powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Protest w teatrze

Tym, którzy z rozrzewnieniem wspominają, jak to drzewiej w teatrze bywało, gdy jeszcze ów teatr tworzyli wielcy artyści, a słowo ze sceny głosiły wielkie głosy wielkich aktorów, warto przypomnieć, że i reakcje wnerwionych widzów miewały dawniej rozmach nieporównywalny z dzisiejszym - pisze Paweł Sztarbowski w felietonie dla e-teatru.

Dlatego, niczym Irena Santor, co to zbierała bursztyny na dzikich plażach, choć ich już nie ma, pozwolę sobie co tydzień "w torby wkładać powoli, okruchy tamtych dni". Wiadomo, "serce gryzie nostalgia, a duszę ścina lód", jak sobie tak człowiek o chwalebnej przeszłości poczyta. Tym razem więc o teatralnych protestach. Do środowiskowej legendy przeszło wychrząkiwanie i wyklaskiwanie w pierwszych miesiącach stanu wojennego aktorów współpracujących z reżimem Jaruzelskiego, zwanych "kolaborantami".

Gdy po zagraniu "Stu rąk, stu sztyletów" w Teatrze Polskim w Warszawie do ukłonów wychodził Stanisław Mikulski, publiczność powstrzymywała na ten moment oklaski, co komentował Andrzej Szczepkowski: "Podziwiam Mikulskiego, że znajdował w sobie tyle odporności, że nie schodził ze sceny, tylko stał i patrzał w oczy publiczności, która go wygwizdywała. Ja w takie sytuacji byłbym bliski myśli o samobójstwie". W Łodzi wyklaskiwany podczas operetki "Baron cygański" Kazimierz Kowalski przerwał występ i krzyczał ze sceny: "To jest mój zawód, chcę go wykonywać", po czym zbiegł ze sceny.

W annałach teatru zapisały się również przedwojenne prowokacje prawicowych bojówek. Podczas pokazów sztuki "Cyjankali" [na zdjęciu] w reżyserii Leona Schillera w Teatrze Miejskim w Łodzi (1930) prawicowa młodzież rozpylała na widowni gaz łzawiący, a także okrzykami i gwizdami próbowała zrywać spektakl podejmujący temat aborcji. Łódzką scenę prowadzoną wtedy przez Karola Adwentowicza recenzenci nazywali pierwszym polskim "czerwonym teatrem". Do burd dochodziło też podczas warszawskich pokazów przedstawienia, a prawicowi krytycy pytali Schillera: "Co teatr ma wspólnego z ginekologią?". Protestów pogratulował reżyserowi w liście autor sztuki, Friedrich Wolf, a sam Schiller odpowiadał na protesty, przywołując spolszczone hasło z okładki niemieckiego wydania "Cyjankali": "Sztuka jest walką".

To nowsze przypadki, dośc powszechnie znane i wspominane. Ale przecież bojkoty, protesty i manifestacje towarzyszą polskiemu teatrowi właściwie od czasów stworzenia sceny publicznej. Gdy po pierwszym rozbiorze Polski przedstawiono delegacji sejmowej projekt wznowienia przedstawień, wzbudziło to ostry protest posłów-patriotów pod przewodnictwem marszałka Stanisława Lubomirskiego, który grzmiał z trybuny sejmowej: "Zważyć tedy proszę, (...) abyśmy w tych najkrytyczniejszych koniunkturach podali się na śmiech całemu światu wyprawiając komedie". Teatr, kojarzony głównie z działalnością rozrywkową, ogłoszono wtedy kolejnym moskiewskim gwałtem wobec patriotycznych uczuć Polaków.

W XIX wieku było jeszcze ciekawiej, bo zdarzały się przypadki oblewania kwasem siarkowym sukien dam udających się do teatru, a podczas Zjazdu Trzech Monarchów ("zjazd trzech kruków") w Warszawie (20 października 1860) w Teatrze Wielkim oblewano fotele cuchnącym płynem. Były to, jak pisano, "produkcje chemiczne z preparatem cuchnącej asafetydy" (Ha! Któż z dzisiejszych protestujących potrafiłby przyrządzić odpowiedni wywar z tej szlachetnej rośliny?). Polewano kwasem siarkowym suknie dam udających się do teatru na przedstawienie mające uświetnić Zjazd. Wtedy też doszło do zniszczenia loży cara, a na afiszach zapowiadających sztukę "Robert i Bertrand, czyli dwaj złodzieje" dopisywano: "czyli trzej złodzieje". Całą akcją kierował Franciszek Godlewski.

Ale i wcześniej widownia nie była spokojnym miejscem. Starano się urzędowo zaradzić różnym przejawom niezadowolenia widzów, wprowadzając na przykład w 1841 roku obwieszczenie dotyczące zakazu sykania: "Z rozporządzenia Wyższej Władzy, ponowiony zostaje zakaz sykania w Teatrze i innych podobnych oznak nieukontentowania, niemniej wszelkiego nieprzyzwoitego zachowania się. Ktokolwiek postąpi przeciw temu; sam sobie przypisze nieprzyjemności, jakich z tego powodu dozna" - ostrzegano.

Momentem przełomowym dla bojkotu teatru w XIX wieku były jednak manifestacje patriotyczne w 1861 roku, a szczególnie pamiętny dzień 27 lutego 1861 roku, kiedy to w wyniku manifestacji na ulicach Warszawy od salwy rosyjskiej zginęło pięciu demonstrantów. Ich pogrzeb na Cmentarzu Powązkowskim zamienił się w wielką manifestację solidarności wszystkich stanów Królestwa. Organizowano demonstracje i nabożeństwa żałobne za pomordowanych, a na prowincji podobno nawet chłopi zaprzestali odrabiania pańszczyzny. Wspominał te dni Aleksander Kraushar: "Kolor czarny przeważał wszędzie, zaraz bowiem po manifestacyi 27 lutego proklamacye, rozdawane po ulicach, zalecały wszystkim mieszkańcom Warszawy żałobę narodową i przyodzianie czarnych czamarek, oblamowanych białą tasiemką na kołnierzu. Oporniejszych, którzy się w cylindrach na ulicy ukazywali, doprowadzano do porządku, odwracając szczotką włos do połowy cylindra, który wtedy, jakby krepą obwiedziony, robił wrażenie żałoby".

Już wcześniej teatry za sprawą bojkotu świeciły pustkami, co irytowało Cypriana Kamila Norwida, który uznawał to za przejaw polskiej bezmyślności: "Miasta starożytnej Grecji nawet w czasie oblężeń i wojen o teatr dbały. Ale u nas żywotność teatru rozpoczęła się przez onegoż zamknięcie" - pisał. Jednak gdy w Teatrze Wielkim dzień po krwawo stłumionej manifestacji z 27 lutego miał być wystawiony balet "Esmeralda" i pierwszy akt opery "Aleksandro Stradella" - nikt nie zjawił się na spektaklu. Na próżno próbowano mieszkańców zastaraszać i zmuszać do przyjścia, rozdawano nawet darmowe bilety. Bojkot trwał.

Jedna z kolejnych manifestacji patriotycznych miała miejsce na podwórcu teatralnym. Ze względu na te zamieszki, a także pod wpływem bojkotu, w pierwszych dniach kwietnia 1861 roku Warszawskie Teatry Rządowe zostały zamknięte na kilka miesięcy. Dla społeczeństwa polskiego nie miało to jednak wielkiego znaczenia, bo w czasach żałoby narodowej teatru po prostu nie odwiedzano.

Piszę to wszystko tak naprawdę dlatego, żeby uświadomić sprawę dość prostą. Protestujący widz nie jest dla teatru żadnym nieszczęściem, choćby nie wiem jak był wulgarny i brutalny. Dużo większym nieszczęściem dla teatru byłby brak widzów. To dopiero bojkot!