Teatr po 40.

"Znikalność" nieraz razić może słabą dykcją, siedząc w ósmym rzędzie, chwilami nie słyszę o czym mówi aktorka. Ale to nieważne. Te panie rozśmieszyły mnie do łez i to kilkakrotnie. Zachwyciły - pisze dla e-teatru Bartłomiej Miernik.

Niemal rok temu obiecałem sobie, że nie będę w tym miejscu zamieszczał recenzji. Miejscem na recenzje jest mój blog. Ten felieton też, proszę, potraktujcie jako... felieton właśnie, nie merytoryczną, pogłębioną recenzję teatralną.

"Znikalność" Teatru po 40. to spore zaskoczenie festiwalu teatrów amatorskich w Białołęce. To dla mnie w ogóle jedno z zaskoczeń tego roku! W zeszły weekend obejrzałem, jako juror tego festiwalu sześć przedstawień, kolejne sześć było przede mną i nagle trach! Na scenę wkracza pięć uśmiechniętych starszych pań (starszych ode mnie). Młodsza aktorka-mim wyprowadza je na scenę, gestami wyciąga z kulis, jakby trzymała w dłoniach niewidzialne nici. Ubrana jest na czarno, w kapeluszu na głowie - taka sprawczyni działań scenicznych. Pięć kobiet w jesieni (późnym lecie byłoby ładniej) życia poezją, między innymi Poświatowskiej i księdza Pasierba, opowiada o swoim życiu, o starzeniu się. Na tyle przekonująco, że wierzę, że mówią o sobie. Wierzę absolutnie. Mówią o swoich troskach, kłopotach, ale i małych radościach. Jedna ściera kurze, inna przegląda kolorowe, plotkarskie pisemko. Bezpretensjonalność, lekkość formy i treści.

Stają w ramach obrazów. Zastygają w nich. Ubrane różnie: w niebieski żakiet, w szlafrok, w czarną mini. Po chwili bawią się wielkimi niebieskimi piłkami, jakby uprawiały fitness. Potem śmieją się, przy pomocy dzióbków z origami naśladując rozmowy o niczym, mowę trawę starszych ludzi. Kpią, ale pogodnie, bez złych emocji.

Aktorki Teatru po 40. pokazują na scenie to jaśniejsze oblicze starzenia się. Nie niską emeryturę, samotność, choroby, poczucie końca i bezsensu dalszego życia. Pokazują starość związaną z ciepłem, realizowaniem pasji, które cały czas się odkładało. Te pięć kobiet jawnie, wprost kpi z moherowych beretów. Wchodzą w paltach, płaszczach i moherowych beretach właśnie, z zatroskanymi minami. Szybko, energicznie je zrzucają, by zatańczyć do rytmów dance. Przypomniałem sobie w tej scenie moje spotkanie ze znaną, ponad siedemdziesięcioletnią DJ Wiką, która puszcza muzykę w modnych klubach. Jest zawsze uśmiechnięta, pozytywnie zakręcona. Aktorki Teatru po 40. też chcą się bawić, korzystać z życia. Jesień (lub późne lato) może być piękna, energiczna i lekka.

Oczywiście jest i smutek, jest i gorycz. Gdy trzymają w rękach zdjęcia (najbardziej poruszająca scena spektaklu) ze swojej młodości, opowiadają o planach na przyszłość. Jedna z aktorek puentuje, że nie dożyje tych planów, bo ma nowotwór. A na czarno-białych zdjęciach oglądamy kobiety sprzed kilkudziesięciu lat. Na ławce, na stadionie, w modnej wówczas fryzurze, czy płaszczyku z kożuszkiem.

Teatr po 40 mieści się w Zegrzu pod Warszawą, organizatorem jest Klub Centrum Szkolenia Łączności i Informatyki, generalnie Wojsko Polskie. Reżyserką i animatorką ich działań prowadząca próby jest Betina Dubiel z Gender studies na Uniwersytecie Warszawskim. Armia - gender - ksiądz Pasierb? Można? Można.

W teatrze grają amatorki. Wiem (bo podpytałem), że na próby do Zegrza dwie panie dojeżdżają z Warszawy. Teatr jest dla nich sposobem spędzania wolnego czasu. "Znikalność" nieraz razić może słabą dykcją, siedząc w ósmym rzędzie, chwilami nie słyszę o czym mówi aktorka. Ale to nieważne. Te panie rozśmieszyły mnie do łez i to kilkakrotnie. Zachwyciły.

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego