powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Po drugiej stronie lustra

Spadła głowa i od razu ruszyła giełda nazwisk na stanowisko dyrektora Biura Kultury Urzędu Miasta w Warszawie. Napięcie rośnie. Konie stoją w boksach, te czarne i te gniade - dla e-teatru pisze Ireneusz Janiszewski.

PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

Królowa Kier powiedziała "cut off the head" i tłum stworzeń zamieszkujących krainę baśni opanowała powszechna radość. Znienawidzony As Kier nie będzie ich już gnębił, a oni znów będą mogli kochać swoją Królową.

Ale Czerwona Królowa postanowiła zapewnić sobie miłość swoich poddanych po wsze czasy, zapewnić sobie miłość każdego z osobna - rzuciła buławę Asa Kier między poddanych. Wszysycy poddani rzucili się na klejnot. Divide et impera, szepnął do uszka Królowej stary przyjaciel stojący obok tronu. Tymczasem tłum najdziwniejszch istot zamieszkujących krainę baśni kłębił się dalej - wrzaski, wyrywane włosy, skóra na niedźwiedziu.

Spadła głowa i od razu ruszyła giełda nazwisk na stanowisko dyrektora Biura Kultury Urzędu Miasta w Warszawie. Napięcie rośnie. Konie stoją w boksach, te czarne i te gniade.

Wszyscy wiedzą jakie reguły rządzą w krainie baśni i po drugiej stronie lustra, ale tak miło jest zobaczyć swoje zwierciadlane odbicie w chwale z buławą przy boku. Wielu widzi siebie jako zbawcę. Innych namaszcza tłum.

Mało kto dopuszcza do siebie oczywistą sprawę. Konkurs na dyrektora Biura Kultury jest konkursem na pacynkę. Marek Kraszewski był po prostu sprawnym narzędziem dla tych, którzy w rzeczywistości kształtują politykę kulturalną Warszawy. Miał on też jedną zaletę - potrafił zjednoczyć środowisko ludzi kultury przeciwko sobie. Osoba wyłoniona z tego środowiska może je - obawiam się - jedynie: bardziej poróżnić. Poza tym musiałaby się zmienić nie tylko osoba sprawująca ten urząd, ale również jego chrakter i filozofia zarządzania. Musiałoby dojść do zmiany stylu polityczno-urzędniczego na styl społeczno-obywatelski. A tak się raczej nie stanie, bo to byłoby niebezpieczne dla całego systemu.

ROZTAŃCZENI ROZPOLITYKOWANI

Ostatnio w Polsce popularne są programy rozrywkowe opierające się na różnych rodzajach tańca. Okazuje się, że również artyści teatru pozazdrościli tanecznych pląsów. Przy czym najchętniej prezentują taniec dreptany lub taniec chocholi. W jednym odwołują się do tradycji dworskiej, a w drugim do tradycji romantycznej. Sięgają do znanej sobie literatury dramatycznej - inspiruje ich Bal u Senatora lub Wesele Wyspiańskiego. Niestety, nikt nie wpadł jeszcze na pomysł transmisji z tanecznych popisów w TVN, a to duży błąd, bo być może wpływy finansowe byłyby tak pokaźne, że podratowałyby budżet niejednego teatru.

UPADEK OBYCZAJÓW TEATRALNYCH

Ale dość tandetnych metafor i konceptów.

Po prostu - zakochalismy się w polityce. Zaraziliśmy się politykiertswem. Tak długo patrzyliśmy na to, co dzieje się po drugiej stronie lustra, że zaczęliśmy widzieć tam samych siebie. Upodobniliśmy się do kasty polityków, chyba jak żadna inna grupa społeczna. Naśladowczy talent okazał się przekleństwem. Zapatrzeni powtarzamy gesty przez nas znienawidzone. Przymierzamy czapki, dopasowujemy do boku buławy, niczym dzieci przymierzające stroje przed lustrem. Coraz więcej osób znanych w środowisku angażuje się bezpośrdenio w politykę, co niebezpiecznie zaciera granice.

Na manowce zwodzi nas też pycha, która każe nam wierzyć, że jesteśmy w stanie mieszać kaduceuszem w politycznym garnku. Kusi nas naturalna u twórców potrzeba poklasku, chwały.

Każdy z nas podobny jest do Hendrika Hoefegena z filmu "Mefisto", i chociaż wszyscy znają ten film, to niewielu ma przed oczami kilka kluczowych z niego scen - a szkoda.

Przypomnijcie sobie je za kazdym razem kiedy zaczniecie czuć, że macie wpyw na polityka, że możecie stawiać urzędnikowi wyrunki. Przyjrzyjcie się temu, co wydarzylo się z Teatrem Dramatycznym i jak bardzo podzieliło to środowisko, zobaczcie jak działa urząd wobec Grzegorza Jarzyny i TR. Znam ten sposób - Grzegorza Jarzynę zmęczą i zniechecą (chyba, że zmienią zdanie). Będą podawać argumenty merytoryczne, które są wątpliwej wartości, ale wyglądają przekonująco. A przecież oczywiste jest, że brak decyzji urzędniczej, brak prespektyw czasem jest dotkliwszy, niż decyzja negatywna. Bo jak zarządzać instytucją, jak planować kiedy się nie zna perspektywy w sprawie najważniejszej dla instytucji - w sprawie siedziby. Sytuacja jaką funduje teatrowi urząd nie mieści się w standardach kontroli zarządzczej, które urząd i teatr mają stale podnosić - jeśli już powoływać się na merytoryczne kwestie.

SAMI SWOI SAMYM SOBIE

Ale zastanówmy się czy sami jako środowisko nie prowokujemy do takich działań? Czy nie lobbujemy natrętnie u polityków? Nie walczymy namiętnie między sobą? Nie rysujemy coraz większej ilości podziałów w środowisku?

Tymczasem łatwo manipulować skłóconymi grupkami, które same się o to proszą. Politycy musza się doprawdy nieźle bawić widząc pożar w kurniku, który raz po raz nam fundują. Trochę trzepotu skrzydeł kilku nielotów i dużo gdakania. Kilka kur myśli, że jest jastrzębiami. Można też rzucić się na barykadę. Dajemy się prowokować, rzucamy kamyczkami nie zdając sobie sprawy, że w zamian dostaniemy politycznie osadzonego dyrektora na stołku albo obcięcie dotacji z powodu kryzysu.

Więc zacznijmy od siebie. Wygaśmy polityczną gorączkę. Dajmy spokój z pretensjonanymi gestami i słomianym zapałem inicjatyw mających zmieniać świat. Najpierw rzeczowo dyskutujmy między sobą nie czyniąc z siebie wrogów na śmierć i życie. A potem rozmawiajmy z władzami, z politykami i urzędnikami - nie pouczajmy ich, nie zachowujmy się jak tłuszcza, która chce zobaczyć egzekucję albo być świadkiem taniej zemsty. Nie żądajmy od każdego urzędnika, żeby mówił naszym językiem, może to my musimy wykazać się mniejszą ilością egotyzmu i nauczyć się języka urzędników. Rozmawiajmy dopóki się da, a jeśli już próbujemy wprost walczyć o pewne sprawy, to niech to będzie szczere i podparte ideami, a nie podszyte interesami, które dla średnio rozgarniętego polityka są do przejrzenia w kilka sekund i jest mu w istocie obojętne czy wesprze tę grupkę artystów czy inną.

Nie wierzmy też w to, że zmiana władzy coś zmieni, bo mechanizmy polityczne pozostaną. Wyczekiwanie z nadzieją wyobrów jest naiwnością, a spoglądnie w stronę prawicy jest skrajnie nieodpowiedzialne. Z wielu względów artystom zawsze będzie bardziej po drodze z socjałliberałami czy lewicą niż z jakąkolwiek prawicą.

Oczywiściem, prawda też jest taka, że środowisko nie widząc innego wyjścia rzuciło się w stronę polityki. Wynikało to zapewne z poczucia bezradności. Może do pewnego stopnia takie były wymogi chwili. Ale jak widać coś poszło nie tak, więc może warto się wycofać z tej błędnej i szkodliwej drogi. Sprawdzić na czym polega błąd w komunikacji. Może jest tak, że politycy nas nie słuchają, bo sami siebie nie chcemy słuchać i kierujemy się głównie doraźnymi interesami?

KAŻDY KRYZYS TO KRYZYS ZAUFANIA

To oczywiście daleko idące uproszczenie, ale w wymiarze społecznym każdy kryzys to kryzys zaufania. I w jakiejś perspektywie - kryzys wartości.

Braku zaufania nauczyliśmy się od polityków. Nie ufamy sobie nawzajem, nie wspieramy się, nie szanujemy. Owszem dobieramy się w grupy, ale tylko po to, żeby coś wywalczyć, albo bronić swojego interesu.

Wartości podważyliśmy sami - bo taka jest nasza natura i do pewnego stopnia rola: przewartościowywanie. Nasze działania artystyczne są rodzajem laboratorium społecznego. Jednak tym razem wirus, na którym eskperymentowaliśmy, zaraził eksperymentatorów.

Przestały łaczyć nas idee i etyka środowiskowa. Może były już lekko zakurzone i staromodne, ale przynajmniej do pewnego stopnia jeszcze działały. Idealizm chroni przed cynizmem, chociaż grzeszy naiwnością. Parafrazując klasyka - Kto nie był za młodu idealistą będzie na starość skurwysynem.

Jedyne co nas obecnie łączy to często daleko posunięta hipokryzja, zaś strażnicy etyki środowiska podmalowują tę wydmuszkę dość nieudolnie.

KRÓTKA PAMIĘĆ, BARWNE POSTACI I STANDARDY ETYCZNE

Niestety środowisko teatralne ma krótką pamięć. Taka widocznie jest wygodniejsza.

Z łatwością przebaczamy różne grzechy. Ktoś, kto w sposób wątpliwy zdobywa stanowisko dyrektora zaraz potem dostaje kredyt zaufania, bo przecież ostatecznie to politycy są ci źli, to oni tego biedaka tam wcisnęli na siłę. Nowe stanowisko od razu jest rozgrzeszeniem z poprzednich przewinień. Szybko zapominamy o sprawach, które jeszcze przed chwilą nas oburzały. Ponieważ w istocie nie chcemy tych sprawach realnie zainterweniować, a jedynie podnieść sobie poziom adrenaliny.

Z łatwością dajemy się nabierać na hasło: "politycy mnie biją" i rzucamy się bronić uciśnionego, niezależnie od tego, czy znamy kontekst sytuacji.

Środowisko lubi też barwne postaci. Widocznie błazeńskie popisy dowartościowują.

Środowisko lubuje się w sporach, jednak na refleksję nad własną etyką nie ma czasu i ochoty.

WŁASNE ZDANIE NIE JEST W MODZIE U WRAŻLIWYCH ARTYSTÓW

Kilka lat temu większość rozmów z kolegami, to były dyskusje na tematy artystyczne, teraz głównie dzielimy się spostrzeżeniami politycznymi, insynuacjami, plotkami.

W najlepszym wypadku tropimy patologie naszego środowiska i jego związków z polityką.

Indywidalizm kiedyś tak ceniony w środowisku ludzi sztuki zastąpiły tropizmy stadne. Posiadnanie własnego zdania jest coraz gorzej widziane. Warto przynależeć do jakiejś grupy. Indywidualista stał się z gruntu podejrzany. Każda negatywna ocena musi spotkać się nie z dyskusją - ale z odwetem.

Mnożą się spiskowe teorie. Homolobby, wszechwładza zideologizowanego Instytutu Teatralnego, kogoś uwiera goła dupa na scenie. Intynkt przetrwania wzmaga agresję.

Teatr straje się miejscem dla fanatyków. Wszyscy czują, że toczy się jakaś wojna więc tylko zradykalizowane postawy mają rację bytu. Ale z kim ta wojna? I o co?

Co jakiś czas w środowisku wybucha jakaś bomba lub bomka. Ktoś coś napisze i wszyscy kiwają głową w geście potwierdzenia słusznej myśli albo też oburzają się i wchodza w polemiki. Ale na ogół wynika z tego tylko harmider przekupek na rynku.

Przyznaję - jestem tym zmęczony.