powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nowy festiwal na teatralnej mapie Warszawy

I edycję Festiwalu United Solo Europe w Teatrze Syrena w Warszawie podsumowuje Kama Pawlicka w serwisie Teatr dla Was.

W Teatrze Syrena właśnie zakończyła się I edycja Międzynarodowego Festiwalu UNITED SOLO EUROPE. Dla polskiej publiczności była to okazja do obejrzenia monodramów artystów z całego świata, którzy prezentują różnorodne formy teatralne. W warszawskim programie znalazły się bowiem spektakle w wykonaniu aktorów dramatycznych, mimów, komików oraz tancerzy. Cel festiwalu to nie tylko przedstawienie wybitnych monodramów, ale także wymiana myśli i próba zjednoczenia wszystkich twórców i widzów zgodnie z przewodnią myślą:

Myślisz sam!

Czujesz sam!

Działasz razem!

Europejski program jest częścią United Solo - jednego z największych festiwali monodramów na świecie. United Solo powstało w 2010 roku w Nowym Jorku. Jego pomysłodawcą i założycielem jest Omar Sangare, polski aktor, który mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych. Na siedzibę festiwalu wybrano Theatre Row w sercu teatralnej dzielnicy na Manhattanie. Impreza odbywa się tam każdej jesieni. Każdy spektakl cechuje minimalizm scenograficzny. Wszystko, co aktor wozi ze sobą, można zamknąć w jednej, małej walizce. Jest tylko artysta, słowo, gest, ruch. Jednak nie wystarczy być aktorem, żeby porwać się na trudną sztukę bycia solo na scenie. Trzeba jeszcze mieć wielki talent, charyzmę, lub to nieokreślone coś, co skupia uwagę widza na artyście przez około godzinę. Z tym ostatnim podczas United Solo Europe bywało różnie.

W pierwszym dniu Festiwalu widownia warszawska miała okazję obejrzeć monodram "The echoes off the walls underground are louder than your footsteps above me" w wykonaniu Anthony'ego Nikolcheva. Ten amerykański aktor odbył szkolenie we wrocławskim Instytucie im. Jerzego Grotowskiego. Spektakl oparty jest na twórczości Millera, Bukowskiego, Dostojewskiego i Witkacego. Nikolchev niezwykle barwnie i dynamicznie opowiada historię człowieka, który sprzedaje nikomu niepotrzebne towary. Takich ludzi spotykamy na co dzień na ulicach i centrach handlowych. Z przylepionym uśmiechem na twarzy i wyuczonymi na szkoleniach frazesami atakują nas w najmniej odpowiednich momentach. Nikt ich nie lubi i nie szanuje. Chcą wcisnąć przechodniom krem, antenę satelitarną, oferują szeroką gamę rabatów. Taki jest bohater monodramu Nikolcheva. Pracuje, śpi, pracuje. Niestety nie udaje mu się nic sprzedać w ciągu tygodnia, nie zarabia centa dla swojego szefa. Traci więc pracę, która była dla niego ostatnią deską ratunku w czasach kryzysu. Aktor świadomie używa swojego ciała, aby niezwykle plastycznie ukazać rozterki mężczyzny w średnim wieku. Słowa nie są tu najważniejsze, bazą monodramu jest gra ciałem. Nikolchev jest na scenie w ciągłym ruchu, każdego potencjalnego klienta traktuje inaczej. Na jego twarzy rysuje się przerażenie, w mowie ciała widoczne jest spięcie zaszczutego człowieka, który nie daje sobie rady w życiu.

Drugi dzień Festiwalu to dwa bardzo różne spektakle. Pierwszy to znany już warszawskiej publiczności monodram Ewy Kasprzyk "Patty Diphusa", która mistrzowsko wcieliła się w postać gwiazdy porno, powołaną do życia przez słynnego hiszpańskiego reżysera Pedro Almodovara. Kiedy Almodovar uczynił z Patty bohaterkę swoich felietonów w tygodniku "La Luna" nie był jeszcze tak sławny, jak jest teraz. Nie chciał także, aby z tekstów powstało przedstawienie. Jednak Ewa Kasprzyk i autor adaptacji Remigiusz Grzela namówili go, by dla nich zrobił wyjątek. Aktorka wdziała więc kusą sukienkę i ubrała ogromną różową perukę by jako Patty Diphusa opowiedzieć o męskich podbojach i karierze w porno biznesie. Z bezładnego wydawałoby się monologu wyłania się postać samotnej, poszukującej miłości kobiety, która pozornie ma wszystko, a jednak nie ma nic. Ewie Kasprzyk udało się nie spłycić bohaterki do poziomu wulgarnej gwiazdy porno, zaliczającej kolejnych facetów. Patty używa wulgarnego języka i bez ogródek opowiada o szczegółach stosunków miłosnych. Ale pod maską wyzwolonej, otwartej kobiety kryje się ta druga - sentymentalna, zagubiona, bojąca się śmierci i starości osoba.

Bohater drugiego monodramu to sędziwy Żyd, który przywołuje fragmenty ze swojego życia. Szczególnie jedno - bolesne wspomnienie pogromu na miejskim rynku. Miał wtedy dziewięć lat, tego dnia ojciec podarował mu największy skarb - gołębnik. Spektakl powstał na podstawie opowiadania Izaaka Babla. Przedstawienie grane jest w czterech językach: angielskim, niemieckim, rosyjskim i polskim. Niestety był to chyba najgorszy monodram prezentowany podczas festiwalu. Herbert Kaluza kompletnie nie wyczuł przestrzeni Teatru Syrena, mówił za cicho, przyzwyczajony zapewne do mniejszych, kameralnych sal. Monodram grany był bez tłumaczenia, co jeszcze utrudniało odbiór. Główną jednak jego wadą była monotonia i brak inscenizacji. Przez godzinę na scenie prawie nic się nie działo, poza siedzącym na walizce aktorem, wypowiadającym do siebie swoje kwestie.

Za to sobota obfitowała w niespodzianki. Pierwszą był występ Marca Gindicka, znanego amerykańskiego komika, który podbił serca warszawskiej publiczności nie wypowiadając ani słowa. Multimedialny i interaktywny spektakl "Wing-man" jest historią mężczyzny poszukującego miłości. Aktor używa facebooka by pokazać, jak we współczesnym świecie ludzie nawiązują kontakty i jakie mają z tym trudności. Sam zresztą wciąga na scenę widzów, by odegrali nadane im przez niego role: dziewczyny na randce w parku rozrywki i psychoanalityka. Gindick z wdziękiem i ciepłem buduje opowieść o samotności i niestrudzonej chęci każdego z nas do odnalezienia swojej drugiej połówki. Monodram obfituje w gagi, aktor świetnie tańczy, prawie że wzlatuje nad sceną. Humor jest tu jednak okraszony nutką melancholii i smutku, głównemu bohaterowi nie udaje się bowiem nawiązać trwałej relacji.

Owacją zakończył się drugi monodram, prezentowany w sobotę. Można go nazwać perełką wieczoru. Bill Bowers zabrał widzów w ponad godzinną podróż do siebie, do swojego życia. Przedstawienie jest bowiem prosto i pięknie zainscenizowaną opowieścią o drodze, jaką Bowers przebył od domu w stanie Montana po prace z legendą sztuki mimu Marcelem Marceau. Z ogromną szczerością opowiada o odkryciu własnego homoseksualizmu, związku z chorym na AIDS mężczyzną, który umiera na raka mózgu. Aktor-mim bez niepotrzebnego patosu wspomina ostatnie chwile z ukochanym, z niezwykłą czułością odgrywa pantomimę o codziennej walce z chorobą. Wplata w tę historie również wątki humorystyczne, które nadają jej wymiar uniwersalny. Życie przecież składa się ze smutków, ale i z radości. Ważnym wątkiem jest uświadamianie sobie chęci zostania mimem, praca nad ciałem, ukończenie szkoły teatralnej, a w wieku prawie 40. lat podjęcie decyzji o nauce u Marcela Marceau. W jego rodzinym domu niewiele mowiono, na ogół panowała tam cisza. Podobnie w miasteczku, w którym mieszkał. Wiele drażliwych spraw po prostu osnuwano milczeniem. Stąd od małego u Billa Bowersa zrodziło się pragnienie opowiadania o otaczającym świecie, przekazywaniu uczuć czy emocji, bez słów. "It goes without saying" kończy piękna magiczna etiuda o człowieku, któremu udało się pochwycić księżyc. Po premierze w 2006 roku monodram zyskał ogromną przychylność krytyków i publiczności, uhonorowano go kilkoma ważnymi nagrodami.

Niekwestionowaną gwiazdą festiwalu była Regina Advento, brazylijska artystka, należąca od dwóch dekad do słynnego na całym świecie Teatru Tańca Piny Bausch. "Dreamlines" to jej pierwszy projekt solowy. Tancerka w sposób niezwykle sugestywny, pełen różnorakich uczuć i emocji powraca na scenie do swoich brazylijskich korzeni, przypomina dzieciństwo w domu babci w górach, okres burzliwego dorastania. Spektakl zaczyna się pięknie scenograficznie. Aktorka ubrana jest w czerwoną, bardzo długą suknię, która krępuje jej ruchy. Dlatego w pierwszej części Advento tańczy właściwie tylko rękoma. Potem atmosfera zmienia się i tancerka staje się młodą, poszukując miłości dziewczyną. W finale, znowu w czerwonej sukni, wraca do domu, gdzie panuje spokój, jest noc, słychać tylko w oddali śpiew cykad.

Choć I edycja United Solo Festiwal już za nami, gospodarz imprezy dyrektor Teatru Syrena Wojciech Malajkat, zapowiada już kolejną odsłonę. Może nawet jeszcze w nadchodzącym sezonie artystycznym.