powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Miałka ciotowska beach

"Lubiewo: Ciotowski bicz" w reż. Piotra Siekluckiego z Teatru Nowego w Krakowie w Teatrze IMKA w Warszawie. Pisze Marek Kubiak w serwisie Teatr dla Was.

"Lubiewo" Michała Witkowskiego przed kilku laty wstrząsnęło porządnie całą Polską swoją dosadnością, ostrością sformułowań, zasadną wulgarnością i bezczelną wręcz celnością spostrzeżeń, wsadzając kij w mrowisko i prowokując do reakcji dokładnie wszystkich, którzy po tę książkę sięgnęli; bez względu na ich orientacje seksualne, sympatie i poglądy. Kiedy w Teatrze Nowym w Krakowie dwa lata temu wystawiono pierwszą w kraju adaptację tekstu, książka Witkowskiego zyskała jakby nowe życie, a biorąc pod uwagę jak udana, wyważona i brawurowo zagrana była ta wersja sceniczna, pojawiły się nowe kręgi entuzjastów, pochwały nie tylko za talent, ale i odwagę dla twórców przedstawienia. Oczywiście, był też i pewien niedosyt - w spektaklu nie dało się przecież pomieścić wszystkich historyjek "PRL-owskich ciot" z oryginalnego tekstu, równie celnych i błyskotliwych.

Wraz z całym szumem medialnym pojawiła się również chrapka samego Witkowskiego na bycie kimś więcej niż spektakularnie debiutującym pisarzem. Przez pewien czas utknął on w swego rodzaju rozdwojeniu jaźni między płodnym literatem a celebrytą, niezbyt zresztą wprawnie poruszając się między tymi dwoma światami, wpadając we własne, niby z przebiegłością i ironią nastawiane wnyki. W 2012 roku ukazuje się wreszcie re-edycja książki pt.: "Lubiewo bez cenzury", o której sam autor powiedział: "To "Lubiewo", jakie bałem się opublikować w roku 2005". O tym, czy to wola podzielenia się z czytelnikami usuniętymi w akcie autocenzury fragmentami, czy raczej zręczny chwyt marketingowy na zasadzie "wyciśnijmy z tej dojnej krowy całe mleko do ostatniej kropli" osądzą sami czytelnicy, choć już poziom sprzedaży książki mówi sam za siebie.

Jak to z sequelami bywa, najczęściej kolejne wersje /części/ odsłony nie są w stanie równać się z tymi je poprzedzającymi, a poziom rozczarowania bywa nierzadko tak duży, że zamiast podkreślać rangę i wartość pierwotnego dzieła, kompromituje się to, co wcześniej zostało już z sukcesem stworzone. Dlatego szkoda, że twórcy krakowskiego Teatru Nowego popadli w dokładnie taki sam schemat zdarzeń, ulegając pokusie wystawienia drugiej części "Lubiewa" pt. "Lubiewo: Ciotowski bicz".

Oglądając w Teatrze IMKA najnowszą premierę aż trudno uwierzyć, że to ten sam tekst, ten sam reżyser i ci sami odtwórcy głównych ról. Część druga spektaklu ma się przyczynić podobno do dopełnienia misji stworzenia dowcipnej typologii postaw i preferencji homoseksualnych, którą Witkowski określił "Wielkim Atlasem Ciot Polskich". Tymczasem to, co dostaje widz, jest bardziej kabaretową niż teatralną wersją rzewnych wspomnień Patrycji, Lukrecji i Pissuaressy o czasach PRL-u, reminiscencji wzbogaconych dodatkowo postaciami Wiesi (ciota okresu transformacji, o starych upodobaniach, ale świadomości wykutej na blachę już w nowej epoce) i Blondyna (już nie ciota, a gej, symbolizujący nowe pokolenia również skorych do popadania w stereotypowe postawy homoseksualistów). Przysadzisty i zdecydowanie zbyt długi wstęp do spektaklu jest niczym innym, jak usianym efekciarskimi gagami pseudo-pomnikiem dla Witkowskiego, laurką dopieszczającą rozbuchane ego pisarza, wciąż łaknącego pochwał i atencji tłumów. Niesmak i zaskoczenie stają się jeszcze większe, gdy dochodzi wreszcie do właściwej części spektaklu i nagle okazuje się, że na wspomnienia "starych dobrych czasów" nie zostaje już wcale tak wiele miejsca; tym bardziej, że reżyser Piotr Sieklucki za punkt honoru wziął sobie jeszcze uwydatnienie braku akceptacji inności i powierzchowności relacji u samych domagających się tolerancji homoseksualistów oraz pokazanie życia w świecie iluzji i odwróconej do góry nogami hierarchii wartości wśród współczesnych gejów. Niestety i tu brakuje jakże znaczącej w "Lubiewie I" finezji w operowaniu symboliką. Wykorzystanie motywu karła i smutnej historii znajomości zawartej przez Internet między Blondynem, a astrofizykiem - staruszkiem na wózku, wydaje się zabiegiem dość siermiężnym i chyba jednak uderzającym w poczucie godności widzów; jest niczym policzek wymierzony kawałkiem nieświeżego mięsa. To, co w pierwszej części nie raziło, bo było zręcznie ograne słowem, gestem i wynikało z konstrukcji postaci, tutaj nagle staje się wiadrem pomyj dosłowności, którymi chlusta się w kierunku publiczności. Czy naprawdę mówiąc o tym, że kartki książki Witkowskiego można jedynie traktować jak papier toaletowy koniecznie trzeba to ilustrować?

Siłą "Lubiewa I" było odważne aktorstwo, pozbawione tabu, idealnie oddające klimat środowiska, w ścisłym powiązaniu z bardzo wiernym trzymaniem się tekstu napisanego w unikalny sposób i będącego odwzorowaniem "ciotowskiego slangu". I choć w spektaklu "Lubiewo: Ciotowski bicz" Paweł Sanakiewicz i Janusz Marchwiński znów stają się tymi samymi bohaterkami, to o wiele większa swoboda w improwizowaniu w obrębie tekstu i sprowadzenie języka narracji do niekiedy przypadkowych, powtarzanych dość często kilku zaledwie zwrotów i określeń, odbiera urok ich kreacjom aktorskim i bardziej ogranicza niż daje pole do popisu. W efekcie, mimo że jedynie pierwsza część spektaklu toczy się w szalecie publicznym, kiedy zmieniamy miejsce akcji na nadbałtycką plażę ciągnie się za nami smrodek WC, a całość w efekcie wydaje się równie miałka i nieistotna jak piasek, na którym tradycyjnie, jak co roku, wygrzewają swoje kości "po-PRL-owskie cioty". Solidnie też cierpi tempo spektaklu i jego błyskotliwość, których nie ma co nawet porównywać do poprzedniej inscenizacji; natomiast zabiegi zapełniania braku inscenizacyjnych pomysłów pozornie efektownymi scenami szlagierów wczasów FWP i śpiewanymi pointami rodem ze współczesnych kabaretów dla Polski klasy B, wydają się zbyt oczywiste i proste.

Tak jak kapitalizm nie obszedł się z "królowymi pierwszych polskich pikiet" łaskawie, zmuszając je do tęsknoty za komuną, tak i próby kontynuacji scenicznego żywota "Lubiewa" nikomu i niczemu sympatii nie przysporzą. "Lubiewo: Ciotowski bicz" po "Lubiewie I" jest jak przywołany z nostalgią w tekście spektaklu rozwodniony napój z owocowej galaretki rodem ze stołówki wczasowej FWP.