powiększwersja do drukupoleć znajomemu

O dziobach i pazurach

"Dziób w dziób" Maliny Prześlugi w reż. Zbigniewa Lisowskiego w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu. Pisze Joanna Ostrowska, członek Komisji Artystycznej XX Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Oglądając ostatnio wiele wytworów polskich scen doszłam do wniosku, że przedstawienia dla dzieci są statystycznie lepsze i mądrzejsze niż te zrobione dla widza dorosłego. Nie potrafię jednoznacznie powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Może teatrem dla dzieci zainteresowali się... hmm... twórcy, którzy bardziej koncentrują się na widzu-odbiorcy, niż na własnej twórczości? Tacy, którzy wzięli sobie do serca to, co mówił Jan Dorman: że teatr dla dzieci trzeba robić tak samo, jak dla dorosłych, tylko lepiej?

"Dziób w dziób" Maliny Prześlugi, dramat, którego prapremierę przygotował w toruńskim teatrze Baj Pomorski jego dyrektor Zbigniew Lisowski, to jeden z wielu ostatnio spektakli, które w mało dydaktycznej (a przez to atrakcyjnej) formie podejmują wysiłek kształtowania postaw młodego widza, a moim zdaniem dobrze zrobiony teatr świetnie się w tej roli spełnia. Forma - zarówno tekst, jak inscenizacja - jest tu sprawnym wehikułem do przeniesienia istotnych treści. Przeniesienie to dokonuje się, co ważne, w sposób inteligentny, mądry, a chwilami zabawny.

Historia zaprezentowana na scenie wydaje się na początku prosta, wraz z rozwojem akcji okazuje się, że jednak taka prosta nie jest. Oto gdzieś na osiedlowym dachu poznajemy grupę gołębi: trzech chłopaków (Zbigniew - Mariusz Wójtowicz, Heniek - Krzysztof Grzęda, Stefan - Andrzej Korkuz) i dziewczynę (gołębica Mariola - Dominika Miękus), choć sądząc po ich zachowaniu one same lepiej widziałyby się w roli jastrzębi. Są głupio-zadziorne, demonstrują bojowe nastawienie wobec świata oraz silną potrzebę identyfikacji w grupie. Jeden z gołębi, Janusz (Jacek Pysiak) gdzieś się zawieruszył, reszta jest przekonana, że pożarła go kotka. Planują więc na niej krwawą zemstę: nalot z użyciem bomb-odchodów. W tę sytuację wkracza młody wróbelek Przemek (Krzysztof Parda), z jakiegoś - jeszcze nieznanego nam powodu - odsunięty od własnego stada. Jest trochę nieporadny, naiwnie szczery i otwarty; toczy nieustannie dziwne rozmowy z niewidzialnym braciszkiem. To idealny kandydat na ofiarę, lub przynajmniej "tego obcego", choć ewidentnie bardzo mu zależy, aby jednak przynależeć do jakiejś grupy, nawet do takiej bandy mocarnych łobuzów. Wciągnięty w sprawę rzekomego zabójstwa Janusza, usilnie namawia gołębie do wyjaśnienia, jak to było naprawdę, jeszcze zanim ruszy mechanizm zemsty. Pojawia się też na scenie inkryminowana kotka imieniem Dolores (Edyta Łukaszewicz-Lisowska). Między tymi postaciami rozegra się będzie cała historia, pełna możliwych do przewidzenia (bo logicznie przeprowadzonych i dobrze uzasadnionych, więc to nie zarzut) zwrotów akcji. Fabuła rozwiąże się w sposób nieoczekiwanie-wyczekiwany - okaże się, że Janusz zwyczajnie poleciał na wakacje (parę ulic dalej, na zaplecze piekarni), tylko gołębie o tym zapomniały.

Spektakl grany jest w prostej scenografii Dariusza Panasa (biały fragment ściany budynku sugeruje, gdzie toczy się akcja) i głównie w żywym planie. Kotkę ubrano w zwykły czarny trykot owinięty czerwonymi paskami (prywatną uciechę sprawiała mi jej fryzura; identyczną nosiła autorka dramatu w studenckich czasach). Gołębie miały wokół ust rozsmarowaną niebieską szminkę delikatnie sugerującą ptasie ubarwienie, a ubrane były nie tyle "po ptasiemu", co "po dresiarsku". Lalki w przypadku gołębi były raczej dodatkiem: tych druciano-pierzastych obiektów z początku, kiedy stały na przedzie sceny w ogóle nie zidentyfikowałam w funkcji ptaków. Co innego z kotką: świetną, gigantyczną, czarno-czerwoną lalką, zjeżdżającej znad sceny i prowadzoną przez kilkoro animatorów. Sama wielkość stworzenia i jego "demoniczne" kolory przesądzały o jego fizycznej przewadze nad ptactwem.

W gołębiach łatwo dało się rozpoznać grupę skinów/narodowców/kiboli, którzy trzęsą osiedlem i dzielą wszystkich wokół na swoich ("kto nie skacze, ten nie gołąb") i obcych. Teatr "narysował" tę grupę nie tylko słowami dramatu, lecz przede wszystkim całym szeregiem dobrze podpatrzonych gestów, postaw ciała, zachowań znanych z ulic (i mediów), charakterystycznych odruchów i reakcji. Oczywiście wypadło to komicznie, ale w żadnym momencie kpina nie posunęła się tak daleko, by czynić postacie godnymi pogardy. Postawa gołębi była piętnowana, ale ich samych nie mieszano z błotem. To rozróżnienie kapitalne we współczesnej myśli pedagogicznej i psychologicznej: potępiać czyn, nie człowieka. Dzięki takiemu prowadzeniu postaci wiarygodna była końcowa przemiana bohaterów. Poszczególni członkowie bandy powoli, pojedynczo przechodzili na "dobrą stronę", gdy zarysowała się odpowiednio silna alternatywa wobec dotychczasowego modelu działania. To reprezentowana przez wróbelka trochę naiwna, ale bardzo konsekwentna osobista uczciwość, odwaga w dążeniu do prawdy i nie poprzestawaniu na "grupowych" hasłach, wyzwoliła w gołębicy Marioli siłę do przeciwstawienia się dotychczasowemu przywództwu, opartemu na sloganach o wielkości i wyjątkowości gołębi. To bardzo mądrze, logicznie, prawdopodobnie przeprowadzona opowieść.

I znakomita lekcja dla dzieci - w wielu wymiarach. W pewnej chwili wyjaśnia się, że wróbel Przemek ma głębokie poczucie winy, bo wykluwając się z jajka niechcący wyrzucił swojego braciszka z gniazda. Wszystkie jego dzisiejsze pozytywne działania mają w tle tamto zdarzenie. Jego postać może pomóc dzieciom z uporaniem się z ich własnymi przewinami wydarzającymi się "niechcący". Czymże bowiem jest wylanie "niechcący" wody z wanny wobec wypchnięcia "niechcący" z gniazda braciszka? Młodzi widzowie dostają wyraźny dowód na to, że różne rzeczy, w tym złe, mogą się ludziom w życiu przydarzać, ale to ich od razu nie przekreśla jako wartościowych jednostek. Ważne, jakie podejmujemy decyzje wtedy, kiedy mamy możliwość wyboru. Wszystkie postacie sztuki Maliny Prześlugi są wolne w swoich działaniach, żadna nie jest zdeterminowana swoją przynależnością gatunkową, bądź "naturalnymi" zachowaniami. A teatr te wybory ocenia.

A co pcha Przemka do misji - w zasadzie straceńczej - udowodniania gołębiom, że niesłusznie oskarżają kotkę o zabójstwo Janusza? Wróbel nie ma wobec niej żadnych sympatii czy długów wdzięczności. Poddanie się narracji nienawiści dawałoby mu dużo większą szansę na upragnione przystąpienie do bandy, niż sprzeciw. Ale on chce poznać prawdę i zachować niezależność myślenia. Widzi, że nie ma żadnych dowodów na zbrodniczy zamach - piór, strzępów ciała, śladów trotylu - i potrafi swą opinię przeciwstawić naciskowi większości. Narażając się przy tym także groźnej kotce. To też cenna lekcja dla młodych widzów: niezależny poszukiwacz prawdy powinien brać pod uwagę, że dostanie po głowie od wszystkich stron konfliktu. Ale ponieważ to bajka, finał jest szczęśliwy. Pojednana i zjednoczona banda gołębio-wróbla rusza razem dalej w życie. "Dziób w dziób" - tak brzmi teraz jej hasło.

Głównym tematem tego przedstawienia jest wezwanie do tolerancji i do nieulegania łatwym identyfikacjom ("Rządzą gołębie, tylko gołębie", a reszta świata to wrogowie). I autorka, i reżyser, nie przechodzą jednak na szczęście cienkiej czerwonej linii oddzielającej "warte pochwały postawy" od postaw "jedynie słusznych". Jeśli mi czegoś trochę zabrakło, to fantazji językowej, będącej zawsze niezwykle mocną stroną Maliny Prześlugi. Tu mamy mowę nieco zbyt "literacką", ogładzoną. Rozumiem jednak, że w tekście dotykającym tak poważnych spraw (zważywszy w jakim tempie prawicowo radykalizują się postawy młodych ludzi w naszym kraju) należało rozważnie dobierać słowa, by mądry temat nie rozmył się w językowych grach. Myślę, że jeśli nie chcemy za kilka lat mieszkać w kraju brunatnych koszul, trzeba już dzieciom pokazywać do czego prowadzą agresywno-wykluczające postawy w życiu, a w tej kwestii wartość sztuki Prześlugi i spektaklu z Torunia jest nie do przecenienia.