powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czy można zrobić spektakl o katastrofie smoleńskiej?

"Spisek smoleński" Lecha Raczaka w reż. Lecha Raczaka Fundacji Orbis Tertius - Trzeciego Teatru w Poznaniu. Pisze Marta Bryś, członek Komisji Artystycznej XX Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Na temat katastrofy, która wydarzyła się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku każdy ma własne zdanie. Zwykle bardzo kategoryczne. Skrajne poglądy w tej kwestii nie tylko zakończyły przedwcześnie niejedną polską wigilię, ale przede wszystkim doprowadziły do zasadniczego konfliktu i rozłamu w społeczeństwie; w efekcie powstał swoisty impas narracji. Nie da się dziś spójnie opowiedzieć o tamtych wydarzeniach, ale można próbować przyjrzeć się precyzyjne mechanizmom - głównie medialnym - które są za ten impas w znacznym stopniu odpowiedzialne.

Na pierwszym piętrze Klubu pod Minogą w Poznaniu zaaranżowano niewielką sceniczną przestrzeń. Widzowie siedzą na ustawionych pod ścianami krzesłach i zamykają skąpe pole gry w długim prostokącie, na którego środku stoją stoły i kilka krzeseł. W założeniach "Spisku smoleńskiego", nowego spektaklu Lecha Raczaka mamy oglądać "grupę rekonstrukcyjną", która spróbuje odtworzyć zdarzenia sprzed czterech lat, a także to, co działo się później. Po kolei oglądamy więc sam lot, moment katastrofy (całkowite wyciemnienie), rzucanie kwiatów pod krzyż, a także apele Anny Fotygi i Antoniego Macierewicza do amerykańskich kongresmanów.

W rekonstrukcji prowadzonej przez reżysera-Guślarza (Wojciech Siedlecki), już na poziomie narracji uwzględniane są różne teorie spiskowe, jak wysłanie Lecha Wałęsy do stoczni przez SB w celu manipulowania Solidarnością, prośba Tuska do Putina o pomoc w likwidacji prezydenta Kaczyńskiego (rozegrana jako relacja erotyczna między kobietą i mężczyzną), dobijanie ofiar katastrofy przez stronę rosyjską zaraz po wypadku oraz zamontowanie w jarze przed lotniskiem fałszywej radiolatarni. Do połowy spektaklu obowiązuje patos i ton serio - przyciemnione światło, na stolikach obok widzów palą się rozniesione na początku spektaklu znicze, aktorom daleko do parodii czy kabaretowej konwencji. Podobnie wybrzmiewa recytowana przez Guślarza litania wulgaryzmów, które zalały Internet (zarówno w stosunku do PO jak i do PiS-u), zakończona pytaniem "skąd w ludziach tyle nienawiści?". Natomiast czystą ironią przepojona jest chóralna pieśń pasażerów z refrenem "Giniemy, giniemy, za Polskę giniemy z okrzykiem: kurwa mać!" (tak brzmiały ostatnie słowa zarejestrowane przez czarne skrzynki).

Spektakl kończy monolog Guślarza, który poddaje w wątpliwość zamach ze strony rosyjskiej i radzi, by zwrócić uwagę na spisek żydowski, który prawdopodobnie ma w Polsce i na całym świecie bardziej decydujące wpływy. Od strony czysto teatralnej nie sposób odmówić Lechowi Raczakowi znacznej inwencji przy inscenizowaniu kolejnych scen z użyciem ledwie kilku stołów, krzeseł i paru rekwizytów. A także konsekwentnej i precyzyjnej w zmianach tonacji poszczególnych scen gry aktorów: Haliny Chmielarz, Małgorzaty Walas-Antoniello, Wojciecha Siedleckiego, Janusza Stolarskiego i Pawła Stachowczyka.

Już w samym zestawieniu scen składających się na spektakl, zwraca uwagę nagromadzenie elementów narracji romantycznej z całym jej symbolicznym bagażem. Dariusz Kosiński w książce "Rok katastrofy" pisał: "Spór polityczny został zastąpiony przez romantyczny dramat, po raz kolejny inscenizowany nie na teatralnej scenie, lecz na ulicy. Prześledzenie tego złożonego procesu i zobaczenie, jakie były jego efekty, wydaje się wciąż sprawą pierwszorzędnej wagi. Emocjonowaliśmy się tymi wydarzeniami niemal wszyscy, ale czy podjęliśmy wysiłek, by je zrozumieć? Czy wiemy, czy zastanawiamy się, co przeżyliśmy?" Wydaje się, że takie zadanie mogło stanąć przed Spiskiem smoleńskim. Tak się jednak nie dzieje, ponieważ reżyser postanowił - co przyznawał w wywiadach - potraktować bezkrytycznie wiedzę z przekazów medialnych (lewej i prawej strony) jako materiał wyjściowy dramatu, nie zaś jako przedmiot refleksji. Podjął więc próbę spięcia w spektaklu dwóch przeciwstawnych narracji, uwzględnienia ich obu jednocześnie. Rezultat zdaje się od początku przewidywalny: każdy widz, przychodzący na spektakl Raczaka z ugruntowanymi przekonaniami o Smoleńsku, może się w nich tu jedynie utwierdzić.

Doskonale dało się to zauważyć na premierze. Sceny odegrane w podniosłym tonie wzbudzały wyraźną konsternację na sali, za to ironia czy żart kwitowane były nieadekwatnie głośnym śmiechem, co zwracało uwagę nawet bardziej niż działania sceniczne. Wynika to z samej konstrukcji przedstawienia: Raczak nie zastosował żadnych zabezpieczeń chroniących teatralną opowieść przed zbyt łatwym odbiorem: błyskawicznym kwalifikowaniem przez widzów kolejnych sekwencji w kategoriach prawda/fałsz i bezrefleksyjnym opowiadaniem się po jednej ze stron. Czuło się też na premierze nerwowe oczekiwanie, że reżyser sam wreszcie zajmie jednoznaczne stanowisko; jego brak był chyba dla wielu rozczarowaniem. Choć tak naprawdę trudno jest mieć jakiekolwiek wątpliwości co do stanowiska Raczaka, oglądając choćby ironiczną, wspominaną już scenę erotycznego zbliżenia między Tuskiem i Putinem.

Spodziewano się prowokacji, tymczasem okazało się, że prowokacyjność przedstawienia sprowadza się do samego podjęcia tematu - nie do tkwiącego w nim krytycznego potencjału. Lech Raczak nie poszedł w stronę, która wydawała się najoczywistsza, nie zajął się analizą i "rozbrajaniem" dyskursu medialnego - a to przecież dałoby mu szansę zadawania istotnych pytań o katastrofę bez upraszczającego opowiadania się po którejkolwiek ze stron. We wspomnianej książce Dariusz Kosiński uznał całkowite zrównanie tego, co publiczne (funkcji politycznych ofiar) z tym, co prywatne (więzi rodzinne) i przenoszenie decyzji intymnych do kategorii gestów politycznych, za jeden z najistotniejszych aspektów medialnej narracji smoleńskiej.

Twórca "Spisku smoleńskiego" wolał jednak pozostać w świecie romantycznej symboliki z jednej strony, a z drugiej - naiwnej dosłowności. W jednym z wywiadów mówił: "Żałoba powinna trwać rok, potem zaczyna popadać się w manię". Naprawdę trudno uwierzyć, że świadomy obserwator zdarzeń z 2010 roku i późniejszej medialnej wojny do tego stopnia nie dostrzega manipulacji, wypowiadając takie zdanie na poważnie.

W końcu okazało się, że przedstawienie abstrahujące od konfliktu mediów i usiłujące łączyć przeciwstawne narracje, samo się w ten konflikt wpisuje, włącznie z manifestacjami przed Klubem pod Minogą atakującymi spektakl i wchodzących do klubu widzów, oraz ze złożonym już w prokuraturze zawiadomieniem o przestępstwie.