powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Do marszałka Mołonia

Nie wiem, czy korzysta Pan z Facebooka. Poza robiącym furorę ogłoszeniem mieszkaniowym Strzępki, można tam też znaleźć fanpage "Czy we Wrocławiu pada?". Otóż, Panie Marszałku, wszystko pada, na łeb, na szyję pada. A Pan jest od tego, żeby Teatr Polski (wraz z pozostałymi 18 instytucjami kultury w województwie) jednak nie padły - pisze Michał Kmiecik.

Szanowny panie Marszałku,

w wywiadzie udzielonym Magdalenie Kozioł stwierdził Pan, że nie zna Pan Moniki Strzępki. Tym gorzej dla Pana, podejrzewam, że nie raz i nie dwa na Pana biurku pojawiło się zaproszenie na premiery spektakli, które za dyrekcji Krzysztofa Mieszkowskiego wyreżyserowała ona w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Tym bardziej doceniam, że zechciał Pan pojawić się w Polskim nieco ponad dwa lata temu na przedstawieniu w mojej reżyserii. Twierdzi Pan, że "bawił się na tym seansie". Przyjmuję to z tym większą ulgą, bo przyznam, że podczas spektaklu (pozwoli Pan, że będę trzymał się terminów teatralnych, nie kinowych) Pańska mina wskazywała na coś zupełnie innego. I dziękuję za kwiaty, to było naprawdę wzruszające.

Co do meritum, to znaczy do kolejnej próby odwołania Krzysztofa Mieszkowskiego. Z racji tego, że ani ja, ani Pan nie byliśmy do tej pory dyrektorami teatrów i nie mamy zbyt dużego doświadczenia w tej sprawie, pozwolę sobie oddać głos komuś ze znacznie większym stażem. Paweł Łysak (o którym być może również Pan nie słyszał - pełna sylwetka artysty dostępna jest na portalu culture.pl, ale żeby choć szczątkowo przedstawić Panu tę postać: w latach 2000-2003 wicedyrektor Teatru Polskiego w Poznaniu, od roku 2006 dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy, od 1 września dyrektor Teatru Powszechnego w Warszawie, wyreżyserował ponad dwadzieścia spektakli w teatrach dramatycznych w całej Polsce) w wywiadzie udzielonym Jackowi Cieślakowi (dziennikarz Rzeczpospolitej, selekcjoner festiwalu "Polska w IMCE") mówi:

"Sytuacja w Teatrze Polskim we Wrocławiu jest bardzo smutna. Ten teatr w sposób ewidentny jest od lat niedoinwestowany, mimo tego osiągnął bardzo wysoki poziom artystyczny i renomę. Odwołanie dyrektora grozi niedobrymi konsekwencjami dla widowni wrocławskiej. (...) Kiedy pogarsza się sytuacja finansowa teatru, często dochodzi do dramatu, bo najłatwiej w teatrze jest zaoszczędzić, nie przygotowując nowych spektakli i rzadziej grając, a to jest równia pochyła. Teatry są po to, żeby grać." Zdaje się, że takie właśnie błyskotliwe rozwiązanie zostało wdrożone w poprzednim sezonie w Teatrze Polskim przez Grzegorza Stryjeńskiego. I - o dziwo - nie przyniosło to spodziewanych rezultatów. To znaczy, owszem, udało się zaoszczędzić niewielkie pieniądze kosztem aktorów, którzy są w teatrze najważniejsi i jednocześnie wyjątkowo nisko wynagradzani (jako spec od teatralnych finansów, wie Pan zapewne, ile wynosi tak zwana teatralna "goła pensja"), tym niemniej nie pozwoliło to uwolnić Teatru z pętli zadłużenia.

Nie wiem, kiedy ostatni raz był Pan w liceum, ja, bądź co bądź, nie tak dawno i pamiętam jeszcze z lekcji przedsiębiorczości (są takie cuda!), że poza długiem budżetowym (o którym zapewne wolałby Pan mówić w przypadku Teatru Polskiego), jest też coś takiego jak dług strukturalny. Nie dziwię się Panu specjalnie, że nie lubi Pan tego nazywać w ten sposób. Nikt w Pana sytuacji by nie lubił. Wie Pan doskonale, że jeżeli w przypadku Teatru Polskiego będziemy mówić o zadłużeniu strukturalnym, a wszystko na to wskazuje, że mamy z tym właśnie do czynienia, ani Pan, ani Przewodnicząca Zdrojewska nie będziecie mogli zrzucać już winy na nie-po-dżentelmeńsku niedotrzymującego słowa Mieszkowskiego, który śmie się domagać, zamiast uniżenie i ze zmiętą czapką donosić, że komin wyczyścił i Tauron opłacił, w związku z czym ośmiela się prosić oświeconego jaśnie pana marszałka o pieniądze na działalność artystyczną Teatru (choć akurat z takim przeznaczeniem Teatr dostaje rokrocznie ponad 4 miliony złotych z Ministerstwa). Wie Pan doskonale, że winnego strukturalnego zadłużenia jednej z najważniejszych scen w Polsce, może Pan szukać w lustrze. Patrzy na Pana codziennie i nie wie, o co ten raban. Gdyby teatr nie grał, byłby święty spokój. I na pewno wszystko by się kalkulowało. Nie jest tak?

I tu nie chodzi nawet o Pana (ani o Barbarę Zdrojewską). Ponieważ jest Pan równie lewicowy, jak formacja, z której się Pan wywodzi, nie będę odwoływał się do wartości, które powinny być Panu teoretycznie bliskie.

Nie wiem, gdzie Pan zaczynał swoją przygodę z teatrem (czy to prawda, że pojawił się Pan w Teatrze Polskim dopiero, gdy wywołaliśmy Pana do tablicy?), moja zaczęła się we Wrocławiu, w Teatrze Współczesnym, w którym obejrzałem "Transfer!" Jana Klaty i Sebastiana Majewskiego, "Nakręcaną Pomarańczę", za którymi poszedłem później do Teatru Polskiego, którego zostałem wiernym widzem. Tam zobaczyłem mój pierwszy spektakl Lupy ("Kuszenie cichej Weroniki"), Garbaczewskiego ("Biesy"), Strzępki ("Tęczową Trybunę", przy której miałem szczęście pracować), Barbary Wysockiej ("Szosę Wołokołamską"), Borczucha ("Hans, Dora i Wilk") Nie liczę tych wszystkich godzin, które wysiedziałem na "Sprawie Dantona", "Ziemi Obiecanej", "Utworze o Matce i Ojczyźnie" - jestem sobie w stanie wyobrazić, że to może dla Pana nic nie znaczyć, dla mnie jednak było to absolutnie formujące doświadczenie i tak po prostu boli mnie, jak bardzo lekką ręką Pan i Pańscy koledzy (i koleżanki, nie zapominajmy o Przewodniczącej Zdrojewskiej) robicie wszystko, żeby to, co było we Wrocławiu najcenniejsze, najbardziej wartościowe, zniszczyć.

Nie wiem, czy korzysta Pan z Facebooka. Poza robiącym furorę ogłoszeniem mieszkaniowym Strzępki, można tam też znaleźć fanpage "Czy we Wrocławiu pada?". Otóż, Panie Marszałku, wszystko pada, na łeb, na szyję pada. A Pan jest od tego, żeby Teatr Polski (wraz z pozostałymi osiemnastoma instytucjami kultury w województwie) jednak nie padły. I, przynajmniej jeśli chodzi o Teatr Polski, zupełnie się Pan z tego obowiązku nie wywiązuje. A przynajmniej nie tak, jak trzeba, chociaż wierzę, że ma Pan jak najlepsze intencje. I żeby było to między nami jasne, w 2012 roku też uważałem, że robi Pan to, co uważa za słuszne, tylko nie do końca byłem przekonany, że to, co Pan uważa za słuszne, jest akurat tym, czego potrzeba. No i znowu mam podobne wątpliwości.

Nie wiem, jak często rozmawia Pan z aktorami z Polskiego, ja akurat robię to z pewną regularnością, widujemy się zawsze, gdy jestem we Wrocławiu (tak, ja też się wyprowadziłem, ale nie mam mieszkania do wynajęcia) - są tacy, którzy pracując w jednym z najlepszych teatrów w Polsce mają już dość cyklicznych mobilizacji. Gdyby częściej bywał Pan w Polskim, zapewne zrozumiałby Pan, że swoją codzienną pracą wystawiają temu Teatrowi najlepsze świadectwo. I naprawdę, są lepszymi artystami niż buntownikami. I że Pańskie życzenia z 2012 roku, by "magia sceny teatralnej niezmiennie fascynowała publiczność" sprawdzają się bardziej, niż Pan się spodziewał.

Nie każdy samorząd ma szczęście współorganizować wraz z Ministerstwem Kultury tak dobry teatr. Szkoda tylko, że nie działa to w obie strony, i w ciąż są teatry, które mają większe szczęście do samorządów, ale, jak to się mówi, marszałków się (w wyborach powszechnych) nie wybiera.

Z chęcią dowiem się, co Panu tak bardzo nie odpowiada w sposobie funkcjonowania Teatru Polskiego we Wrocławiu. I dlaczego w dalszym ciągu nie jest Pan, jako Wicemarszałek od kultury, w stanie rozwiązać problemów, z jakimi zmaga się Teatr i musi się uciekać do tak żenujących, słabych i ogranych chwytów, zamiast rzetelnie wywiązywać się ze swoich obowiązków.

PS. Obawiam się, że Strzępka może nie żałować swoich słów. Może natomiast żałować przeprowadzki do Warszawy, ponieważ właśnie skradziono jej wczoraj rower.

PS2. Kto powiedział, że się Pan nie doczeka "Czy pan to będzie czytał na stałe 2"? Jest Pan na najlepszej drodze.

PS3. Mam nadzieję, że nie ma Pan nic przeciwko ukazaniu się tego tekstu publicznie. Krążą słuchy, że nie odpowiada Pan na maile.

Z pozdrowieniami,

Michał Kmiecik