powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Bartłomiej Majchrzak odpowiada na felieton Macieja Nowaka

Czyżby Pan Maciej Nowak chciał zostać cenzorem i decydować, co się w Polsce powinno grać czy pokazywać, a co jest absolutnie zabronione? Poza tym warto byłoby zapoznać się z opiniami widzów chodzących na transmitowane i retransmitowane przedstawienia, bo jednak widz swój rozum ma - Bartłomiej Majchrzak z Dystrybucji Sztuki odpowiada na felieton Macieja Nowaka o cyklu transmisji i retransmisji "National Theatre Live".

"KULTURA (...) TO JEST CUŚ TAKIE, ŻE TO SIĘ W PALE NIE MIEŚCI"*

Transmisje spektakli teatralnych są stare jak radio. Na ich rozwój wpłynęło wynalezienie telewizji, a od 2006 roku - dzięki wciąż rozwijającej się technologii - możemy oglądać w salach kinowych przekazy w jakości HD i DD Surround. To blisko sto lat zjawiska, warto więc byłoby, aby zauważył je każdy badacz teatru i krytyk w tej dziedzinie. Nieinteresowanie się transmisjami to jak negowanie istnienia teatru telewizji. Uelastycznianie warunków prezentacji ma się więc dobrze od dawna i to na wielu płaszczyznach.

Choć jako przedstawiciel dystrybutora nie powinienem tego pisać, nie będę hipokrytą: transmisja spektaklu nigdy nie będzie żywym teatrem. Ale czy to znaczy, że jest samym złem, które w dodatku - jak twierdzi Pan Maciej Nowak w swoim felietonie - w neokolonialnym, imperialnym geście demoluje lokalny rynek teatralny i nabija kabzy pewnym facetom? Proszę, aby Czytelnicy odpowiedzieli sobie na to pytanie po przeczytaniu niniejszego tekstu.

Nie wiem, kto pierwszy na świecie transmitował przedstawienie, ale nowojorska The Metropolitan Opera zaczęła robić to regularnie już na początku XX wieku. Przyczyna była prozaiczna, czego zresztą nikt się nie wstydził - potrzeba zasilenia nadwątlonej kasy teatru, który do dziś utrzymuje się jedynie z darowizn, nie jest wspierany państwowymi dotacjami, a który od początku swego istnienia jest jedną z najlepszych scen operowych na świecie. Z biznesu po krótkim czasie zrobiło się artystyczne zjawisko, bo jednak jednym z pierwszych transmitowanych artystów był Enrico Caruso, a nie średniej klasy śpiewak. Nazwisk kolejnych gwiazd występujących w Met i ochoczo "wysyłających" swój głos w eter nie będę przytaczał, bo to wyjątkowo długa lista. Dla porządku jednak wspomnę, że naszego rodaka Piotra Beczałę można częściej usłyszeć w Polsce za pośrednictwem transmisji z Nowego Jorku, niż na którejś z polskich scen. A - proszę mi wierzyć - Polacy chcą go słuchać. Z Mariuszem Kwietniem jest podobnie, bo choć dość regularnie pojawia się na deskach Opery Krakowskiej, to jednak w Gdańsku, Wrocławiu, Łodzi, Poznaniu, a nawet ostatnimi czasy w Warszawie tego artysty się nie uświadczy.

Od 2006 roku nowojorska Met regularnie transmituje do kin, filharmonii i teatrów na całym świecie swoje spektakle w jakości HD i DD Surround. W Warszawie pokazuje je Teatr Studio, w Lublinie przymierza się do nich Teatr Stary, filharmonie Łodzi, Olsztyna i Kielc też mają je w swoim repertuarze. Te instytucje nie boją się, że Met zdemoluje im lokalny rynek. Dziś spektakle z Nowego Jorku - a pokazano ich do tej pory tą metodą 80, a za pomocą radia tysiące - docierają za pośrednictwem satelity do 69 krajów, do ponad 2.000 ośrodków. W kwietniu br. sprzedano piętnastomilionowy bilet na cykl "The Met: Live in HD", a ostatnia transmisja - "Wesele Figara" pod batutą legendarnego Jamesa Levine'a, którego w Polsce gościliśmy raz i pewnie już nie będziemy, bo jest chory - zarobiła w samej tylko Ameryce Północnej ponad 2 miliony dolarów.

Za ciosem, naśladując Met, poszły inne znane teatry operowe i dramatyczne: londyńskie National Theatre oraz The Globe, moskiewski Teatr Bolszoj, mediolańska La Scala, Opéra national de Paris, Wiener Staatsoper czy monachijska Bayerische Staatsoper. Ten ostatni teatr pokazywał - oczywiście demolując lokalny rynek teatralny w Polsce, bo nie dość że za pomocą Internetu, to jeszcze darmo - "Eugeniusza Oniegina" i "Kobietę bez cienia" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, a za chwilę zobaczymy w wykonaniu monachijskiego zespołu "Łucję z Lammermooru" w reżyserii Barbary Wysockiej. W przypadku wyżej wymienionych scen liczby nie są aż tak duże jak w przypadku Met, ale nadal imponujące. Nota bene: Met obróci w perzynę lokalny rynek teatralny Teatru Wielkiego-Opery Narodowej już w lutym 2015 roku, bo podjęła pierwszą w historii współpracę z polską sceną i w koprodukcji z nią przygotowała "Jolantę" oraz "Zamek Sinobrodego" w reżyserii Mariusza Trelińskiego, który to spektakl będzie transmitować na cały świat, demolując tym samym lokalne rynki teatralne pozostałych 68 krajów poprzez pokazanie polskiej inscenizacji.

Owszem, wszystkie teatry transmitują swoje spektakle dla pieniędzy, podobnie jak dla pieniędzy sprzedaje się na całym świecie bilety na przedstawienia. Nikt jednak tymi transmisjami nie nabija kabzy żadnym facetom, te pieniądze wykorzystywane są na statutową działalność tych scen, które nierzadko nie mają państwowych dotacji. My jako dystrybutorzy zarabiamy na transmisjach pieniądze (godne potępienia, wiem), ale wkładamy w to przedsięwzięcie dużo energii, a lwia część finansowych owoców naszej pracy trafia do kasy teatrów. Tyle że nikt nie narzeka, my jesteśmy zadowoleni z ciekawiącego nas zajęcia, teatry są zadowolone z pieniędzy i większych możliwości artystycznych w związku z dodatkowymi środkami, ale najważniejsze jest to, że widzowie są zadowoleni. Bo warto pamiętać, że to publiczność jest najważniejsza - bez niej nie ma teatru, kina, filharmonii, transmisji.

I to prawda - przynajmniej w mojej ocenie - że transmisja czy retransmisja w osiedlowym kinie jest nierzadko wielkim wydarzeniem artystycznym. Bo i repertuar jest żelazny (Verdi, Puccini, Mozart, Czajkowski, Szostakowicz, Shakespeare, Eurypides, Racine), i inscenizacja przygotowana porządnie (Boyle, Mendes, Eyre, Zeffirelli, Schenk, Tcherniakov), i filmowe buzie w obsadzie (Hiddleston, Cumberbatch, McCrory, Mirren, Miller, Beale, Anderson, Kirby, Foster, a za chwilę Franco i Fiennes). Te buzie - o czym Pan Maciej Nowak wiedzieć nie chce - w większości przypadków zaczynały swoją aktorską karierę od występowania na teatralnej scenie, a nie na planie filmowym. Gdyby Pan Maciej Nowak zechciał obejrzeć choć jeden transmitowany lub retransmitowany spektakl i zapoznać się z ogólnodostępnymi informacjami nt. obsady (www.ntlive.com), wiedziałby, że to dobrze wykształceni aktorzy teatralno-filmowi. Niestety Pan Maciej Nowak zna ich tylko z kinowego ekranu, stąd nie wie o ich teatralnych możliwościach. Nie widział ich na scenach Londynu, Nowego Jorku, Moskwy, nie widział w kinie na Ursynowie. (To tak jakby nazwać Teresę Lipowską aktorką serialową, bo gra w "M jak miłość" i dziś Polacy, którzy do teatru nie chodzą, kojarzą ją tylko przez pryzmat tej telenoweli.)

Zresztą naprawdę chciałbym już przestać oceniać transmitowane przedstawienia, bo jestem ostatnią osobą, która powinna to robić. Niech oceniają je krytycy. Na Zachodzie jest to działanie na porządku dziennym, u nas recenzowanie transmisji do kin dopiero raczkuje, choć pierwsze tego typu zdarzenie w naszym kraju miało miejsce w 2008 roku (dziękuję Pani Dorocie Szwarcman, ekipie 2 PR i innym pionierom). Zachęcam polskich recenzentów: oglądajcie, piszcie, mówcie na antenie, powiedzcie polskim widzom, czy gra jest warta świeczki, czy jednak lepiej nie marnować czasu. O to zresztą prosiła Pana Macieja Nowaka moja koleżanka, wysyłając do Niego zaproszenie: "Ciekawi jesteśmy Pana oceny". Tych słów Pan Maciej Nowak swoim felietonie nie przytoczył. Bo my naprawdę nie chcemy oceniać, nie powinniśmy. Wolimy, aby zrobili to fachowcy. Jednak jeden z nich odmówił, uznając naszą prośbę za niedorzeczną.

Zapewniam Pana Macieja Nowaka, że po Jego felietonie ani dyrekcja National Theatre nie zrezygnuje z transmitowania na cały świat swoich spektakli, ani polscy widzowie nie przestaną na nie chodzić do kin. Polskich widzów teatralnych będzie w kinach coraz więcej. Widzę to co miesiąc po raportach sprzedaży. Lokalny rynek teatralny nadal będzie demolowany. Tylko czy rzeczywiście? I kto się tego boi? Ostatnio na pewno nie Teatr Wielki w Poznaniu, który wspiera transmisje z Met w CK Zamek. Opera Wrocławska i Opera Krakowska także nie. Filharmonia Wrocławska zaprasza swoich słuchaczy do Nowych Horyzontów na transmisje koncertów z Filharmonii Berlińskiej. Dyrektorzy tych instytucji nie boją się demolki na swoim rynku, tylko chłodno kalkulują, bo doskonale wiedzą, że widz zachwycony nowojorską "Carmen" przyjdzie właśnie do nich obejrzeć ten tytuł drugi raz. A i dyrekcja Met i NT też ciągle zachęca widzów transmisji: "Odwiedźcie teatr w swoim mieście". Nota bene: do tej pory żaden polski teatr nie zgłosił się do dystrybutora z pretensjami. Może poza Panem Maciejem Nowakiem nikt ich nie ma?

Konfrontacji z brytyjską sceną nie boi się także Jacek Poniedziałek, który z chęcią użyczył swojego przekładu "Tramwaju zwanego pożądaniem" w celu opracowania polskich napisów i który - o ile czas mu pozwoli - będzie specjalnym gościem pokazu spektaklu w kinie Atlantic 4 listopada.

Panu Maciejowi Nowakowi muszę przytoczyć argumenty, które są oczywiste dla teatromanów chodzących do kina na transmisje i retransmisje: nie każdego stać na bilet lotniczy do Londynu czy Nowego Jorku (o wizie i hotelach nie wspomnę), nie każdy zdąży kupić bilet do teatru (te na "Makbeta" z Kennethem Branaghem rozeszły się wśród Brytyjczyków w kilka minut), dzięki transmisjom zaś każdy ma większy wybór, bo przecież oferta repertuarowa staje się przez nie bogatsza, bo można obejrzeć, posłuchać światowej klasy wykonawców, którzy rzadko przyjeżdżają do Polski, o ile w ogóle.

Czyżby Pan Maciej Nowak chciał zostać cenzorem i decydować, co się w Polsce powinno grać czy pokazywać, a co jest absolutnie zabronione? Poza tym warto byłoby zapoznać się z opiniami widzów chodzących na transmitowane i retransmitowane przedstawienia, bo jednak widz swój rozum ma.

A co z mniejszymi miastami? W ich przypadku też Pan Maciej Nowak będzie pałał świętym oburzeniem z powodu demolowania lokalnego rynku teatralnego? Pozbawi mieszkańców kontaktu z dramatem, operą, baletem - choćby tym transmitowanym? Ten kontakt nierzadko jest bardzo okazjonalny, a w przypadku dwóch ostatnich gatunków prawie zawsze nie istnieje. Czasami więc nie ma czego demolować. A ludzi ciągnie do teatru, nawet w Pcimiu Dolnym.

"Przyjedźcie z gościnnymi występami, zmierzcie się z polskimi interpretacjami Williamsa" - pisze Pan Maciej Nowak. Zespół Young Vic mierzy się, tyle że za pośrednictwem technologii, choć Pan Maciej Nowak nie chciał być tego świadkiem. Zapewne zmierzyłby się bezpośrednio, gdyby Pan Maciej Nowak (albo ktoś gotowy wyłożyć niemałe pieniądze w tym szczytnym celu) opłaciłby jego przyjazd. Odpowiadam krótko: "Wiśta wio - łatwo powiedzieć". Ale oczywiście kibicuję pomysłowi. Pierwszy kupię bilet na gościnne występy mediolańskiej La Scali czy londyńskiego Teatru Narodowego w Polsce.

Nadal zapraszamy Pana Macieja Nowaka na retransmisję "Tramwaju zwanego pożądaniem" z Young Vic, w ramach cyklu "National Theatre Live". Ostatnia okazja w Warszawie nadarzy się 4 listopada w kinie Atlantic (pokaz organizują wspólnie Samorząd Studentów oraz Samorząd Doktorantów Uniwersytetu Warszawskiego pod auspicjami władz tej uczelni). Byłoby bardzo miło ze strony Pana Macieja Nowaka, gdyby się pojawił, obejrzał i napisał recenzję, choćby druzgocącą. Bo - parafrazując mój teatralny autorytet, czyli Kazimierza Dejmka - "recenzent jest od recenzowania jak...". Koniec wszyscy znają, więc nie ma potrzeby, abym przytaczał wulgarne słowa, które choć wulgarne, to jednak swój głęboki sens mają.

Tak naprawdę Pan Maciej Nowak nie ma obowiązku recenzowania tego i innych spektakli, tylko po co w takiej sytuacji być krytykiem teatralnym? Może lepiej poświęcić się bez reszty recenzowaniu kulinariów i przy okazji nabijaniu kabzy facetom (ja też nie chciałbym z nimi choćby wspólnie korzystać z toalety) poprzez pełnienie funkcji jurora programu "TOP CHEF", który jest komercyjnym międzynarodowym formatem telewizyjnym i został stworzony po to, by przede wszystkim zarabiać pieniądze dla tych facetów; promowanie polskich kucharzy nie jest jego celem głównym.

Mimo wszystko liczę też na to, że felieton Pana Macieja Nowaka i moja nań odpowiedź staną się początkiem merytorycznej dyskusji o istotnym zjawisku, jakim są transmisje spektakli. I bardzo chciałbym także, by kiedyś któryś polski teatr miał na tyle dużo pieniędzy, by móc zacząć transmitować swoje przedstawienia do kin, filharmonii i innych teatrów, choćby tylko na terenie kraju. Bo zapał dyrekcji i zespołu na pewno by się znalazł. Zainteresowanie widzów także.

Do zobaczenia na kinowej widowni teatralnej!

Bartłomiej Majchrzak, przedstawiciel dystrybutora transmisji i retransmisji spektakli i koncertów z londyńskiego National Theatre oraz The Globe, nowojorskiej The Metropolitan Opera, moskiewskiego Teatru Bolszoj i Filharmonii Berlińskiej, prywatnie teatroman.

__________________

* Cytat ze słynnego skeczu Janusza Gajosa "W filharmonii", który jeden z internautów wykorzystał jako komentarz do felietonu Pana Macieja Nowaka [http://www.youtube.com/watch?v=c6jd1ppJ7xM].

Na zdjęciu: "Tramwaj zwany pożądaniem", National Theatre