powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Rozpoznanie walką

Mam nadzieję, że projekt Szkoły Filmowej w Łodzi zapoczątkuje serię kolejnych słuchowisk "na zaliczenie". W świecie radia akademicka szlachetność, jaka cechowała wyczulone frazy Holoubka czy Zapasiewicza powoli odchodzi - Janusz Łastowiecki o słuchowisku "Filip w reż. Krzysztofa Czeczota, warsztacie radiowym studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej.

"Filip" to już drugie słuchowisko, które Krzysztof Czeczot realizuje na podstawie tekstów Leopolda Tyrmanda. Kilka miesięcy temu zdobywca PRIX EUROPA zrealizował w Polskim Radiu Koszalin "Siedem dalekich rejsów" z Agnieszką Więdłochą i Łukaszem Garlickim. Tym razem swój teatr radia wyreżyserował ze studentami Wydziału Aktorskiego Łódzkiej Szkoły Filmowej. "Filip" to studenckie zaliczenie, które Czeczot nadzorował nie tylko artystycznie, ale i pedagogicznie. To pierwszy dyplom szkolny w dziedzinie sztuki aktorskiej o takim właśnie, radiowym charakterze. Reżyser miał podwójne zadanie: ogarnąć tłum aktorów i wypracować z nimi spójną, logiczną konstrukcję dźwiękową.

Po pierwsze, chciałbym się poskarżyć. Twórca wpuścił mnie w maliny. Słuchałem dwuczęściowego słuchowiska na słuchawkach, w ciemności i absolutnym skupieniu. Wysłuchałem pierwszej części, z większą intensywnością drugiej... i nie zauważyłem, że tytułową postać odtwarza kilku aktorów (jak się wkrótce okazało, nie tylko tytułową). Dopiero przy drugim odsłuchu zwróciłem na to większą uwagę. Na głośnikach można już to było wyczuć. Nic to. Odbiorcza skleroza oznaczać może tylko, że fabuła została przez Czeczota przepracowana. Na początku byłem trochę skonsternowany szybkością, z jaką pędziłem przez sceny i nie rozpoznawane przez siebie postacie. Dopiero później, wątki zaczęły mi się układać w całościową klamrę. Druga część to już podróż bez mrugnięcia oka. Bo i słuchowisko wciąga.

"Filip" Tyrmanda to opowieść o losach żydowskiego imigranta, który pracuje jako kelner w hotelowej restauracji na terenie Francji. Historia młodego mężczyzny wiedzie słuchacza przez kolejne losowe wypadki: romans z Niemką, szantaż Polki, życie w ciągłym podejrzeniu. Wreszcie jednak Filip spotyka na swojej drodze uczucie niecodzienne, które całkowicie zmienia jego francuskie dni. Zakochuje się w Heli, córce wojskowego sztabowca Reichswery. Nie jest to jednak uczucie, które ułoży się dla każdej ze stron w happy end. To dygatowska miłość, nierozpoznana do końca z finalnym, ironicznym wydźwiękiem Hłaski, z zaprzepaszczoną nadzieją na miłosny cud (choć pewne światło się przy końcu pojawia, zdradzić jednak nie śmiem).

Czeczot zaprosił do współpracy doświadczonych twórców radiowych: realizatora dźwięku Wawrzyńca Szwaję (to jest ich trzeci wspólny projekt radiowy), kompozytora i teoretyka muzyki Stanisława Leszczyńskiego, a także młodych muzyków z grupy NeoKlez, a przede wszystkim - nierozpoznawalnych, reprezentujących świeżą krew aktorską, studentów Łódzkiej Filmówki. Już w latach 30. Witold Hulewicz pisał o potrzebie aktorskiego kształcenia radiowego, doskonalenia się w dziedzinie wysokich napięć mikrofonowych, gdzie za każdym wypowiedzianym słowem kryje się gęsty, radiowy świat. Realizację takiej ścieżki szkoleniowej znaleźliśmy dopiero 80 lat później. Nie sposób wymienić całej obsady tego spektaklu. Jest ona niewspółmiernie duża do ilości postaci przewijających się przez słuchowisko. Tak, jak wspomniałem, każdy z tych młodych artystów musiał w tym spektaklu zaistnieć. Każdy na swój sposób, w swojej mocy, wcielił się w postać Filipa, Piotra, Heli czy Blanki. Po pierwszym "rozpoznaniu" słuchowiska nie rozkodowałem kolejno tych głosów. Dopiero przy kolejnym spotkaniu z "Filipem" postacie ukazały mi swoją heterogeniczność, złożoność warsztatowej skali.

Wszystkie "młode głosy" poznałem w tym słuchowisku w otoczeniu niecodziennej muzyki NeoKlez. Można powiedzieć, że oprawa muzyczna to dusza Filipa, która tak głęboko chroni swoje pochodzenie w zdehumanizowanym świecie nazistowskiej traumy. Muzyka to żydowski znak wodny pod tekstem spektaklu, który historię przemyca jedynie w półtonach, nie siląc się na dziejowe rozrachunki krzywd i ran. Szwaja z Czeczotem dali muzyce sporo przestrzeni. Nie zamknęli jej w sztywnych ramach dialogowych i psychologicznych. Pozwolili jej płynąć, dopowiadać i dookreślać niepewny los młodych bohaterów spektaklu. Szczególnie w głowie utkwił mi utwór "Tribute to Leon Blanc", który znajdziemy na płycie "Pięć stron świata" NeoKlez. Jest w nim ześrodkowany świat Filipa, którego niepewność rozświetla zagadka Heli.

Plejada radiowych głosów jest szeroka. Wśród największych gwiazd polskiego słuchowiska znajdziemy różne typy. Są aktorzy - lektorzy (Andrzej Ferenc). Są cholerycy (Marian Opania), flegmatycy (Ewa Ziętek), nadwrażliwi szaleńcy (Adam Woronowicz), melancholicy (Andrzej Chyra). Nie sposób zrealizować tego samego słuchowiska w "złożeniu" jednego bohatera z kilku różnych głosów. "Filip" przy pierwszym, bezkrytycznym odsłuchu (jak mawiali formaliści amerykańscy: pozaracjonalnym) płynnie opowiada kolejne losy żydowskiego kelnera. Drugie rozpoznanie spektaklu to poszukiwanie różnic, drobiazgowe czyhanie na pułapki głosów. Jestem przeciwnikiem wyłącznie radiowego przeznaczenia słuchowisk. Wiele wrażeń i zagadek umyka jednorazowemu odsłuchowi. Dochodzi do tego jakość odsłuchu, która poprzez radio jest niepełna, skonwertowana, nisko-amplitudowa i przesterowana. Dzięki inicjatywie łódzkiej filmówki odbiór był precyzyjny. Słuchacze przybyli do teatru radiowego mogli ułożyć się wygodnie na leżakach i wysłuchać spektaklu w wysokiej jakości.

Słuchowisko jest podzielone na takie "mini-akty". Każdy z nich sygnalizowany jest słowami: "Nazywam się Filip Vincel". Każdy "part" reprezentuje inny aktor. To, co w pierwszym odsłuchu mi umknęło, w drugim zastanowiło. Każdy Filip jest inny, każdy jest podyktowany inną osobowością. Równie różne są "Hele". Ciężko mi zrekonstruować, w której konfiguracji aktorskiej ten duet wybrzmiał najczulej. Zaryzykuję jednak. Hela z drugiej części słuchowiska jest już znacznie bardziej intrygująca, a Filip ironiczny i coraz bardziej świadomy gry, jaką toczy ze światem dookoła. Być może w jednej parze spotkali się najwierniejsi sobie zakochani, których głosy ułożyły się w harmonijną partyturę. Trzeba by wziąć pod uwagę kilka aspektów: emocja dominująca, okoliczności, stopień zażyłości Filipa i Heli. W moim odczuciu najtrudniejsze zadanie mieli pierwsi aktorzy, którzy mieli zanęcić słuchaczy, zatrzymać przy głośnikach i zaprosić do podróży przez hotelowe lata wojennej niewoli. Głosy Filipa i Heli skutecznie odciągnęły historię na drugie dno, wysuwając na pierwszy plan niepewność, zagubienie i szukanie siebie po omacku. Druga część Filipa to empatyczne mistrzostwo. Empatyczne, podsycone przez kompozycje Leszczyńskiego, jest słuchanie, interpretacja każdego wahnięcia głosu Heli. Czas na dialogowego faworyta. Najpiękniejszy i najbardziej tajemniczy głos Heli przynosi jedna z początkowych scen części drugiej. Jest w słuchowisku scena, w której Filip dzwoni po Helę i spotykają się koło Instytutu, w którym ona pracuje. To największe aktorskie odkrycie tego słuchowiska. Gra jej i jego jest niewymuszona, pełna delikatnej młodzieńczości. Największa sztuka to sprawić, by słuchacz sam układał w głowie niewypowiedziane słowa. W dialogu, w którym każde z nich tak bardzo boi się i pragnie jednocześnie siebie, szukam słów, które chciałbym, by zostały wypowiedziane. Prosty zaśpiew w głosie Heli działa jak eliksir, zakochuje słuchacza w nienamacalnej twarzy. Scena bardzo plastyczna, pełna imaginacji i gry na najwyższych obrotach psychologicznych. Niedługo później jest scena, w której inny Filip dzwoni do innej Heli z pretensjami, że ta spotyka się ponoć z innym. I tutaj magia radia już nie zadziałała. Zbyt mocno została we mnie wcześniejsza scena. W jednej z ostatnich scen słuchowiska, mamy do czynienia z dojrzałą Helą i pełnym goryczy Filipem.

Z dramaturgicznego punktu widzenia taka zmiana jest logiczna, ale między tymi głosami nie ma już chemii. Te zmiany jednak nie mają już decydującego znaczenia na atrakcyjność fabularną spektaklu. Ciekawość z minuty na minutę rośnie, emocje dochodzą do zenitu. Wreszcie: finał. Bez happy endu. Z zaskoczeniem. Przecież ostatnim głosem, jaki spotykamy w słuchowisku to Blanca, nie Hela.

Mam nadzieję, że projekt Szkoły Filmowej w Łodzi zapoczątkuje serię kolejnych słuchowisk "na zaliczenie". W świecie radia akademicka szlachetność, jaka cechowała wyczulone frazy Holoubka czy Zapasiewicza powoli odchodzi. Do radia chcą zawitać młodzi, naturalni aktorzy. Nie znaczy to, że kończy się era wysokich artystycznych tonów. Artyzm wyznaczać dziś musi świeżość, zaskoczenie, autentyzm i ryzyko. W teatrze radia trzeba przekraczać granice, nigdy nie można powiedzieć sobie: jest idealnie. Trzeba prowadzić uparte rozpoznanie walką. W kolejce do mikrofonu czekają bowiem pokaźne szeregi debiutantów (aktorów, ale i reżyserów, muzyków, realizatorów akustycznych). Czekam przede wszystkim na ich premiery w Teatrze Polskiego Radia.