powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Teatr jako metoda egzystencji

"Druga kobieta" w reż. Grzegorza Jarzyny z TR Warszawa na XVI Festiwalu Sztuki Reżyserskiej "Interpretacje" w Katowicach. Dla e-teatru pisze Anna Gębala.

Spektakl "Druga Kobieta" w reżyserii Grzegorza Jarzyny, laureata Lauru Konrada z 1999 roku, otworzył tegoroczny XVI Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje. Sceny przedstawieniu użyczyły przestworza nowej siedziby Muzeum Śląskiego, mieszczące się w dawnym kompleksie Kopalni Katowice. Postindustrialna architektura wymusiła, by aktorzy, podejmując próbę zejścia w głąb istoty aktorstwa, zeszli poniżej powierzchni ziemi.

Przedstawienie stanowi teatralną adaptację (odpowiada za nią Grzegorz Jarzyna oraz Anna Nykowska) produkcji filmowej Johna Cassavetesa z 1977 roku, poświęconej teatrowi i garściami korzystającej z teatralnej specyfiki. Tematem przewodnim uczynił Cassavetes wiwisekcję niemłodej już aktorki (w tej filmowej roli zobaczyć można żonę reżysera, Genę Rowlands), borykającej się z niemocą twórczą i egzystencjalną, próbującej na nowo poskładać życie po nagłej śmierci jednej ze swoich admiratorek. To opowieść o kobiecie kluczącej pomiędzy sceną, garderobą, kulisami, hotelem, halucynacjami, alkoholem i kotarą papierosowego dymu. W interpretacji Grzegorza Jarzyny nie brakuje żadnego z tych elemenetów. Tym jednak, co czyni ten spektakl mistrzowskim jest ścisła ekspozycja teatralnego tworzywa.

Wiktoria Gordon, główna bohaterka (w tej roli znakomita Danuta Stenka), poszukuje sposobu na wejście w nową rolę. Sytuacja to o tyle groteskowa, że postać napisano specjalnie dla niej, uwzględniając jej charakterystykę - wiekową, charakterologiczną, biograficzną etc. I tu pojawia się problem. Wiktoria nie potrafi zagrać podstarzałej, przemijającej gwiazdy, pozbawionej miłości, rodziny, głęboko zanurzonej w nałogach i cynizmie. Nie potrafi, bo, jak sama twierdzi, nie widzi w tej postaci żadnej nadziei. Późniejsza, wspomniana już, przypadkowa śmierć Talii (w tę rolę wcieliła się Justyna Wasilewska) uruchamia rytuał wywoływania duchów, wraz z nim rusza także machina odsłaniania kolejnych warstw utkanej opowieści. Sceniczny paraliż wkrótce psychiatryzuje doznawanie beznadziejnej rzeczywistości - jest to jeden z absolutnie najciekawszych elementów całego spektaklu.

Na pierwszym planie obecna jest nieprzerwanie Danuta Stenka: porażająca i dramatyczna. Tłem dla niej stają się pozostałe postaci, niezbyt wyraźne acz momentami rozładowujące napięcie. To prawda, że Jarzyna nie umożliwił swoim aktorom pełnego wykorzystania potencjału (a mowa przecież o postaciach wybitnych, by wymienić tylko Adama Woronowicza, Romę Gąsiorowską czy Romana Garncarczyka), nie sposób jednak odmówić pewnej sensowności przyjętej formule. Wyczerpująca, totalna obecność Danuty Stenki na scenie, zarówno osobowościowa, jak i somatyczna (aktorka jest w końcu policzkowana, duszona, popychana etc.), nie stwarza jak sądzę miejsca dla drugiego, równie silnego rysu. To swoista konieczność, koszt poniesiony dla zachowania składnej kompozycji i jednocześnie jeden z kosztów, o jakich traktuje przedstawienie. Bardzo często bowiem Jarzyna odsyła do konkretu - prokurując poprzez tę paradoksalnie niespodziewaną referencję... konsternację.

Wszystko zaczyna się dość niepozornie od umownego podzielenia przestrzeni, od przyjęcia pewnej dobrze znanej, ogranej konwencji. I nagle widz dostrzega drganie, pęknięcie w wyrysowanym obrazku. Być może zaniepokoi go przejmująca krzywizna rozmieszcznych naprzeciwlegle luster albo półmrok, który panując zamiast tradycyjnej czerni, pozwala dojrzeć jakby zbyt wiele - bo i od strony scenograficznej sporo się dzieje. Zresztą, z powodu tych mnogich transfomacji pracownicy techniczni tak często goszczą na scenie, że w zasadzie sami stają się aktorami - aktorzy tymczasem odsłaniają kulisy, zapraszają na próby, wprowadzają w swój dość hermetyczny świat, który Jarzyna zdecydował się pokazać bez łagodzących niesmak przymróżeń oka. Wreszcie - sami widzowie zostają wciągnięci w rzeczywistość spektaklu - kurtyna okazuje się być zaledwie kolejnym rekwizytem, publiczność musi gwałtownie wejść do środka sztuki (lub gorzko przyznać, że od początku tam tkwiła, że jej rolą jest podglądactwo). Granice sztuki i realności rozmywają się zupełnie. Udział w tym koszmarnnym szaleństwie i końcowe spotkanie ze Stenką-Gordon przynosi prawdziwe katharsis.

Wielowarstwowość spektaklu stanowi o sile obrazu - samą przecież autoreferencyjność czy metateatralność trudno już uznać za element rewolucyjny bądź rewolucjonizujący odbiór (zresztą wiele sztuk utrzymanych w tym tonie nie wychodzi poza pewną sztampowość). Niezwykły jest natomiast u Jarzyny właśnie ten portret krytyczny i zarazem kliniczny teatru. Danuta Stenka gra Wiktorię Gordon, grającą aktorkę Virginię (wzorowaną skądinąd na Wiktorii, wszystko zaś dzieje się w ramach adaptacji filmu, więc referencjalnie w sposób oczywisty pojawia się przywołana blond peruką Gena Rowlands i jej filmowa postać: Myrtle Gordon). Wiktoria odnajduje własne rysy w młodziutkiej Talii, którą po śmierci ożywia w swojej głowie. Zjawa inicjuje psychotyczną histerię. Wiktoria zapada się w sobie, w alkoholu, w odrealnionej rzeczywistości, a jedynym ratunkiem okazuje się być starcie z rolami odgrywanymi w życiu i na scenie. Ból zostaje uśmierzony symbolicznym mordem: Talia zabija Virginię, Wiktoria zabija Talię, Stenka zabija Wiktorię. Bo nie tylko o samotność i jałowość idzie, nie tylko o przyspieszoną przemijalność, ale i o metodę. Jarzyna wyraźnie prowadzi tu dialog choćby z Konstantym Stanisławskim. Pyta o możliwy stopień wejścia w rolę, o schizofreniczny tryb egzystencji błądzącej w artystycznej wyobraźni, o możliwość czerpania inspiracji z własnych doświadczeń, zapętlającego się rozmontowywania wspomnień, z emocji wytwarzanych na scenie przez współaktorów. O cenę, jaką należy zapłacić, wpuszczając teatr do swojego domu, głowy, serca. Pytanie to nie nowe, choć zadane iście po mistrzowsku.