powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Oczy szeroko zamknięte

"Szczury" otwiera przejmująca scena upadlającej tresury Poliny - młodej Ukrainki (znakomita Karolina Adamczyk) przez Bruna (świetny Michał Czachor) i jego siostrę Hannę (Eliza Borowska). I właśnie to odczłowieczające i bezlitosne "używanie" dziewczyny przez kulturalnych i zamożnych, którzy usta mają pełne frazesów o "prawdziwych" wartościach w życiu, sztuce i polityce; staje się najdotkliwszą z dotychczas wyrażonych na festiwalowej scenie teatralnych metafor - z Festiwalu Boska Komedia pisze Michał Centkowski.

Maja Kleczewska i Łukasz Chotkowski realizując w Teatrze Powszechnym w Warszawie spektakl oparty na dramacie Gerharta Hauptmanna, przenoszą akcję z początku XX wieku w realia współczesnej Polski. W ich interpretacji opowieść o biednej służącej, zmuszonej sprzedać swoje dziecko, której dramat rozgrywa się w cieniu miałkich intryg środowiska artystycznej bohemy, to nie tylko rozliczenie z mieszczańską hipokryzją, bigoterią i kabotyństwem, lecz także radykalna obrona prawa artysty do mówienia na scenie i ze sceny o sprawach najistotniejszych, najbardziej przejmujących, najboleśniejszych. A więc takich, których Dyrektor szacownego teatru ( Michał Jarmicki), być może nawet łaskawie wysłucha przy śniadaniu, gdy już jak Polina wedrą się bezceremonialnie do jego eleganckiego mieszkania, lecz z pewnością przez myśl mu nawet nie przejdzie, by opowiedzieć o nich w swoim teatrze.

Bo i my szybko zapominamy o losie ukraińskiej dziewczyny, zaśmiewając się z kolejnych celebryckich wynurzeń, napomnień i mitomańskich westchnień za "prawdziwą sztuką prawdziwych wartości", buńczucznych i rozdętych jak ego autorów manifestów, które padają ze sceny.

Tymczasem Kleczewska nie pozostawia złudzeń, stawia brutalnie trzeźwą diagnozę, wykrzykuje swój własny manifest - albo jest się artystą i nieustannie poszukuje jakiejś prawdy, czasem chaotycznie, intuicyjnie, na oślep, prowokując i błądząc, ryzykując przesadę, czy śmieszność, zaglądając w otchłań mrocznych zakamarów, ostatecznie zawsze stając w obronie ofiar, albo jest się kłamcą, który głód poszukiwań i postawę etyczną wymienia na małą stabilizację, okładki pism i brednie w telewizji śniadaniowej.

A jakoś tak dziwnie się składa, że zwykle najgłośniej ten "nowy teatr" wraz z jego artystycznym ekscesem, zakrzyczeć pragną Ci, co najzgrabniej się w tym nowym, drobnomieszczańskim "głównym nurcie" rzeczywistości usadowili. Ten rodzaj poszukiwań burzy komfort stadnego konformizmu, zagraża działaniu opanowanego do perfekcji mechanizmu wyparcia. Bo te pytania każą prędzej czy później przyjrzeć się także sobie, a wtedy cały ten gładki światek wzniosłych frazesów, telewizyjnej duchowości, taniego blichtru i trwałego nie bardziej niż domek z kart "sukcesu" może nagle runąć. I nawet jeśli nie ma w tych piwnicach własnych trupów, to są pewnie zatrudnione na czarno, ukraińskie sprzątaczki, które mimo powszechnie deklarowanej miłości do Euromajdanu, jakoś tak nużą i irytują swoimi skargami, swoją biedą, kładąc się cieniem na tej krainie szczęśliwości, dumnych z siebie beneficjentów systemu.

Na szczęście to wielkie lustro zawieszone nad sceną wciąż jeszcze odbija wszystko, cały ten brud, cierpienie, głupotę i podłość, bez preselekcji, filtrów i autoryzacji. Tak jak u kresu spektaklu odbija w niezwykłej scenie, mroczną fantazją Bruna o władzy i dominacji nad piękną Poliną. Szkoda, że nas wciąż bardziej niż cynizm, okrucieństwo i uprzedmiotowienie człowieka, zdumiewa i bulwersuje radykalne i bezkompromisowe upominanie się na scenie o jego podmiotowość.

"Szczury" to spektakl ważny, przemyślany i pełen znakomitych pomysłów, choć zawłaszcza w końcówce, wyraźnie wymykającej się spod reżyserskiej kontroli, wymagający dopracowania.

**

"Szczury" w reż. Mai Kleczewskiej, koprodukcja Teatru Powszechnego z Warszawy i Teatru Łaźnia Nowa z Krakowa.