powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Teatr/Polityka 1:0

Powiedzmy sobie wreszcie głośno, wyraźnie i uczciwie, że w naszym kraju, progresywny, odważny i poszukujący teatr uprawia się zaledwie w KILKU INSTYTUCJACH - pisze Michał Centkowski w felietonie dla e-teatru.

Po tym co wydarzyło się niedawno w Teatrze Starym, warto się chyba zastanowić nad pewnym przedziwnym zjawiskiem, którego, jak sądzę, krakowska zadyma teatralna stanowi spektakularny dość symptom.

Wsłuchując się bowiem w dyskurs publiczny, można od jakiegoś czasu dosłyszeć nieustanne ujadanie niektórych środowisk o tłamszeniu konserwatywnego widza, o zawłaszczaniu życia teatralnego przez agresywną, galopującą dekonstrukcję tego tzw. nowego teatru.

W tej uroczej, acz oderwanej od rzeczywistości wizji, próbuje się nas wszystkich przekonać, jakoby ten progresywny, lewicowy czy jakkolwiek by go nazywać teatr, zdominował właśnie cały główny nurt życia teatralnego, jak Polska długa i szeroka, wypychając i wykluczając te szerokie, zgnębione masy spragnionych teatru opowieści.

Otóż, Drodzy Państwo, powiedzmy sobie wreszcie głośno, wyraźnie i uczciwie, że w naszym kraju taki właśnie progresywny, odważny, poszukujący i zresztą za te poszukiwania zdobywający nagrody na świecie teatr, uprawia się w KILKU INSTYTUCJACH. Można by je zapewne zliczyć na placach jednej, w porywach dwóch rąk. Pozostałe zaś dziesiątki, jeśli nie setki teatrów repertuarowych w całym kraju, a więc przytłaczająca większość instytucjonalnego życia teatralnego zasadza się i opiera właśnie na tym tzw. teatrze środka, opowieści- tradycyjnym, "wzruszającym oraz bawiącym" (abstrahując już w tym miejscu od tego jakimi środkami). I jest to teatr dalece bardziej konserwatywny i tradycyjny niż ten, który 30 lat temu uprawiał w Krakowie Swinarski, a o który to teatr, chyba omyłkowo (co najlepiej świadczy o przygodnym i ideologicznym charakterze zgromadzenia), upominali się krakowscy oburzeni.

I choć właśnie ten teatr konserwatywny i tradycyjny stanowi jakieś 95 % polskiego życia teatralnego w ogóle, to wciąż jego wyznawcy, jakby złośliwie, czy może zazdrośnie (o uznanie, o nagrody) starają się nieustannie zakrzyczeć i zdławić te pozostałe, tzw. progresywne 5 % uprawiające, z różnym oczywiście skutkiem, często jednak z sukcesami, także międzynarodowym, ów nowy, trudniejszy w odbiorze, czasem także odważniejszy społecznie, politycznie czy obyczajowo teatr.

Dlaczego o tym wspominam? Bowiem z tego właśnie hałaśliwego przekłamania bierze się mit ów, jakoby teatr tradycyjny i jego odbiorcy stanowili jakąś szykanowaną, spychaną na margines życia grupę, mniejszość, której co najważniejsze, odbiera się możliwość prowadzenia dialogu oraz wyrażania swojego gustu. Którą zapędza się w kozi róg debaty publicznej, karci, wyszydza, lży.

Otóż to też nieprawda. Bo jeśli w naszym kraju, także w kulturze, istotnie utrudnia się komuś życie, często w sposób naruszający godność próbując odebrać prawo głosu, zmarginalizować czy wykluczyć, to właśnie temu progresywnemu ułamkowi, zmniejszając dotacje publiczne, formułując bezmyślne i stanowiące świadectwo skretynienia postulaty w rodzaju "sztuka powinna na siebie zarabiać", nieustannie każąc się mierzyć teatrowi dramatycznemu z telewizyjną szmirą czy wodewilem, zachwycając się "dorobkiem" (dotowanych) teatrów prywatnych, czy też amerykańskim systemem skomercjalizowanej kultury.

To nieprawda, że teatru jakiego dopominają się uczestnicy zadymy w Krakowie brakuje. By wspomnieć chociażby aktualną ofertę Teatru Słowackiego, czy Bagateli, STU i innych.

To nieprawda wreszcie, że krytycznych opinii względem spektaklu czy szerzej polityki repertuarowej Starego Teatru ta, czy jakakolwiek inna grupa widzów nie może wyrazić w sposób inny, bardziej cywilizowany niż ten zaprezentowany niedawno, zakończony przerwaniem spektaklu.

Właśnie dla swobodnego formułowania ocen służą chociażby spotkania pospektaklowe, takie jak to, które odbyło się po przedstawieniu "Do Damaszku". Na tego rodzaju spotkaniach z powodzeniem można wyrazić swoje najbardziej nawet krytycznie opinie, czy wręcz zamanifestować zbulwersowanie.

Ostatecznie zawsze można zaprotestować, wysłać petycje, napisać list otwarty. Istnieje cały wachlarz możliwości zamanifestowania w demokratycznym państwie prawa swojej niezgody czy nawet oburzenia, na to co dzieje się w publicznych instytucjach kultury.

Sam nie należę do apologetów ostatniego spektaklu Klaty, ale to, co wydarzyło się w Krakowie, trudno nazwać inaczej niż pospolitym zadymiarstwem. A co z tymi, którzy po prostu kupili bilet chcąc obejrzeć (w całości, bez dodatkowych atrakcji i przerywników) spektakl? Na przykład po to, by móc się potem w czasie dyskusji o niego posprzeczać?

Wolność jednych, jak słusznie konstatował Miauczyński Adam, nie może być kosztem drugich.

Krzepi, że znaleźli się na widowni także ci, którzy oprotestowali gwiżdżących - może zatem z krakowską publicznością nie jest jeszcze tak źle?