Musi ocalić świat męża. Ale na razie nie może pojąć, dlaczego odszedł...

Życie DANUTY MAKSYMOWICZ i JERZEGO JAROCKIEGO to były dwa bieguny. Jeden to choroby, szpitale, kolejne operacje reżysera, drugi - czas wspólnej radości z premier i otrzymanych nagród. Ostatnią, Felixa Warszawskiego, odbierała Danuta Maksymowicz przed rokiem już sama...

«To w tym niemałym pokoju, w nierzucającym się w oczy domu blisko centrum Krakowa mieszkał Jerzy Jarocki przez ostatnie ponad 30 lat. Choć właściwie w ostatniej dekadzie życia, realizując spektakle głównie w Teatrze Narodowym, tu przebywał znacznie rzadziej. Pokój zastawiony jest regałami z książkami, czasopismami, dokumentami medycznymi, teczkami z papierami.

W przepastnych szufladach: korespondencja, zapiski reżysera. Pod oknem pokoju duży stół założony papierami, stosami zdjęć. Oprawione fotografie reżysera wiszą też na ścianach. To przy tym stole w rok po śmierci wielkiego twórcy teatralnego rozmawiam z Danutą Maksymowicz-Jarocką.

Szczupła, niewyglądająca na swe lata aktorka, zwróciła na siebie uwagę - tak urodą, jak i talentem - już od pierwszych ról. To właśnie w inscenizacjach Jerzego Jarockiego pogłębiła, jak pisano, dramatyzm i ekspresję swego aktorstwa - w "Matce" Witkacego (1972), w "Życie jest snem" Calderona (1983), w "Grzebaniu" (1995), a nade wszystko w "Ślubie" Gombrowicza, (1991), w jednej z pięciu realizacji tej sztuki przez Jarockiego, zgodnie uznanej za najwspanialszą w dziejach teatru.

Gdy w latach 60. tamtego wieku studiowała w krakowskiej PWST, nie była studentką reżysera. - Może na szczęście, bo mógłby się do mnie zniechęcić, a może szkoda, bo zakochałby się w studentce i bylibyśmy ze sobą dłużej; młodsi, zdrowsi - mówi ze śmiechem aktorka.

Na scenie spotkali się w 1968 roku w Starym Teatrze, w którym oboje pracowali, w "Mojej córeczce" Różewicza.

- Jurek, jak mi się przyznał, spoglądał na mnie od początku i podglądał zza kulis nawet wtedy, gdy grałam w innych sztukach - mówi Danuta Maksymowicz. - Mnie też się podobał jako facet; piękna twarz, piękny głos, ekspresja w poruszaniu się. No i był seksy. Zwróciłam też uwagę na Jego solidność w pracy. Też byłam taka - punktualna, poukładana, precyzyjna.

W tych pierwszych wspólnych spektaklach grała też ówczesna żona reżysera, znakomita aktorka, ale poważnie cierpiąca na chorobę alkoholową; ten związek będzie dla Jerzego Jarockiego niczym garb, który pochylał go do ziemi. Będzie rzutował na całe życie. I zaważy na zdrowiu reżysera, bezradnego w swej ucieczce przed przeszłością...

Parą stali się gdzieś w 1979 roku; już wystąpiła u tego reżysera także we "Wszystko w ogrodzie", w "Matce", w "Procesie", potem - po paru latach przerwy, bo urodziła syna - w "Śnie o bezgrzesznej"; właśnie z roku 1979. Od tego "Snu" do "Fausta" (1997) zagrała tylko w siedmiu spektaklach męża. Bo przede wszystkim troszczyła się o jego zdrowie. Nie chciała być obsadzana, a dyrektorzy, wszak Jarocki był jednym z filarów Starego Teatru, na to przystawali. Poświęciła się zatem swej wielkiej miłości, widząc, jak jest potrzebna.

I tak słucham opowieści o kolejnych zawałach, o operacjach w kraju i za granicą, o towarzyszeniu mężowi w podróżach. Tak; był mistrzowsko precyzyjny na scenie, ale codzienność życiowa mu doskwierała - od robienia herbaty poczynając (- Ileż On czajników popalił!), po kłopoty z odnalezieniem pociągu (- Zdarzały się jazdy w odwrotnym kierunku), od zagubienia się w stosach papierów i notatek (- Scenariusze pisał na skrawku wolnego stołu, założonego czym się dało) po niedbałość o zdrowie, z którym miał coraz większe kłopoty.

- Od początku chciał, bym była jego asystentką, ale odmówiłam. Jeszcze grałam w teatrze, syn był mały, ale ostatecznie zostałam wszystkim - pilnowałam terminów, lekarstw, lekarzy, dawałam zastrzyki, zajmowałam się domem, organizacją wyjazdów... 33 lata byliśmy razem, ale połowa z tego to był czas chorób, operacji, czuwania przy Nim w szpitalach i w domu...

Dwa bieguny życia. - Jeden to choroby, szpitale, moje ciągłe skupienie na tym, a On nie był łatwym pacjentem i zawsze chciał wyjść ze szpitala przed czasem, by wracać do domu, do teatru. I drugi - czas wspólnej radości z premier i odbieranych nagród. Zwłaszcza gdy były finansowe.

Tę ostatnią, Felixa Warszawskiego odbierała Danuta Maksymowicz przed rokiem już sama. Otrzymał ją Jerzy Jarocki za spektakl w Narodowym - "Sprawa" wg "Samuela Zborowskiego" Słowackiego.

Niełatwy to musiał być związek, myślę, słuchając tych zwierzeń. Wybitny reżyser, skupiony na teatrze, z jednej strony apodyktyczny, z drugiej lękający się żony.

- Nie powiem, że kłamał, ale zatajał pewne fakty, jakby się bał, że będę miała już tego dosyć i że zostanie sam z tym wszystkim, z czym sobie nie radził...

Nie było natomiast między nimi różnic w kwestiach światopoglądowych, dotyczących m.in. polityki. Tu się zgadzali co do joty. - Nie wyobrażam sobie, bym mogła żyć z kimś o innych poglądach... On również sobie nie wyobrażał.

Siedzimy przy stole reżysera. Czegoż tu nie ma. - O, tu jest list od Rity Gombrowicz.

Są i wierszyki pisane do żony, jak ten urodzinowy pt. "Podanie o niezaniechanie".

"Czy Kochana Jubilatka

dobrze sobie liczy latka?

Bo się nosi jak dzierlatka,

a wygląda jeszcze młodzij -

czy kto wie - o co tu chodzi?

Może w tym jest podstęp węża,

by być młodszą wciąż od męża?

By różnica rosła taka -

by miast męża mieć chłopaka!

By chłopaka mieć dla grzechu -

a nie dziadka do orzechów?!

Chyba upaść trza na głowę,

żeby życie zacząć nowe,

kiedy prawie już połowę

(miło było, czy nie było)

z dziadkiem owym się przeżyło!".

Podpisane J.J.

Data: 15 III 2010.

- Pisał też inne zabawne wierszyki, na przykład dla mojego syna.

I prywatnie, i w teatrze miał wielkie poczucie humoru, z domieszką uszczypliwości. Ciepły, choć w teatrze może trochę chłodny, racjonalny i niezwykle wymagający, przez co nieraz wrażliwsi aktorzy, nie aż tak pewni siebie, cierpieli z powodu uwag reżysera. - Ale bardzo kochał aktorów.

Pani Danuta wie, że musi jakoś ogarnąć ten chaos, z którym została, że musi nad nim zapanować. Myśli o książce, w której połączyłaby rozmaite teksty męża: uwagi o teatrze i życiu, i jego wierszyki; i swe refleksje ze wspólnych lat. Musi ten świat męża ocalić, zwłaszcza że rozmaite instytucje naciskają, ale na razie nie może wciąż ogarnąć tego, co się stało, ani tego pojąć, zrozumieć...

Mimo wszystko zakładała, że jeszcze parę lat będą razem.

Gdyby dwa tygodnie przed śmiercią został w krakowskim szpitalu, jak nalegała żona, gdyby poddał się badaniom, gdyby już w Warszawie posłuchał lekarki, do której dzwonił wieczorem ze służbowego, teatralnego mieszkania i od razu wezwał pogotowie...

Gdyby nie uparł się, że jeszcze przygotuje autorskie przedstawienie "Węzłowisko", którego premiera była przewidziana w Narodowym wiosną 2013 roku...

A tak nad ranem nadszedł zawał. Czwarty w życiu.

Był 10 października 2012 roku. Szósta rano.

Pośród wielu rozrzuconych na biurku zdjęć jest i to z kaplicy - żony składającej mężowi ostatni pocałunek.

Nigdy wcześniej nie żegnali się. Nawet przed poważnymi operacjami. Odchodzili od siebie, nie odwracając się. Bez słów.

Tego dnia była w Berlinie. Przed wyjazdem pokazywała w nocy mężowi skompletowane w szafie ubrania, bo miał już ogromne kłopoty ze wzrokiem, skompletowane lekarstwa, w lodówce wszystko przygotowane i prosiła, by przez dwa dni jej nieobecności odpoczywał; właśnie skończył mordercze nagranie "Tanga" dla Teatru Telewizji. - Z instrukcją obeszłam z Nim mieszkanie, gdy w pewnym momencie stanął za mną, objął mnie: "Pa, idę do łazienki... Wracaj szczęśliwie, bo rano nie zobaczymy się".

O szóstej rano wyszła po cichu z mieszkania.

- On jakby się wtedy ze mną żegnał - wspomina przez łzy.

Do Berlina jeździła od kiedy byli razem; tam kupowała mężowi garnitury, płaszcze, buty, materiały. A teraz jechała i po nowy fotel, taki rozkładający się do pozycji leżącej. - Bo mąż, pracując, podsypiał. Zawsze tak było. Szybko się męczył.

Właśnie wybrała kolor nowego fotela, gdy zatelefonował syn...

Stary fotel usunęła, żeby było mniej wspomnień.

Opuszczam pokój, rzucając okiem na wiszący na ścianie dyplom Nagrody Kulturalnej Solidarności za "Portret" Mrożka w Starym Teatrze, i dyplom Kreatora Kultury od redakcji "Polityki". I na leżącą na półce styropianową czaszkę. - Ustrzelił ją jakoś przed 15 laty w Zurychu na jarmarku, chcąc sprawdzić, czy dobrze widzi...

W pokoju obok Danuta Maksymowicz zatrzymuje mnie. - A tu będę spędzać Święto Zmarłych.

Na sekretarzyku stoją rozmaite teatralne trofea: Jajko Faberge za Krakowską Złotą Maskę i statuetka Ludwika, i trzy Feliksy Warszawskie, i wiele innych. I ofiarowane prywatnie: przez Annę Dymną, Grażynę Szapołowską, Jana Nowickiego, Jana Frycza... - Tu sobie świeczkę palę i tak samotnie spędzam to święto... Chcę być z Nim sama...»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego