleć znajomemu

O królewnie, która chciała wrócić do siebie

"Plama" Martyny Majewskiej w reż. autorki we Wrocławskim Teatrze Lalek. Pisze Andrzej Lis, członek Komisji Artystycznej XXI Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Martyna Majewska debiutuje w Konkursie i to jak! Pisze o sobie, że jest "urodzona zimą w Wałbrzychu". Czy z dzieciństwa zapamiętała czarno-białe krajobrazy? Jest absolwentką kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim i reżyserii teatru dzieci i młodzieży w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie (filia we Wrocławiu). Studiowała też reżyserię filmową na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Pisze o sobie, że jest "zwolenniczką interdyscyplinarności i pracy warsztatowej". Jako studentka nagrodzona została Tukanem OFF za spektakl "Pasja: cała ta chujowa piosenka aktorska". W Teatrze Lalek w rodzinnym Wałbrzychu zrealizowała przedstawienie dyplomowe "Naj" (2013). Było to widowisko bez słów, bez scenografii, ale za to z kolorami, kształtami i niezwykłymi dźwiękami. Bez podziału na scenę i widownię, bo wszystkie działania były wspólne. Niewiele było do oglądania, bo więcej było do dotykania i działania. Nie było nawet miejsca na oklaski, bo wszystko kończyło się wspólną interaktywną zabawą wszystkich obecnych. Majewska uruchomiła wyobraźnię i kreatywność. Słowa nie były do tego potrzebne. Za to satysfakcja i zadowolenie wszystkich najmłodszych i najstarszych przeszło wszelkie oczekiwania.

Przed premierą "Plamy" mówiła, że pracę nad spektaklem zaczyna od formy. Domyślamy się, że od przestrzeni, od obrazu. Od biało - czarnego obrazu jak w op-artcie, który oddziałuje przede wszystkim na zmysł wzroku. Używając abstrakcyjnych i dynamicznych kombinacji linii i pól można wprowadzić widza w rodzaj przyjemnego transu. Energia efektów świetlnych, ich rytm, dynamika mogą skutecznie zwielokrotnić nie tylko wyobraźnię, ale i uruchomić emocje, a może nawet przyjazne obrazowi samopoczucie widza. Op-artowska uwertura stała się łagodnym wstępem do pop-artowskiego przetworzenia i finału, kiedy to za sprawą rozmaitych zaklęć i czarów na scenie pojawił się upragniony kolor i kształt i obraz. Myślę, że za pomocą żyjącej na scenie "formy", udałoby się olśniewająco Martynie Majewskiej opowiedzieć swoją historię o dziejach Dobrej i Pięknej Królewny oraz o Złej i Wyniosłej Czarownicy. Ale nie zdecydowała się na to i dodała także aktorkę Annę Kramarczyk, która bajkę jednoosobowo, pedagogicznym głosem opowiadała, grając w niej wszystkie możliwe role od narratorki, poprzez Królewnę, Czarownicę, po Złotą Rybkę, Trzy gałki lodów, lusterko i kameleona. Gałki lodów są ważne, bo wyprosiły u Złotej Rybki kolor!

TRZY GAŁKI LODÓW

No dobra. Mamy już dosyć tego smutnego

czarno­białego życia... spraw chociaż, żeby świat

stał się kolorowy. Kolorowy! Kolorowy...

RYBKA

Zobaczę co da się zrobić...

A jak na biało-czarnej dotąd scenie pojawił się kolor, to mogła pojawić się tęcza i rozmaite kolorowe feerie i wybuchy, i sałatki owocowe z truskawek, winogron, pomarańczy, i liście mogły się zazielenić a lusterko zamienić się wreszcie w kameleona, który, jak wiadomo, ma takie kolory jakie chce, albo jakie są mu potrzebne.

Bajkowa historia napisana przez Majewską jest najprostsza z najprostszych. Piękna Królewna bawiąc się samolocikiem w pewnym momencie straciła nad nim kontrolę i ten spadając uderzył Złą Czarownicę. Żadna Czarownica nie lubi być uderzana przez samolociki. Nie ma się co dziwić, że się zdenerwowała i w ramach dawania nauczki zamieniła rozkojarzoną Królewnę w szaroburą plamę. Ale Królewna nie bardzo chciała być szaroburą plamą i przekształcając się w rozmaite formy najpierw biało-czarne, potem kolorowe starała się odmienić swój plamiasty los. I kiedy stała się kameleonem zupełnie przypadkowo zrobiła "tęczową kupę" na policzek Czarownicy. To akurat tyle, by z twarzy Czarownicy zniknęła wstrętna blizna po samolociku. Czarownica ze wzruszenia zapłakała trzema łzami i te trzy łzy okazały się zbawienne, albowiem plama-kameleon zamieniła się znów w Królewnę. Autorka z off-u podpowiada

Pamiętajcie, jeśli tylko dokładnie będziecie

wiedzieli w kogo chcecie się zamienić, cały

wszechświat będzie wam pomagał.

Nie do końca jestem pewien, czy to przesłanie zgodne jest z przebiegiem bajki, ale w przesłaniach także mogą kryć się także rozmaite niespodzianki. I tym niespodziankom nie można mieć za złe!

Martyna Majewska zrobiła wspaniałe, perfekcyjne i profesjonalne pod każdym względem przedstawienie. Z pewnością duży w tym udział mieli scenografka Anna Haudek; twórca projekcji Jakub Lech i muzyki Dawid Majewski. Wszyscy razem stworzyli niezwykle spójny, przekonujący świat sceniczny, w którym wszystko płynnie i harmonijnie funkcjonuje. Opowieść multimedialna toczy się tak jakby nigdy nic innego na scenie nie istniało. Obrazowa narracja prowadzona głównie przez bezbłędnie działające projekcje komputerowe zawładnęła bez najmniejszych zastrzeżeń wyobraźnią nie tylko najmłodszych, ale i ich rodziców. Co więcej, dała szansę na swoisty współudział. Na rozpętanie własnej wyobraźni. Na samodzielne życie w tej bajce! Czego można chcieć więcej od teatru?

I przypomniała wszystkim młoda reżyserka, że na początku wcale nie było słowo. Na początku był obraz.