powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Wrocławskie życie w (nie)kulturalnym samozachwycie

Wrocław jako zwycięskie miasto, trwa w jakimś nieznośnym, narcystycznym samozadowoleniu i poczuciu wyjątkowości, gdy tymczasem urzędnicza rzeczywistość i polityka kulturalna temu przeczy - nie tylko o sprawie Teatru Polskiego pisze Magdalena Chlasta-Dzięciołowska, historyk literatury i krytyk kultury.

Po zwycięskiej, wrocławskiej aplikacji prof. Adama Chmielewskiego - "Przestrzenie dla Piękna", która zachwyciła całą Europę - sama doznałam gwałtownego twórczego impulsu i ściśle w ramach jej założeń- wymyśliłam projekt "The Right to Art".

Jego ideą było stworzenie szeroko rozumianego Teatru Dyskusyjnego, przeniesienie istotnych, społecznie ważnych rozmów o repertuarze wrocławskich teatrów w przestrzeń publiczną, gdzie można swobodnie, nieformalnie rozmawiać o sensie życia i tworzenia.

Z gotowym projektem pobiegłam do wrocławskich urzędów zajmujących się kulturą. Zanim zostałam przyjęta (o Adamie Chmielewskim nikt już nawet nie wspominał), a szefowanie biurem ESK przechodziło z rąk do rąk.

Chciałam jeszcze wtedy wierzyć w istotne powody takiego obrotu sprawy. Naiwnie liczyłam w ciągłość aplikacyjnej idei (dostępnej w PDF na 122 stronach).

Jak mantry wyryte miałam w głowie wzniosłe frazy aplikacji o rozwoju publiczności i urzeczywistnianiu uczestnictwa wszystkich mieszkańców Wrocławia w kulturze: "Zabiegając o status Europejskiej Stolicy Kultury, chcemy się przeciwstawić instrumentalizacji dóbr kultury i sztuki oraz zaprzęganiu ich w służbę innych celów, zwłaszcza ekonomicznych. Sądzimy, że życie pozbawione obcowania z dziełami autentycznej sztuki jest życiem zubożonym i niepełnym".

Mając pełną świadomość związków między ekonomią i kulturą, a także tego, że kultura może funkcjonować jako czynnik sprzyjający rozwojowi gospodarki, jesteśmy przekonani, że dzieła kultury i sztuki, a także sam proces ich tworzenia, mogą odgrywać mobilizującą rolę, gdy są traktowane jako dobra autoteliczne, nieredukowalne do innych.

Wierzymy, że żywa kultura i autentyczne dzieła sztuki mogą powstawać tylko wtedy, gdy powstają w warunkach prawdziwej wolności od presji gospodarczych, politycznych i światopoglądowych. Doceniamy piękno wolności, opowiadamy się za wolnością piękna".

I jeszcze choćby tylko to: "Nulla ethica sine aesthetica!".

Polecam całość w lekturze, bo z pewnością nie doświadczymy tego nigdy w życiu!

W urzędach usłyszałam jednak coś kompletnie innego; że nikt nie potrzebuje teatru dyskusyjnego. tylko elitarnego czyli ładnego (!), do którego się chodzi ładnie(!) ubranym. A dyskusyjne to są jedynie kluby filmowe i mój dziwny projekt.

Optymistyczna natura pozwoliła mi nie stracić zupełnie wiary i pobiegłam na spotkania związane z poszczególnymi kuratorami organizowane przez biuro ESK w kinie Nowe Horyzonty w nadziei otrzymania sensownych informacji o zapowiadanych grantach.

Efekt: żadnych konkretów, mgliście jedynie - i to już wyłącznie - o mikro, by nie rzec, o nano-granatach.

Uczepiłam się wtedy ostatniej nadziei: Robert Palmer. Największy międzynarodowy autorytet w zakresie projektu Europejskich Stolic Kultury. Przyjechał właśnie do Wrocławia i był gościem Jacka Żakowskiego na spotkaniu Społecznej Akademii Kultury.

Palmer wystąpił z dynamicznym, krytycznym i stanowczym raportem: "Konieczne są zmiany podejścia w zarządzaniu wrocławską kulturą. I dalej mówił z autentycznym przejęciem: "żyjemy w czasach gwałtownych przemian - dlatego jest dla mnie niepojęte, że podmioty odpowiedzialne za kształtowanie polityk kulturalnych, planowanie kultury, praktyki kulturalne, projekty kulturalne, zdają się chować głowy w piasek, kiedy przychodzi przemyśleć ich działanie na nowo! " (nagranie dostępne na YouTube - "Jaka ESK ma sens?").

Raport miał zgasić nieznośne samozadowolenie wrocławskich urzędników odpowiedzialnych za ESK. Nie ugasił. W urzędniczej schizofrenii, gdzie głoszone idee zupełnie rozchodzą się z ich realizacją, nikt z lokalnych władz nie zauważa na przykład sprzeczności pomiędzy pomysłem zorganizowania w 2016 roku wielkiej Teatralnej Olimpiady, a próbami urzędniczego wyeliminowania w tym czasie najcenniejszych ludzi, którzy od lat budują we Wrocławiu, wraz z całym zespołem, teatr artystyczny, absolutnie pierwszoligowy, nagradzany w kraju i na świecie. Mam oczywiście na myśli dyrektora Teatru Polskiego - Krzysztofa Mieszkowskiego.

Piszę o tym w związku z całym gigantycznym, żenującym, (nie)kulturalnym zamieszaniem - jakiego jesteśmy świadkami od ponad tygodnia (wszczęciu postępowania odwoławczego wobec Krzysztofa Mieszkowskiego przez Urząd Marszałkowski).

Piszę dziś o tym również dlatego, że w mojej małej, krótkiej historii "The Right to Art." postać dyrektora Teatru Polskiego okazała się kluczowa.

Bo to ostatecznie Krzysztof Mieszkowski wysłuchał mój pomysł i zarekomendował ideę "The Right to Art." w formalnym piśmie do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Stamtąd potem otrzymałam stypendium na jego realizację: czyli na zaktywizowanie wrocławskiego środowiska poprzez szerokie, okołoteatralne działania Teatru Dyskusyjnego; na zainicjowanie ważnych rozmów o sztuce i życiu w wielu nieformalnych miejscach miasta, tak, żeby teatr mógł stać się istotnym medium społecznej komunikacji dla jeszcze szerszych kręgów wrocławian .

Dokładnie tak, jak o tym mówi zwycięska aplikacja ESK w punkcie: przeciw komodacji kultury! Innymi słowy: Wszyscy mamy prawo do sztuki - "The Right to Art."!

Takie doświadczenia własne, napisane tu zaledwie skrótowo i oszczędnie dramaturgicznie, choć w moim wypadku szczęśliwym trafem zakończone - uruchomiło lawinę niechcianych, spychanych dotąd w podświadomość obrazów i myśli, że Wrocław jako zwycięskie miasto, trwa w jakimś nieznośnym, narcystycznym samozadowoleniu i poczuciu wyjątkowości, gdy tymczasem urzędnicza rzeczywistość i polityka kulturalna temu przeczy.

Eliminuje się kolejnych, ważnych ludzi nauki i kultury (dziś prof. Chmielewski zapraszany jest na wykłady do Warszawy i dalej w świat, dyrektor Mieszkowski karany jest odwołaniem za jeden z najlepszych teatrów w Polsce; twórcy i aktorzy - niepostrzeżenie uciekają do Warszawy (Kinga Preis, Krzysztof Dracz, Monika Strzępka, Paweł Demirski) albo do Krakowa (Marcin Czarnik, Michał Majnicz. Wszyscy oni kierowali się wyłącznie kryteriami finansowymi, bo za gaże - do bólu oszczędne - nie dało się tu godnie żyć.

Paradoks wrocławskiego Teatru Polskiego polega na tym, że swoją ogromną, artystyczną potencją - z jednej strony - przyciąga wybitnych aktorów i twórców ( gigant teatru Krystian Lupa związał się z Teatrem Polskim - jako jedynym w Polsce, z Dramatycznego przyszedł na etat Andrzej Szeremeta, współpracuje też obecnie z Polskim Jan Frycz) - a swoją skrajną, permanentnie deficytową kondycją finansową - z drugiej strony - ich odpycha.

By wspomnieć Monikę Strzępkę i Pawła Demirskiego - odważny duet reżysersko-dramaturgiczny, twórców wystawianej wciąż w teatrze "Tęczowej Trybuny 2012". Oni chcieli na stałe związać swoje twórcze i prywatne życie z Wrocławiem, kupili tu mieszkanie, teraz się wyprowadzają do Warszawy - z tych samych, bazowych - finansowych powodów.

Nie chcę myśleć, że za nimi pójdą za moment inni, bo jeśli odbierze im się, prócz resztek pieniędzy, jeszcze możliwość i radość tworzenia - może im nie starczyć miłości do Wrocławia, który sam ich nie kocha. From Wrocław without Love!

I słusznie zostaniemy okrzyknięci stolicą niewiadomoczego - kpiny - bzdury - bo przecież nie kultury!