powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Życiowstręt

Umiejętne balansowanie na granicy etyki i estetyki - o spektaklu "Historii brzydoty" w reż. Anny Piotrowskiej we Wrocławskim Teatrze Pantomimy pisze Mateusz Węgrzyn.

Jak mimo fetyszyzacji ciała i utopijności mody opowiedzieć w teatrze o brzydocie? Z jednej strony zbytnia uniwersalność, powtarzanie oczywistości, z drugiej zaś - banalizacja wywołana dosłownością. Annie Piotrowskiej w "Historii brzydoty" udało się uniknąć tych skrajności - ewokując w pantomimie i tańcu podstawowe dylematy artystyczne i egzystencjalne, umiejętnie balansuje na granicy między etyką i estetyką. Im dalej w spektakl, tym bardziej ta granica się zaciera.

Na scenę wychodzi z widowni pięć aktorek trzymających w rękach białe, metalowe krzesła. Zajmują miejsca na dużym kwadracie wyznaczonym dyskotekowymi diodami. Na przodzie znajduje się biała, szpitalna waga. W tyle umieszczono białą szafkę na lekarstwa. Po bokach zaś stoi kilkanaście reflektorów, jakby wypożyczonych z fotograficznego studia czy modowego wybiegu. I to już właściwie wszystkie elementy ascetycznej scenografii zaplanowanej na Scenie na Świebodzkim. Oprawę plastyczną ograniczoną do minimum dopełniają jednolite kostiumy - granatowe spódnice, półprzezroczyste bluzki i czarne buty to jakby naturalne uniformy w teatralnym krajobrazie wyobcowania, choroby i walki (przede wszystkim z samym sobą).

"Historia brzydoty" powstała nie na podstawie, ale tylko z inspiracji dziełem Umberta Eco o tym samym tytule. Tomiszcze omawiające rozmaite problemy estetyki jest bardzo niescenicznym wykładem popularnonaukowym. Wydaje się jednak, że dla twórców spektaklu ważne były trzy podstawowe konstatacje Eco. Po pierwsze, że na przestrzeni wieków w brzydocie również szukano piękna, że nierzadko czyniono ją obiektem kultu zwyrodniałego i nieświadomie komicznego. Po drugie, że pojęcia piękna i brzydoty zawsze zależne są od konkretnej kultury, czasu, miejsca i specyficznego modelu społecznego. Po trzecie, że należy odróżniać trzy rodzaje brzydoty: brzydotę jako taką, brzydotę formalną (porażki w sztuce, brak talentu) oraz artystyczne przedstawienia dwóch wcześniejszych. Piotrowska za pomocą pantomimy, tańca, gestu, śpiewu i mimiki bada ostatni rodzaj. Na scenie nie ukazują się naturalistyczne obrazy brzydoty czy anoreksji, wszystko pozostaje w sferze upoetyzowanego ruchu wyrażającego precyzyjnie całą sferę emocji i stanów związanych z obrazowanymi problemami: lęk, strach, radość, rezygnację, samotność i w końcu depresję.

Spektakl składa się z wielu afabularnych epizodów i etiud, które budują chropowatą, niespójną opowieść o autodestrukcji fizycznej i psychicznej, jadłowstręcie szybko przechodzącym w życiowstręt. Pięć postaci: Anaza (Izabela Cześniewicz), Anasza (Agnieszka Dziewa), Anaria (Maria Grzegorowska), Anagi (Agnieszka Kulińska), Anakha (Monika Rostecka) symbolicznie wpada w trans spowodowany uwielbieniem Any - bogini anoreksji, liczenia, kalorii i zanikania. W rytm pulsacyjnej, ambientowej muzyki Michała Mackiewicza rozgrywa się wiele scen zbiorowych (między innymi powtarzający się kilkakrotnie "uwolniony" taniec). W ich kompozycji przeważają dobrze skoordynowane układy asynchroniczne, celowo asymetryczne - założeniem wszak była sytuacyjność, nie zaś linearne opowiedzenie historii. Brakuje jednak płynności przejść pomiędzy scenami. Od reszty odstają też te momenty, w których sztampowo wykorzystano pewne detale, takie jak diamentowy mikrofon czy białe piórka sypiące się z góry na wagę. Śpiew ("I belive I can fly") nie ma w spektaklu tej siły rażenia, co epizody dziejące się w milczeniu. Mocniej przemawia bowiem dramat niemożności i braku rozgrywany z ustami zaklejonymi białym plastrem czy groteska samooszukiwania się, trenowanego w lateksowych rękawiczkach co rusz wyciąganych z szafki na leki. Upiorną manię natręctw trafnie obrazują początkowe sceny asekuracyjnego ważenia samych krzeseł, któremu towarzyszy przeraźliwy zgrzyt starej wagi oraz pantomima anorektycznego jedzenia (kompulsywne pożeranie kolejnych kęsów powietrza). W tym świecie wszystkie postaci cechuje wytresowana wyniosłość i swoisty autofaszyzm. Skrywają dojmująca potrzebę bliskości i ciepła, która brutalnie zderza się z niemal rytualnym umartwianiem ciała. Wyniszcza je łapczywość uczuć, a także żarłoczność kontaktów i konkurencji z innymi (w jednej scenie wszystkie pantomimicznie pożerają, kąsają jedną ze swoich), a mimo wszystko zwycięża w nich zwierzęcy instynkt przetrwania.

Patron Wrocławskiego Teatru Pantomimy Henryk Tomaszewski powiedział kiedyś: "Zawsze jednak człowiek w pantomimie pozostanie dla mnie tym jakimś trochę dzieckiem, tą jakby istotą trochę naiwną... To jest chyba podstawa myślenia pantomimicznego". Ten fenomen wynika nie tylko z ograniczenia słowa i intelektualnych popisów. Chodzi zwłaszcza o czystość plastyki ruchu, wizualne pobudzanie wyobraźni i bezinteresowne ukazywanie pełni człowieczeństwa w harmonii ciała i duszy. Piotrowska próbowała nawiązać do tej bogatej tradycji i rzeczywiście w kilku scenach wyraźnie wybrzmiewa pantomimiczna magia.

Niektórzy recenzenci - z właściwym sobie i godnym bardziej przyziemnej sprawy zapałem - wyrażając bardzo pozytywną ocenę, podkreślali "piękno" występujących w "Historii brzydoty" aktorek. Na tym prozaicznym przykładzie widać dobrze jak w powierzchownym pojmowaniu sztuki miesza się pojęcia etyki i estetyki - zazwyczaj to, co piękne jest uznawane za dobre, bo przynosi estetyczną przyjemność. Jakże zgubne jest to rozpoznanie w teatrze, a zwłaszcza w teatrze pantomimy. W spektaklu o psychicznej i cielesnej brzydocie występowały kobiety, których uroda odpowiadała powszechnym kanonom piękna. Kanony te jednak są zawsze zdeterminowane, zależą od pewnych archetypów estetycznych i religijnych oraz medialnie sterowanych konwenansów. Być może kobiety szczupłe, wysokie, skąpo ubrane i z włosami krótkimi lub upiętymi nie byłyby uznawane za piękności w kulturze Eskimosów czy środokowoafrykańskich plemion? Czy teatr pantomimy niewyrażalność słowną musi zastępować "pięknym" ciałem? Szybko można zauważyć, że dalsze rozważanie tych kwestii kieruje w stronę absurdu i niechybnie zastawia na widza "estetyczno-etyczną pułapkę". Subtelnie chwyta w nią także "Historia brzydoty" Piotrowskiej i na szczęście nie oferuje łatwego wyjścia.