Kabaret warszawski: Show must go on

"Kabaret warszawski" w reż. Krzysztofa Warlikowskiego, Teatr Nowy z Warszawy na Festiwalu Boska Komedia w Krakowie. Pisze Łukasz Badula w portalu kulturaonline.

«Nie przyjechał, dali Grand Prix. Przyjechał - nie dali. Pojawienie się Krzysztofa Warlikowskiego na Boskiej Komedii, miało w sobie coś nobilitującego. Przynajmniej w kontekście festiwalowego konkursu, gdzie ścigały się "młodsze" roczniki reżyserów. Warlikowski to przecież zjawisko, instytucja, marka - natychmiast podnosząca prestiż danej imprezy. Tak rok temu, gdy królowały "Opowieści afrykańskie", tak i teraz, kiedy pod Wawel zawitał "Kabaret warszawski". A zawitał z osobistą asystą reżysera. Można było się spodziewać, iż po ubiegłorocznym Grand Prix, kolejną nagrodę Warlikowski ma w kieszeni. Na korzyść przemawiały entuzjastyczne recenzje nad Sekwaną, wysokie walory produkcyjne oraz chodząca jak w zegarku obsada. "Kabaret warszawski" był wręcz skazany na festiwalowy sukces. Tymczasem nie otrzymał nawet jednej statuetki. Słusznie? Po części tak. "Kabaret warszawski", przy całej bizantyjskiej wystawności, jest bowiem sztuką wewnętrznie pękniętą. I nijak nie chce się w głowie odbiorcy zrosnąć.

.html

Maciej Stuhr i Maja Ostaszewska/fot. Magda Hueckel - mat. prasowe - Boska Komedia Przystępując do krytyki mistrza, warto zaznaczyć, iż uczucie zawodu nie wiąże się tutaj z jakimś scenicznym blamażem. Nie ma mowy o krzykach "król jest nagi" i odsyłaniem reżysera do lamusa. "Kabaret warszawski" jest tradycyjnie kompozycją monumentalną. Spisywaną przez Piotra Gruszczyńskiego na podstawie rozmaitych źródeł, co na scenie przynosi duże zróżnicowanie środków wyrazu. Warlikowski balansuje zatem między kiczem a tragedią, monodramem a recitalem, karaoke a baletem, fikcją a "tu i teraz". I jeśli zachowuje równowagę, to głównie dzięki samodyscyplinie obsady.

Od emanującej seksapilem, ale i pijacką wulgarnością Magdaleny Cieleckiej nie można wprost oderwać oczu. Aktorka po prostu rozsadza sceniczną postać międzywojennej szansonistki - Sally Bowles. Jest jednocześnie Marleną Dietrich i Niną Hagen; uosobieniem erotycznych fantazji i wulkanem punkowej energii. Warlikowski kontruje jej ekspansję bardziej wyważoną emocjonalnie (choć skrywającą swoje traumy) rolą Andrzeja Chyry. Jak można się spodziewać, między obojgiem iskrzy, aż miło. Innym trafionym, choć zaskakującym duetem, jest Stanisława Celińska zwierająca szyki z Redbadem Klijnstrem . Przekomiczne spotkanie herod- baby z kruchym nadwrażliwcem. Podziw kondycją i charyzmą budzi znowu doskonała Magdalena Popławska. Trudno nie uśmiechnąć się na widok Zygmunta Malanowicza w roli sędziwego konferansjera. Są aczkolwiek w "Kabarecie warszawskim" i kreacje chybione. Maja Ostaszewska sama nie wie, czy pociągnąć postać pani seksuolog grubą serialową kreską czy wejść na pułap natchnionej transgresji. Maciej Stuhr to tutaj tylko dalekie echo kreacji z "Aniołów w Ameryce". No i jest Jacek Poniedziałek. Najpierw odgrywający transgeniczną solistkę, a potem puszczony przez Warlikowskiego "do ludzi". Chyba tylko po to, by dowcipnie burzył czwartą ścianę. W finale działa jednak na nerwy, a nie przeponę.

Nie wiadomo, czy za wspomniane kiksy nie winić samego scenariusza. Bo "Kabaret warszawski" w zakresie treści jest jak jabłko o nadgniłej połówce. Smakuje do momentu, gdy trafi się na gorszą część. I apetyt natychmiast mija.

"Kabaret warszawski" miał zadatki na brawurowe widowisko. Pierwsza część spektaklu to bowiem Warlikowski dla mas. Komunikatywny, przewrotny, dowcipny. Stosujący bardzo zwarty przekaz, który nie wypiera się estradowego blichtru. Widowisko, gdzie od dialogów bardziej liczy się mocno wystylizowana warstwa piosenkowa. Na scenie aktorom towarzyszy zresztą grający na żywo zespół muzyczny. Zgodne to z duchem epoki wskrzeszanej na scenie. Republiki Weimarskiej, jaką pokazał "Kabaret" Boba Fosse - jedna z najważniejszych dla Warlikowskiego inspiracji.

Widz zostaje wrzucony do krainy wydestylowanej rozrywki, pełnej błyszczących kostiumów i chwytliwych melodii. Krainy, gdzie za każdym rogiem czai się jednak widmo faszystowskiego terroru. Sugerowane nader subtelnie. Jeśli nie między wersami kabaretowych numerów (znakomite "judaistyczne disco" Klijnstra), to w dysputach nowej niemieckiej elity. Z Wagnerem jako symbolem nadciągającej opresji. I antysemityzmem, celebrowanym niczym najwyższa manifestacja tożsamości narodowej.

.html

Na pierwszym planie - Stanisława Celińska/ fot. Magda Hueckel - mat. prasowe - Boska Komedia Weimarską opowieść Warlikowski zaczyna do komediowej nauki angielskiego (ten brytyjski akcent Chyry!), a wieńczy obrazem rozkładanej papierami swastyki. Choć temat narodzin dyktatury był wielokrotnie podejmowany (choćby "Zmierzch bogów"), reżyserowi udaje się wyjść poza historyczne uwarunkowania. Warlikowski prostymi środkami przekonuje widzów do uniwersalizmu mechanizmów dziejowych. Tyle, że kabaretowa lekcja nie służy tym razem ani narracji o Holokauście, ani też kulturowej katastrofie. W kontekście II części spektaklu, przedwojenny Berlin jawi się bowiem przestrzenią stopniowo wyzwalanej seksualności. Wyzwalanej w spazmach, choć bez zachowania monogamicznych i heteroseksualnych rygorów. Wątek szukającej podniet homoseksualnej pary to jeden z głównych wątków II części sztuki. Rozgrywanej już w Nowym Jorku.

To, co w przedwojennym Berlinie dopiero wychodziło na wierzch, w nowojorskiej metropolii staje się wspólnotowym doświadczeniem. Drugą część "Kabaretu warszawskiego" Warlikowski poświęca mianowicie... poszukiwaniom orgazmu i seksualnej autoterapii. Akurat w okresie ataku na World Trade Center. Dobierając do weimarskiego krajobrazu nowojorskie zwierciadło, reżyser zastawia jednak na siebie pułapkę. O ile seksualne neurozy hitleryzmu można rozgrywać na wielu płaszczyznach, to swingersi z Wielkiego Jabłka są zagadnieniem niezbyt nośnym. Przynajmniej w teatrze, gdzie ciężko markować kopulacyjne konfiguracje. O dziwo, Warlikowski brnie chwilami w ową ślepą uliczkę. Pojawiają się zatem "translacje" aktów seksualnych na sceniczny ruch. Budzące skrajne odczucia. "Zapasy" w szklanej budce to mała baletowa perełka, co jest głównie zasługą francuskiego choreografa Claude Bardouila. Ale już "szczytowanie" granego przez Stuhra homoseksualisty do słów pieśni "Hallelujah" wypada żałośnie. Mimo iż to chyba pierwsze tak akuratne użycie słów przeboju Leonarda Cohena. Odpowiadające jego oryginalnemu przesłaniu, które bynajmniej nie dotyczy sfery religijnej.

Różnica w bazowym materiale obu części spektaklu jest uderzająca. Historii weimarskiej towarzyszy tragikomiczny Fosse, ale i równie sugestywna powieść Christophera Isherwooda. Tymczasem nowojorską odsłonę "Kabaretu" ma obsłużyć głównie "Shortbus". Film Johna C. Mitchella, opierający się na dosłownych i niesymulowanych sekwencjach grupowego seksu. Kino artystyczne, które używa pornografi jako narzędzia artystycznego wyrazu. Warlikowski dokonując wspomnianych "translacji", rozmydla ostrą wymowę oryginału. Szukając niby głębokich podtekstów wolnościowych i egzystencjalnych, ale ostatecznie lądując w monologach m.in. o zaspokajaniu się drewnianym fallusem.

Warlikowskiemu wciąż nie można odmówić wielkich ambicji. Kłopot z "Kabaretem warszawskim" nie bierze się zresztą tylko z tematyki II części spektaklu. Nowojorska odsłona wydaje się zwyczajnie pozbawiona wcześniejszego kopa. Warlikowski marnuje czas na pretensjonalne dialogi i czysto happeningowe grepsy. Najgorsze, że te sceniczne wygibasy trącą przewidywalnością i wtórnością. Łącznie z końcowym rytuałem oczyszczenia. W "Opowieściach afrykańskich" była salsa, w "Kabarecie" są gospelowe pląsy wokół otwartej trumny i kąpiel w brokacie.

.html

Bardouill i Hajewska- Krzysztofik inscenizują atak na WTC/fot. Magda Hueckel - mat. prasowe - Boska Komedia Brokat sypie się tu jeszcze wcześniej. Podczas najbardziej dyskusyjnej sekwencji spektaklu. Inscenizację ataku na World Trade Center, Warlikowski powierzył wspomnianemu choreografowi z Francji. Bardouil wspólnie z Małgorzatą Hajewską-Krzysztofik fundują publiczności mały horror. Przy wydatnej pomocy muzyki Radiohead i kłębów dymu. Z jednej strony - nabierające nowego znaczenia utwory z albumu "Kid A", z drugiej - dosłowna choreografia, imitująca zachowania uwięzionych w wieżach WTC Nowojorczyków (m.in. skakanie z okien). Aż brokat zaczyna lecieć z sufitu.

Wyprawa do Strefy Zero uświadamia, iż u Warlikowskiego wciąż istnieje miejsce na teatr niewerbalny, transowy, wizyjny. To zarazem jedyny epizod II części spektaklu, który niesie ze sobą motorykę o skali porównywalnej z weimarską retrospekcją. Takie światełko w coraz ciemniejszym tunelu. Nie da się bowiem ukryć, iż końcówka 5-godzinnego spektaklu dłuży się niemiłosiernie. Fraternizacja swingersów palących jointy i ich harce nad trumną świadczą niechybnie o rosnącej bezradności reżysera.

Show must go on - mówi pod koniec spektaklu Poniedziałek. No tak, przedstawienie musi trwać. Choćby siłą rozpędu. Wyćwiczona obsada podoła najboleśniejszym przewrotkom. A owacje będą szczere. Bo Warlikowski to jest nasz nieostatni. Oby znowu za rok na Boskiej Komedii. We własnej osobie. Na wypadek, gdyby jednak dali Grand Prix.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego