- To getto i to coraz mniejsze - powiedziała znajoma teatrolożka i czujna obserwatorka życia teatralnego, a ja myślą i głosem przyznałem jej rację, choć słowo - nie tylko przez historyczne skojarzenia - wydało mi się ryzykowne. Sam wolę mówić o teatrze jako o niszy - pisze Dariusz Kosiński.
Niszy rynkowej, odwołującej się do specjalnych gustów i potrzeb stosunkowo niewielkiej grupy "klientów", ale też niszy ochronnej. Miejsce ciepłe i bezpieczne, wokół sami swoi - mili, dobrze ułożeni, inteligentni i w lot łapiący każdą aluzję. W zasadzie wszyscy się znają, na niejednej premierze i panelu już razem byli, na niejednym późniejszym bankiecie śmiali się z otoczenia i z siebie, bo przecież nie można niszy brać zbyt poważnie. W końcu wiemy, że to nisza, a choć daje nam miłe poczucie wyjątkowości, jak członkostwo elitarnego klubu, to i żalu trochę jest, bo wszak teatr powinien mieć znaczenie i wpływ. W niszy nikt w to chyba nie wierzy, choć nosi się tu głównie postawę krytyczną i zaangażowaną. Ot, taki paradoks - resztki nostalgii z dawnych czasów wyssane z mlekiem teatralnych matek. Ale serio rzecz biorąc, wszyscy wiedzą, że teatr nie zmienia świata, bo świata zmienić się nie da, choć oczywiście można i należy krytycznie