Justyna czyli niedole teatru

«Niestety wiosna nie jest najlepszą porą roku ani dla mnie, ani, jak się okazuje, dla teatru. Przesilenie daje się dotkliwie we znaki, dopadając nas w najmniej spodziewanych momentach. Podejrzewam, że dyrekcja Teatru Polskiego decydująca się na wystawienie sztuki markiza de Sade pt. "Justyna czyli niedole cnoty" liczyła na pewien sukces. Faktycznie nazwiska na afiszu (z autorem na czele) zdają się gwarantować więcej, niż odpowiedni poziom. Jednym słowem było wszystko co potrzebne do powtórzenia, na skalę kameralną, powodzenia "Kandyda". Z kobietami jest jednak ...jak z kotami. "Justyna" postanowiła pójść własną drogą i broń Boże nie pokalać swej cnoty rozgłosem, sprzedając swe wdzięki na scenie dość oszczędnie i oględnie.

Nazwisko markiz de Sade już u współczesnych mu obrastało niezdrową legendą. Publicznie potępiony z powodu skłonności do erotycznego okrucieństwa (oprócz biczowania bardzo lubił wlewać gorący wosk do świeżych ran) za sprawą teściowej spędził 30 lat w więzieniu, gdzie zapewne z braku lepszych rozrywek zajął się działalnością literacką. Dzisiaj jego powieści analizowane są przez etyków, socjologów, seksuologów i psychologów i czytane z niezdrowymi (tak, tak wciąż) wypiekami przez całą resztę. Markiza cechowało prawdziwie "oświeceniowe" zamiłowanie do filozofii. W większości utworów prezentuje bowiem swe kontrowersyjne wówczas poglądy. Natura wedle pana markiza jest po prostu okrutna, człowiek jednak musi działać według jej nakazów. Normy obyczajowe, narzucane społeczeństwu zadają gwałt naturalnym ludzkim skłonnościom do okrucieństwa. Zatem człowiek przekraczając nakazy obyczajowe słucha swych wrodzonych popędów, idzie za głosem natury.

Reżyser spektaklu w Teatrze Kameralnym Waldemar Śmigasiewicz nie próbuje autorowi niczego imputować, wiernie i czytelnie odtwarzając jego poglądy i treść "Justyny". Dodana jest jedynie postać Filozofa (Andrzej Hrydzewicz), komentującego akcję, zupełnie zresztą nie wiadomo po co dostawiona do tej składanki scenek kabaretowych i etiud aktorskich, jaką jest przedstawienie. Być może miał to być ambitny i zarazem atrakcyjny spektakl ale w takim razie to co widziałem na scenie odbiega od zamierzeń. Owszem ciekawe (choć jakby nie z epoki) są teksty (satyryczno-demaskatorskie) piosenek Macieja Wojtyszki, jak zwykle na dobrym poziomie muzyka Jerzego Derfla, bardzo dobre kostiumy i charakteryzacja aktorów (Maciej Preyer). Nic z tego jednak nie wynika. Posuwająca się miejscami w żółwim tempie akcja, tanie dowcipy, grepsy i generalnie jakby brak myśli powodują, iż "Justyna" nie jest niczym rewelacyjnym. Wydaje się też, iż nie miał reżyser serca do głównej postaci a i Halina Skoczyńska (chyba niezbyt fortunnie obsadzona) bezradna, skubiąca chusteczkę nie bardzo wie jak się znaleźć. Generalnie aktorstwo, no cóż, bez upadków ale i bez wzlotów. Najwięcej powodów do satysfakcji mają chyba Tomasz Lidek i Paweł Okoński dowcipnie kreujący homoseksualny tandem (Pan de Bressac i Jaśmin) również po stronie plusów może zapisać swój debiut studentka PWST - Małgorzata Niewiadomska. Cała znakomita reszta walczyła z przesileniem jak mogła, zachowując twarz choć w niektórych przypadkach nie obeszło się bez przebierania tudzież rozbierania. Hrabina z barytonem i dwa (w sumie statyczne) nagie, owszem smaczne ciała to trochę za mało. Zresztą sami artyści śpiewają "to był pech a nie grzech" i trudno nie zgodzić się z tą samokrytyką.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego