powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nieślubny syn Marksa i Engelsa

"Narodziny Fryderyka Demuth" Macieja Wojtyszki w reż. Macieja Wojtyszki w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej XXI Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Maciej Wojtyszko w przedpremierowym wywiadzie stwierdził jednoznacznie, że niczego nie zmieni w swojej praktyce dramatopisarskiej, bo "starego psa nie da się nauczyć nowych numerów". I chwała Bogu. To do nas, teatralnych kynologów należy obowiązek przyjęcia do wiadomości rzeczy oczywistej: różne są rasy autorów, różne temperamenty i strategie pisarskie. I nikogo nie trzeba na siłę uczyć nowych sztuczek; wystarczy patrzeć, czy są dobrzy w starych trickach. Najnowsza sztuka Wojtyszki wystawia mu w tej mierze świetne świadectwo.

Karl Marx, filozof, ideolog i zawodowy pouczacz, chwilę po wyjeździe oddanej rewolucji, choć arystokratycznej żony, zmachał syna swojej służącej. W obawie przed skandalem, rozwodem, tudzież kompromitacją robotniczej sprawy, namówił Fridricha Engelsa, swego przyjaciela, powiernika i mecenasa (który przyjął był niegdyś dobrze płatną robotę u kapitalistów, chcąc tym dzielniej niszczyć ich od środka), by jako człek formalnie stanu wolnego wziął ojcostwo na siebie. Ot, cała intryga. Wodewilowa na pierwszy rzut oka. Farsopisarstwo wszystkich krajów i epok zawsze uwielbiało sytuacje, w których złotousty moralista stawał oko w oko z własnymi grzeszkami i musiał kręcić, łgać i pakować się w kolejne piętrowe nieporozumienia, by prawda nie wyszła na jaw. "Narodziny Fryderyka Demuth" też korzystają z tego schematu, acz bez farsowego przytupu. I bez polowania na śmiechy publiczności. Z upojonego własną elokwencją Marksa, granego z dyskretną ironią przez Marcina Siankę, chichotało na widowni ledwie parę osób, reszta łykała demagogię lewicowego kaznodziei z powagą godną lepszej sprawy. Może, cholera, zrobili się już kompletnie nieczuli na polityczną mowę trawę?

Ale też Wojtyszko inscenizacją świadomie pchnął sztukę z tak do niej pozornie pasującej krainy wodewilu w nie odwiedzane dziś właściwie w teatrze rejony obyczajowego komediodramatu. Ze starannym odrobieniem w scenografii Justyny Łagowskiej bieda-mieszkań Marksów w Londynie, z których, w miarę ubożenia, znikają kolejne sprzęty. Z malarską sceną początkową sinego świtu za oknem i cichych - by Karla nie obudzić - porannych ablucji pani i służącej w jednej misce. Z powściągliwym, nieośmieszającym - acz wyrazistym - wygrywaniem przez Grzegorza Mielcarka wszystkich niekończących się plątanin, zacukań i niezręczności poczciwego Engelsa gotowego w imię przyjaźni aż do daleko posuniętej autokompromitacji. Partnerowała mu młodziutka Karolina Kamińska doskonale trafiająca w jednocześnie pokorny i twardy ton prostej dziewczyny z ograniczoną możliwością decydowania o swym losie. Zwłaszcza w - paradoksalnej przecież - sytuacji panny służącej na usługach wyzwolicieli proletariatu.

Aliści na tonację widowiska bodaj największy wpływ miała Dominika Bednarczyk w roli Jenny Marx. W sztuce był przecież materiał, by z lekkim dystansem spojrzeć na arystokratkę z domu von Westphalen gotową w imię wierności mężowi-rewolucjoniście do drastycznego obniżenia poziomu życia - ale przecież nie do zgody na wychowywanie nieślubnego syna służącej razem ze swoimi dziećmi. Na żonę wygadanego szaławiły pytającą o wierność męża takim tonem, jakby prosiła się w razie czego o przekonujące kłamstwo. Tymczasem świetna aktorka Teatru im. Słowackiego zbudowała na scenie sylwetkę poważnej nad wiek matrony z nieustannie ściągniętą twarzą, odpowiedzialnie skupioną na dzieciach i nie dającą sobie rady z bólem po śmierci jednego z nich. Jej koncepcja roli do spółki z wyrazistym obraz życiowej biedy gasiły uśmiechy widzów, nawet te życzliwie-melancholijne. Za to komediowo wypadł epizod nie łapiącego się w intrydze naiwnego ideowca Liebknechta w wykonaniu Karola Piątkowskiego. Balans ironii i wzruszenia, został więc zachowany; można dyskutować, czego było za dużo, czego za mało, ale niepodobna z tego czynić wymówek inscenizatorowi.

Ba, jeśli w ogóle formułować jakiś zarzut wobec przedstawienia - nie mającego w swojej kategorii równego sobie klasą i w tym sezonie i chyba w paru poprzednich - to może można by się zastanowić nad pewną niekonkluzywnością Wojtyszkowej opowieści. Bo Karl zmachał, Friedrich wziął na siebie, Jenny uwierzyła, Lenchen pozostała dyskretna - i co? Owoc intrygi, wychowywany przez ludzi opłaconych przez Engelsa Fryderyk Demuth, później prosty tokarz, w życiu bohaterów sztuki w gruncie rzeczy nie zaistniał, jego tajemnicę przybrany ojciec zdradził dopiero na łożu śmierci. I co? W finale, między jednym a drugim kęsem zasponsorowanego przez Engelsa pasztetu (spożywanego na nakrytej suknem desce udającej stół) aktorzy, głęboko patrząc w oczy widzom, mówią, jakie były dalsze losy ich postaci. Szczególnie podkreślają fakt, że dwie córki Marksa popełniły samobójstwo, a i losy innych generalnie nie układały się nazbyt fortunnie. Czyżby autor chciał zasugerować, że pospolite i wstydliwe krętactwo, jakiego się tu przecież dopuszczono, zaciążyło nad tymi biografiami, wycisnęło na nich swoje piętno? Niewiele rzeczowych przesłanek o tym świadczy, to tylko cień sugestii, tym mniej przekonujący, że kłopot związany z narodzinami Fryderyka D. rozwiązał się przecież tak - może pozornie - bezboleśnie i niedramatycznie.

Więc trochę nie wie, z jaką właściwie refleksją ma wychodzić widz na Planty z krakowskiej Miniatury. Poza nie budzącą wątpliwości konstatacją, że obejrzał rzetelnie, fachowo i z zapomnianą już na scenach dbałością o szczegóły i niuanse przygotowaną opowieść sceniczną o paru pomnikach w niepomnikowych okolicznościach.