powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zbyt długa opowieść o pewnym krótkim eksperymencie

A może środowisko teatralne zasługuje na takie konkursy jakie ma? Może takich konkursów skrycie pragnie? Bo przecież każdy może mieć nadzieję, że wreszcie przy którymś konkursie to właśnie jemu dopisze szczęście. Jeśli je solidnie wspomoże, rzecz jasna - Ireneusz Janiszewski o konkursach na dyrektora teatru.

Ponieważ zdecydowałem nie brać udziału w żadnym kolejnym konkursie na dyrektora teatru, mogę podsumować moją przygodę związaną z udziałem w tych zdarzeniach. Eksperyment trwał już jakiś czas. W paru konkursach uczestniczyłem, a więc uzbierało się kilka obserwacji. Można właściwie powiedzieć, że w konkursach uczestniczyłem z pewnym powodzeniem. W konkursie na dyrektora Teatru w Sosnowcu zostałem oceniony na drugim miejscu, podobnie w Białymstoku, gdzie kandydatów było szesnastu. Tyle, że drugie miejsce w przypadku konkursu na dyrektora to sukces nawet niepołowiczny.

Czy to nie zastanawiające, że ileś razy z rzędu zajmowałem zaszczytne drugie miejsce? Że zawsze byłem o krok od podium? Najwidoczniej za każdym razem czegoś mi w konkursie zabrakło. Pewnie zresztą nie tylko mnie, ale również innym współuczestnikom. Nieraz bowiem patrzyłem zdumiony, jak koledzy z dużym doświadczeniem artystycznym i dyrektorskim przegrywają z jakimś "czarnym koniem" w cuglach wygrywającym konkurs.

MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI

Kilka lat temu zdarzyło mi się zostać p.o. dyrektora Teatru Praga w Warszawie najprawdopodobniej z urzędniczego kaprysu. Widocznie rozmowy ze mną przekonały pewnego młodego polityka, do tego, żeby zaryzykować powierzenie mi prowadzenia teatru - bez konkursu. Może przy okazji chodziło o to, żeby oczyścić stajnię Augiasza, którą był Teatr Praga, pod panowaniem pana Jerzego Lacha, dyrektora Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego, pełniącego w nim naprzemiennie funkcję zastępcy dyrektora, specjalisty ds. artystycznych, reżysera kosztownych produkcji teatralnych. (Tak, to ten sam Jerzy Lach od słynnego konkursu na dyrektora Warszawskiej Opery Kameralnej). W ciągu kilku miesięcy, przy wysiłku współpracujących osób udało się zorganizować repertuar, nawiązać kontakt z partnerami strategicznymi, wyciągnąć teatr z długów, przygotować plany, uporządkować chaos administracyjny. W Warszawie ku mojemu zdziwieniu spotkałem wiele bardzo przychylnych osób, których wsparcie i pomoc była nieoceniona. Nie chciałem rozgrzebywać pewnych spraw w Teatrze Praga, ponieważ uznałem, że nie jestem śledczym ani prokuratorem, ale dyrektorem, i moim zadaniem jest zrobić wszystko, żeby instytucja działała, żeby teatr funkcjonował, a nie zajmować się mroczną przeszłością. Jednego nie udało się zrobić - przekonać organizatora, żeby zdobyć nową siedzibę dla Teatru Praga. Odniosłem też wrażenie, że wkrótce teatr przestał być wygodny dla Urzędu Marszałkowskiego, a przede wszystkim dla Pana Lacha, który w międzyczasie przestał w nim pracować. W rezultacie organizator zdecydował się połączyć, już i tak szczątkową, instytucję Teatr Praga z MCKiS, co w mojej ocenie było de facto likwidacją teatru. Mimo oferty pozostania na stanowisku, postanowiłem zrezygnować z funkcji dyrektora nie chcąc być likwidatorem instytucji kultury, w którą włożyłem dużo pracy i nadziei.

Ten krótki epizod dyrektorski przekonał mnie, że da się w ciągu kilku miesięcy, ogromnym nakładem pracy, czasem bezwzględnie wykorzystując potencjał współpracowników, uruchomić niedziałającą instytucję. Co więcej - okazało się, że wielu pracowników pogrążonych w marazmie i lenistwie, potrafiło sobie przypomnieć czym jest praca w teatrze. Wystarczyło w nich obudzić to, co uśpione - chociażby doświadczenie pracy dla Hanuszkiewicza. To był dobry początek. Ale ponieważ byłem rzucony na głęboką wodę, szybko uświadomiłem sobie, jak dużo nie wiem i jak szybko muszę nadrabiać braki, dlatego po przygodzie z Teatrem Praga zrobiłem studia z zakresu zarządzania kulturą, aby i w teorii mieć pewne oparcie. Zrozumiałem też, że przy największych staraniach ze swojej strony, dyrektor nic nie zrobi, jeśli nie będzie miał po drugiej stronie organizatora chętnego do współpracy.

W konkursach zacząłem brać udział, ponieważ uznałem, że szczególnie nam, twórcom młodego pokolenia coraz trudniej porozumieć się z dyrektorami weteranami, traktującymi teatry jak swoje folwarki, że w teatrze w Polsce robi się ciasno, że czas już na zmianę pokoleniową. Nie potrafiłem się pogodzić z tym, że wiele scen "leży odłogiem", i uważałem, że nawet jeśli znajdują się one na tak zwanej prowincji, to o prowincjonalności ich decyduje postawa ludzi, a nie położenie geograficzne. Uważałem, że każde deski sceniczne są na wagę złota, i że ludzie teatru zawsze nimi pozostają, że mają w sobie to marzenie, które można obudzić.

Co więcej - do udziału w konkursach namawiałem kolegów, którzy według mnie mieli potencjał do dyrektorskiego zajęcia. Teraz mogę za to tylko przepraszać.

I przepraszam.

MENADŻERÓW BRAK

To, że brakuje menadżerów kultury to fakt. Można skończyć studia z zarządzania kulturą, ale nie ma to wiele wspólnego z praktyką prowadzenia instytucji artystycznej.

Niestety, nie ma systemu, który przygotowywałby praktycznie do objęcia stanowisk zarządczych w kulturze, nie ma systemu awansów zawodowych w tej dziedzinie. A to wszystko z prostej przyczyny - ponieważ nie leży to w niczyim interesie.

Obecni dyrektorzy teatrów uważają, że świetnie sobie radzą sami i na ogół do emerytury mają jeszcze dużo czasu. Urzędnicy i politycy podkreślają brak profesjonalnej kadry menadżerskiej i problemy administracyjno-finansowe w podległych im teatrach, ale dlatego, że na stanowiska w teatrze często sami patrzą łakomie. Przecież wydaje się, że każdy urzędnik z kierowniczym doświadczeniem poradzi sobie lepiej w teatrze niż dyrektor- artysta, często wprost deklarujący wstręt do pracy administracyjnej, nie dbający w wystarczający sposób o finanse.

Ostatnio, rozwiązaniem tego problemu wydaje się zatrudnianie w instytucjach samorządowych dobrze wykształconych, doświadczonych w swojej działce, często bardzo kreatywnych i skutecznych menadżerów kultury z NGOsów. Wydawałoby się to dobrym pomysłem. Jednak zarządzanie projektowe charakterystyczne dla NGOsów jest czymś zupełnie różnym od tego, w jaki sposób zarządza się instytucją ze stałym zespołem i zastaną, sztywną strukturą. Może okazać się, że menadżer przenoszący swoje doświadczenia ze świetnie prowadzonego NGOsu nie będzie wiedział co zrobić z takim potencjałem, który z razu wyda mu się zbytecznym balastem.

ZAPRZEPASZCZONA SZANSA CZYLI JAK ZEPSUĆ USTAWĘ

Nowa ustawa o prowadzeniu działalności kulturalnej przynosiła wiele nadziei na pozytywne zmiany. Miało być więcej konkursów. Szykowała się mała rewolucja. Szykowała się seria upadków z wysokości dyrektorskich stołków. Jednak w ostatniej chwili podsunięto bezpieczny materac w postaci możliwości przedłużenia umowy dla dotychczasowych dyrektorów niejako z automatu.

Natomiast na przyszłych dyrektorów zastawiono pułapkę w postaci fikcji związanej z kontraktami menadżerskimi.

Jedno, co się udało w teatrze, to umocnić to stare powiedzenie, które krąży wśród pracowników instytucji - "dyrektorzy się zmieniają, my zostajemy". Teraz dyrektorzy rzeczywiście być może będą się zmieniać co kilka lat, ale zespoły artystyczne czy ekipy administracyjne będą nadal opoką polskich twierdz teatralnych.

SPISKOWE TEORIE DZIEJÓW

W Polsce od zawsze popularne są spiskowe teorie dziejów. Wokół konkursów narosło ich mnóstwo. Jak zwykle mają one swych wyznawców, jak i zdecydowanych przeciwników. Przyznam, że starałem się konsekwentnie pewne niepokojące plotki ignorować.

Ale w tym tekście do plotek właśnie się odnoszę, podejmuję z nimi pewną grę. Są one naturalnym żywiołem w środowisku artystycznym i po prostu uznałem, że raz a porządnie trzeba się im przyjrzeć. Może jest w nich część prawdy.

Oczywiście, boję się, żeby nie stać się niczym Macierewicz snujący teorię sztucznej mgły nad lotniskiem w Smoleńsku. Ale czasem wydaje mi się, że nad tym wszystkim właśnie mgła się unosi. Obraz jest niewyraźny. Brakuje przejrzystości - TRANSPARENTNOŚCI.

ŻEBY ZOSTAĆ DYREKTOREM TRZEBA BYĆ DYREKTOREM

Warunki formalne (wymogi formalne) wielu konkursów na dyrektora teatru zakładają najczęściej wieloletnie doświadczenie kierownicze kandydata. Wniosek z tego taki, że aby zostać dyrektorem trzeba być wcześniej - dyrektorem. I nie pomogą tutaj studia z zarządzania kulturą czy kursy menadżerskie. Teoretycznie wszystko się zgadza - organizator może postawić wymagania takie, które uznaje za konieczne do poprawnego prowadzenia podległej mu instytucji.

Ale trudno nie zanotować dużych różnic w warunkach stawianych kandydatom przez samorządy organizujące konkurs.

Niekiedy organizator wymaga wieloletniego doświadczenia kierowniczego, a innym razem zaledwie wykształcenia związanego z kulturą.

Ostatnio coraz częściej pojawia się dość egzotyczna alternatywa: "x lat doświadczenia na stanowisku kierowniczym w instytucji kultury albo x lat prowadzenia działalności gospodarczej związanej z kulturą". Nikt zapewne nie zastanawia się jakie niesamowite umiejętności nabywa osoba samodzielnie prowadząca działalność gospodarczą - czyżby to, że wie jak wygląda faktura VAT i że przydaje się ktoś taki jak księgowa? Do tego żeby być dyrektorem wystarcza doświadczenie w prowadzeniu agencji aktorskiej albo teatru obwoźnego, ale na przykład to, że ktoś zrealizował wiele spektakli, w czasie których zarządzał dużym zespołem ludzkim, już nie jest tym minimum. Coraz częściej do starania się o dyrekturę uprawnia prowadzenie fundacji lub stowarzyszenia, ale w zasadzie nikt nie sprawdza czy nie miało ono np. siedziby w garażu i jakie projekty zrealizowało.

Niekiedy wygórowane wymogi formalne stanowią zaporę, która skutecznie uniemożliwia udział w konkursach ciekawym kandydatom. Później władze same narzekają, że nie ma z kogo wybierać. Przykład niedawnego konkursu w Jeleniej Górze - wymogi były wygórowane, bo nie dość, że kandydat musiał mieć doświadczenie kierownicze, to jeszcze doświadczenie w realizacji projektów unijnych i inwestycji. Wiele kompetentnych osób nie zdecydowało się na udziału w konkursie, w obawie przed tymi oczekiwaniami. Tymczasem po pewnym zamieszaniu i plotkach o nachalnym lobbowaniu na rzecz jednego kandydata - wybrano kogoś kto chyba nie ma wiele wspólnego z wyjściowymi oczekiwaniami organizatora. Prezydent wahał się czy podpisać nominację, bo obawiał się, że nowy dyrektor sobie nie poradzi. Ale niepodpisanie powołania osoby wyłonionej w konkursie jest zawsze politycznie niezręczne.

PO NITCE DO KŁĘBKA

Doświadczenie nauczyło mnie, że aby wywnioskować, kto ma szansę w danym konkursie, wystarczy dopasować wymogi formalne do profili kandydatów. W jednym konkursie wymagane jest doświadczenie kierownicze, ale zapomniano dodać, że w instytucji kultury (czyżby miał wygrać urzędnik?), w innym nie ma wymogu ukończenia studiów wyższych (może rzeczywiście nie jest to konieczne?), w jeszcze innym tylko rok na stanowisku kierowniczym (dlaczego akurat rok, a nie 9 miesięcy?) albo kilka lat, ale nie pełnienia funkcji kierowniczej, ale kierowania projektami, a to robi wielką różnicę. Zawsze na liście kandydatów znajdzie się ktoś, kto spełnia bardzo precyzyjnie, jakimś dziwnym trafem, te właśnie oczekiwania.

"WESOŁY AUTOBUS"

Tak się w środowisku teatralnym mówi o grupie osób, które uczestniczą w prawie każdym z organizowanych konkursów. Nie wiedząc czemu w ostatnim okresie autobus znacznie powiększył swoje rozmiary. Teraz to prawdziwy przegubowiec. Bo 31 kandydatów do zwykłego busa się już nie zmieści, a taki tłum powoli staje się normą. Wkrótce w wesołym autobusie trzeba będzie walczyć o miejsca siedzące.

Nie wiadomo co powoduje tymi osobami. Desperacja czy naiwność. Różne plotki krążą. Przyznam, że nie czuję się komfortowo w wesołym autobusie, i między innymi dlatego - wysiadam.

DOBRE RADY WARTE KAŻDEJ CENY

Kiedy rozniesie się plotka, że startuje się w konkursie można spotkać się z różnymi reakcjami. Jedni będą deklarowali, że trzymają za ciebie kciuki aż im palce sinieją. Zresztą pewnie i innych kandydatów zapewniają o tym samym. To ludzie o ponadprzeciętnej ilości kciuków.

Inni zaczną ostrzegać, że konkurs to ustawka, zaczną odradzać. To tak zwane "dobrze poinformowane osoby". Jeszcze inni zaoferują pomoc, z której żal będzie nie skorzystać.

TAJNE PRZEZ POUFNE

Wiele aspektów procedur konkursów dyrektorskich nadal z niewiadomych przyczyn nie jest upublicznianych. O ujawnienie nawet podstawowych informacji, które zresztą nie są tajne, trzeba się upominać. Czasem robią to bardziej dociekliwi dziennikarze.

Jednak tajne bywają także działania kandydatów. Zdarza się, że do ostatniej chwili trzymają w tajemnicy swój udział w konkursie. Bywa, że wprost zapytani - zaprzeczają. Trudno stwierdzić czy czegoś się obawiają? Tego, że ktoś będzie starał się zebrać informacje na ich temat? Poszuka ich na Facebooku i sprawdzi czy nie mają podejrzanych znajomych wśród zbyt rewolucyjnych reżyserów albo nie napisali o kimś ważnym, że jest "chjem" ? A może liczą, że z zaskoczenia, nagle wyskoczą z okopów wprost na konkursowe szańce i barykady.

KONKURS NA KANDYDATA NA STANOWISKO

Warto podkreślić, że konkursy nie są konkursami na stanowisko dyrektora teatru, ale konkursami na kandydata na stanowisko dyrektora teatru. Brzmi dziwnie? A to właśnie robi wielką różnicę.

W konsekwencji, powołanie lub niepowołanie kandydata wskazanego przez komisję jest w rękach organizatora, który może konkurs unieważnić i rozpisać nowy lub powołać osobę z pominięciem procedury konkursowej przy spełnieniu pewnych warunków. Sytuacje, w których organizator decydował się nie powoływać osoby wyłonionej w procedurze konkursowej już miały miejsce. Zdarzyło się również, że komisja wskazywała na dwóch lub więcej kandydatów i pozostawiała ostateczną decyzję organizatorowi. W praktyce niepowołanie osoby wyłonionej w drodze konkursu z politycznych względów jest zawsze ryzykowne, nawet gdyby organizator był przekonany, że kandydat nie jest dobry i że się z nim nie porozumie.

CO PRZYSZŁY DYREKTOR POWINIEN WIEDZIEĆ

W wielu konkursach nie padają żadne poważniejsze merytoryczne pytania z zakresu zarządzania instytucją. Nikt nie sprawdza, czy kandydat ma podstawową wiedzę na temat warunków finansowych i organizacyjnych instytucji, o którą się stara. Czyżby taka wiedza nie była mu potrzebna? A może takie pytania spowodowałyby, że większość kandydatów by się wyłożyła, bo na przykład nie zadała sobie trudu, żeby przeanalizować sprawozdania finansowe za ostatnie lata albo nie zrobiła analityki frekwencji czy nie zna repertuaru teatru o który się stara. Problem w tym, że potem dyrektorzy prowadzą instytucje "na czuja", nie wiedząc nawet, że da się inaczej, że są narzędzia, które można wykorzystać. Taki dyrektor musi ślepo wierzyć księgowej, jest zdany na to, co powie pani z marketingu.

Czasem wydaje mi się, że niewiedza i nieświadomość się jednak przydaje. Może chroni przed wątpliwościami, przed lękiem, że jak wygram konkurs, to sobie nie poradzę? Bo coraz częściej kandydują osoby, które mają na koncie zrobione trzy spektakle, albo teatr widziały od strony kulis na wycieczce szkolnej, nie mówiąc o podstawowej wiedzy z zarządzania, marketingu czy chociażby obserwacji tego, w jaki sposób prowadzi teatr doświadczony dyrektor.

Zresztą ostatnio koledzy zainteresowani udziałem w konkursach sami się do mnie zgłaszają, żeby "wybadać" co i jak. Co ciekawe pytają jakie trzeba mieć "plecy". Albo co trzeba "wiedzieć". Zwykle kiedy mówię, żeby zapoznali się na początek z kilkoma aktami prawnymi - zniechęcają się i rezygnują. Bo przecież, żeby prowadzić teatr trzeba mieć tylko wizję i chęci.

PRZYPADKI CHODZĄ PO INSTYTUCJACH

Ostatni konkurs, w którym brałem udział, na dyrektora Teatru w Bielsku - Białej jest o tyle dla mnie istotnym doświadczeniem, że w pierwszym dniu przesłuchań konkursowych z dwóch niezależnych źródeł usłyszałem nazwisko osoby, która rzekomo "ma wygrać". Ponieważ nie mam w zwyczaju zajmować się plotkami zignorowałem tę informację. Jednak wyniki konkursu solidnie mnie zaskoczyły, bo spośród grona całkiem kompetentnych osób komisja wybrała Witolda Mazurkiewicza, którego nazwisko padło od tzw. "dobrze poinformowanych osób". Z ciekawością odnotowałem także, że to na profilu byłego dyrektora Teatru Polskiego Roberta Talarczyka pojawiły się głosy zadowolenia z wyniku konkursu i gratulacje. Niepokojące? A może po prostu dziwny zbieg okoliczności. Może "dobrze poinformowane osoby" po prostu "trafiły" typując wygranego? Może współpraca Talarczyka i Mazurkiewicza to zwykły przypadek? Tak samo jak to, że Witold Mazurkiewicz spełnia wymóg formalny roku doświadczenia na stanowisku kierowniczym, bo właśnie przez ponad rok pracuje w Teatrze Rampa jako kierownik artystyczny.

Przecież trudno uwierzyć, że Robert Talarczyk aż tak skutecznie polecił Mazurkiewicza na swojego następcę w czasie spotkania z zespołem, o czym niedawno powiedział mi Artur Pałyga.

Ciekawym doświadczeniem był również konkurs w Sosnowcu. Obecnego dyrektora Zbigniewa Leraczyka spotkałem w teatrze, gdzie można było zapoznać się z warunkami finansowymi i organizacyjnymi instytucji. Po rozmowie z panem Leraczykiem pełniącym już wtedy funkcję p.o. dyrektora odniosłem wrażenie, że w zasadzie dyrektor jest im tam - wcale niepotrzebny, i że świetnie sobie radzą sami. Było to zastanawiające. W konkursie brało udział wielu kandydatów z doświadczeniem dyrektorskim, ale to Leraczyk został rekomendowany przez komisję (chyba zresztą bez udziału przedstawicieli MKiDN) na dyrektora, mimo że takiego doświadczenia nie miał. Moje drugie miejsce zostało podobno oprotestowane, ale nie zmieniło to rezultatu. Wkrótce na pomoc Leraczykowi została ściągnięta Dorota Ignatiew i chyba to uratowało ten teatr.

Natomiast moim pierwszym pozytywnym doświadczeniem konkursowym był konkurs w Białymstoku. Rozmowa z komisją trwała prawie półtora godziny i nie czułem, że zostałem zbyty kilkoma pytaniami. Miałem też wrażenie, że przedstawiciele zespołu prowadzą ze mną poważną rozmowę i poczułem, że po drugiej stronie stołu mam partnerów, a nie ludzi przepełnionych brakiem zaufania czy wrogością. Konkurs wygrała Agnieszka Korytkowska, która zresztą z tamtych rejonów pochodzi. Nie miałem poczucia klęski, bo przecież wygrała młoda, dynamiczna osoba.

A KIEDY ZDARZY SIĘ TO NIESZCZĘŚCIE

Za nowych dyrektorów trzymam kciuki. Kiedyś młodzi dyrektorzy jak Pietrowiak, Korytkowska, muszą nauczyć się prowadzenia teatru. To zawsze nauka na żywym organizmie. Inna sprawa, że powinni poświęcić sprawy swojej kariery artystycznej prowadzonym teatrom, że nie powinni brać przykładu z niektórych swoich starszych kolegów, dla których prowadzenie teatru jest okazją do "stabilizacji finansowej", dodatkiem do pracy reżysera. Podobnie niebezpieczne jest zapatrzenie we własne pomysły i przekonanie, że wszystko już wiem, bo zanim zacznie się naprawiać instytucję, trzeba zobaczyć, co funkcjonuje źle. O tym jakim się będzie dyrektorem decydują predyspozycje osobowościowe, czasem odporność psychiczna, konsekwencja w działaniu. Ostatecznie jednak każdy teatr jest inny, czasem coś zahaczy, czasem - nie. Bo teatr to nie budynek, ale ludzie, a to żywioł nieprzewidywalny. Każdy musi być jednak gotowy na spotkanie z lękami i nieufnością. Zresztą ludzie w teatrze i nowy dyrektor muszą dać sobie kredyt zaufania, bo bez tego nie da się ruszyć we wspólną drogę.

Niektóre kompromisy ostatecznie się udają. Sosnowiec - Leraczyk osoba niekompetentna, ale Dorota Ignatiew jakoś "nadrabia" tę pomyłkę, w Tarnowie sprawny menadżer z urzędniczego nadania Balawejder i Pietrowiak, która ma dryg do bycia dyrektorką, nieźle się sprawdzają, Korytkowska, ma pomysły, ale w mojej ocenie brakuje jej menadżera, który by mógł ja wspomóc.

Generalnie trzymam kciuki za młodych dyrektorów, chociaż patrzę dość krytycznie na to, co robią. Jeśli im się nie uda, to na dłuższy czas pozostanie uraz do tych "młodych". Wiem jakich trudnych i niewdzięcznych zadań się podjęli. Ale też wiem ile satysfakcji daje prowadzenie teatru i, że to może być równie twórcza praca, jak reżyserowanie. Wiem, ile zamkniętych dotąd drzwi otwiera magiczne słowo "dyrektor".

Jednocześnie współczuję im tego - jak nazwał to jeden z moich kolegów dyrektorów - pocałunku śmierci. Tak. Niestety dla reżysera nawet krótki okres dyrektorowania jest "pocałunkiem śmierci". Taki delikwent potem budzi niechęć i nieufność dyrektorów. Zwykle reżyserzy po okresie dyrektorowania nie mają propozycji pracy. To dlatego w czasie pełnienia funkcji dyrektora tak często reżyserują, a potem tak długo trzymają się stanowisk. Wiedzą, że to droga w jedną stronę. Przygotowanie gruntu pod wygranie kolejnego konkursu może potrwać lata, a powrót do zawodu reżysera jest prawie niemożliwy, choć oczywiście są tu wyjątki.

MIT URZĘDNICZYCH USTAWEK

Czas skończyć z mitem, że to bezwzględni urzędnicy ustawiają konkursy. Rzeczywiście, i tak bywa. Ale na ogół robią to pod presją albo przy udziale środowiska. Każdy kandydat ma coś ustawione. Ma jakieś "plecy". Albo zadbał o głosy członków komisji.

Konkurs na dyrektora nie jest oceną merytorycznej wiedzy, pomysłów czy predyspozycji kandydata. Zresztą gwoli prawdy czy nawet godzinna rozmowa jest w stanie sprawdzić owe predyspozycje ?

Konkurs staje się testem z umiejętności kupczenia, zjednywania sobie ludzi, załatwiania głosów komisji. Problem w tym, że to co jest zaletą, zaradnością w sytuacji konkursu jest wadą u przyszłego dyrektora. Zarządzanie bowiem to nie konkurs piękności albo wyścig sprytnych inaczej.

Konkursy zmuszają ludzi do tego, że stają się bardziej podobni politykom, niż dyrektorom teatrów. Nie trzeba być dobrze przygotowanym, trzeba być dobrze ułożonym, trzeba mieć plecy.

Rozumiem sytuację, w której kandydat nie chce być anonimowy dla zespołu i władz przed konkursem, ale "załatwianie" sobie głosów w konkursie to coś, co jednak nie powinno mieć miejsca. Kupowanie przychylności członków komisji kosztuje. Trzeba w zamian coś zagwarantować, obiecać. Przypomina to zupełnie sytuację z osadzaniem na tronie królów elekcyjnych. Ostatecznie nie ma to jak kontynuować najwspanialszą polską tradycję.

Może wykażę się ogromną naiwnością, ale wierzę, że zdarzają się władze, które w intencji chcą przeprowadzić uczciwy konkurs.

Niestety zdarza się, że choć sami nie sterują konkursem w rezultacie dają przyzwolenie, że ktoś inny nim pokieruje. Chętnych do manipulacji jest wielu.

KTO KOGO REPREZENTUJE I PO CO

W konkursowych komisjach zawsze ma swoich przedstawicieli MKiDN. To od nich padają zwykle sensowne, merytoryczne pytania. Problem w tym, choć może się mylę, że przedstawiciele Ministerstwa na ogół zgadzają się z preferencjami organizatora. Może jest w tym pewna słuszność - jeśli kandydata nie polubi organizator, to i tak współpraca nie będzie się dobrze układała.

ZASP to kolejna siła, z pomocą której można zdobyć głosy. Kogo ZASP reprezentuje - doprawdy nie wiem. Na ogół pytania przedstawicieli ZASPu nie są związane z dbaniem o interesy zespołu.

Związki zawodowe albo przedstawiciele zespołu - to na ogół postrach kandydatów, bo z reguły są nieufni i wrodzy wobec "obcych"; chyba, że kandydat wcześniej unieszkodliwi ich obietnicami zachowania staus quo w instytucji. Ale jeśli trafi się na inteligentnych ludzi, którym zależy na swoim teatrze - zdarzają się ciekawe rozmowy i wierzę, że reżyser potrafi z aktorami znaleźć wspólny język, bo mogą dzielić nas różne sprawy, ale łączy teatr. Aktorzy często mają instynkt wobec reżyserów. Szybko potrafią wyczuć kogo mają po drugiej stronie. Moim zdaniem miast liczyć na obietnice powinni zaufać swojej intuicji.

CZEGO NIE WOLNO MÓWIĆ

Czego nie wolno mówić w konkursie? Nie wolno mówić - prawdy.

Przed prawdą wszyscy będą cię przestrzegać. Bo teatr to grupa wystraszonych perspektywą jakiejkolwiek zmiany ludzi - jak celnie to ujął Villqistt w felietonie "Dziesięć przykazań".

Nie możesz mówić o realnej sytuacji finansowej instytucji - bo trzymany w nieświadomości albo po prostu nie znający się na tych sprawach zespół może się przestraszyć. Również organizator może, o zgrozo, zauważyć roszczeniową postawę przyszłego dyrektora.

Okazuje się, że także plany artystyczne mogą być niebezpieczną miną, na która może wpaść twój okręt podążający do bezpiecznego portu. Pewne nazwiska skutecznie odstraszają. Nie daj boże powiedzieć magiczne nazwisko Strzępka. Ale nawet Ratajczak może obudzić chłód w sercach niektórych członków komisji. Nazwiska mniej znane dezorientują, zaś nazwiska uznanych reżyserów powodują, że wszyscy od razu wyobrażają sobie obcego potwora, który "wydoi" kasę z ich teatru. W zasadzie nawet wpisanie do programu dość enigmatycznego "współpraca z twórcami młodego pokolenia" bywa już ryzykowne. Ten podstęp może być szybko zdemaskowany. I można być posądzonym o przynależność do grupy związanej ze znanym teatrożercą Maciejem Nowakiem, a to na ogół skreśla. Podobnie jak choćby napomknięcie o teatrze w Wałbrzychu czy Bydgoszczy. Przecież tam jest Sodoma i Gomora polskiego teatru.

Nie mówić o zwolnieniach. To oczywiste. Po co budzić popłoch w zespole artystycznym. Jakie tam rozmowy sezonowe? Gospodarstwo bierze się z dobrodziejstwem inwentarza.

Ale jak pominąć sytuację podobną do tej w Teatrze Śląskim w Katowicach, jak nie powiedzieć o koniecznej restrukturyzacji, która powinna być podstawą programu, bo przy tej ilości administracji teatr zatonie finansowo?

Jak nie powiedzieć zespołowi, że konieczne są zmiany, że trzeba trochę świeżej krwi, jednocześnie nie wychodząc na oszołoma, który chce wszystkich zwolnić?

Wyznaję. Moim grzechem było to, że wierzyłem w szczerość i w to, że argumentami można przekonać rozmówców. Inaczej nie widzę sensu. Po współpracownikach oczekuję, że będą moimi partnerami, że podobnie jak ja będą przedkładać interes instytucji nad interes prywatny.

KONKURS WYGRANY TO KONKURS UCZCIWY

Dla wielu osób ze środowiska konkurs wygrany przez kolegę, który zaproponuje współpracę to konkurs uczciwy, a nieuczciwy konkurs to taki, kiedy wygrał ktoś kogo się nie zna i kto nie budzi zaufania, to jest- nie rokuje na współpracę. Sprawa jest w sumie prosta. O konkursach krążą legendy. Jedni uważają, że z konkursów należy zrezygnować, bo z zasady są nieuczciwe. Inni, akurat podzielam ten pogląd, uważają, że to i tak jedyna możliwa procedura w demokratycznym państwie, tyle że jak wiele rzeczy w Polsce jakimś dziwnym trafem kuleje. A może środowisko teatralne zasługuje na takie konkursy jakie ma? Może takich konkursów skrycie pragnie? Bo przecież każdy może mieć nadzieję, że wreszcie przy którymś konkursie to właśnie jemu dopisze szczęście. Jeśli je solidnie wspomoże, rzecz jasna.

Jedno jest pewne - plotek jest co niemiara, sporów równie dużo. Ludzie dzielą się na większość, która uważa, że konkursy są w taki czy inny sposób "ustawione" i mniejszość, która uważa, że "niekoniecznie".

I jeszcze jedno - a co jeśli dzięki wątpliwemu konkursowi wygrywa dobry kandydat? To dobrze czy źle?

A może zaradność przy okazji konkursu to jedna z podstawowych kompetencji, która powinna weryfikować kandydata?

BRAĆ TEATR, WALKA O STOŁEK

Sposób mówienia o stanowiskach dyrektorskich i konkursach często uwłacza biorącym w nim udział osobom. Z jakichś powodów mówi się o "chętnych do stołka", o "karuzeli dyrektorów", o "teatrze do wzięcia", o pieniądzach.

Ale może taki sposób postrzegania konkursów i dyrektorów jest uzasadniony? Może media nazywają wprost coś, o czym my mówimy dużo bardziej oględnie? Może dyrektorzy teatrów przypominają partyjnych kacyków albo przyspawanych do stołka działaczy, a konkursy to wyścig do stołków oraz po kasę do zgarnięcia?

Może rzeczywiście bycie dyrektorem to dla jednych sposób na realizację niespełnionych ambicji reżyserskich, dla innych sprawy finansowe, a jeszcze dla innych zapewnienie gronu znajomych etatów oraz szans na realizacje spektakli. Zdarza się, że jest to brutalny skok na kasę, co jest chyba najbardziej przykre.

Zresztą w Polsce zakłada się, że pierwszy milion trzeba ukraść, a pierwsze stanowisko zdobyć nieuczciwie przez znajomości albo z partyjnego klucza.

TO CO WSZYSCY KOCHAMY CZYLI GRZECHY STARSZYCH KOLEGÓW

Każdy z nas, reżyserów, którym przyszło tułać się od teatru do teatru, może bez problemu wymienić wady i grzechy dyrektorów.

Każdy z nas chciałby, żeby było inaczej, niż jest. Każdy marzy o tym, żeby spotkać dyrektora który go rozumie, który umożliwi rozwój drogi zawodowej, choć jesteśmy świadomi, że o żadnej drodze nie może być mowy w czasie, kiedy teatr stał się rynkiem szybkich dwu-sezonowych karier.

Marzymy, aby dyrektor był partnerem w sprawach artystycznych, a nie liczył na to, że w zębach przyniesiemy dziesiątki propozycji, z których może coś wybierze - a może jedynie powybrzydza. Chcielibyśmy, żeby dyrektor był słowny, żeby był decyzyjny.

Albo przynajmniej, żeby dyrektor nas szanował i skoro mu za to płacą, odpisał na maila czy list, odebrał telefon. Nikt nie chce być ignorowany, traktowany jak śmieć. Reżyserów i aktorów, jak to mówią niektórzy "jest jak psów", a dyrektorów tylko kilku. Jednak czy w takim razie wybraniec nie powinien być wielkoduszny i hojny?

Mam jeszcze jedno spostrzeżenie - dyrektorzy się nie krytykują. Dyrektorzy na ogół odnoszą się do siebie z daleko idącą pobłażliwością. Czasem tylko słyszy się szepty oburzenia na Ewę Pilawską - "gdybym ja coś takiego zrobił u mnie w teatrze, to przestałbym być dyrektorem z dnia na dzień", ale i w tym jest jakaś zazdrość o skuteczność koleżanki, która uniknęła konsekwencji i potrafiła zmobilizować nieświadome faktów środowisko do obrony, potrafiła "uruchomić" lokalnych polityków. Niekiedy ktoś powie o innym, że to "pieczeniarz" albo "cwaniak", ale to pod warunkiem, że kolega dyrektor jest już na "wylocie". Bardzo rzadko krytykuje się długie kadencje dyrektorskie, bo przecież każdy zazdrości koledze umiejętności utrzymania się na stołku. Podziw budzą omnipotentni dyrektorzy jak Waldemar Zawodziński i Wojciech Nowicki, którzy potrafią prowadzić jednocześnie dwa teatry. O niektórych mówi się - wypalony. Ale okazuje się, że i z takimi postaciami jak Janusz Wiśniewski można się solidaryzować. Swoistą próbą hartu ducha dla dyrektorów było to w jaki sposób oparli się niebezpiecznym falom nowej ustawy o prowadzeniu działalności kulturalnej, które mogły ich zmyć z pokładu. Ci co przetrwali zyskali - pełen szacunek kolegów.

Niektórzy dyrektorzy obrośli mitami o ich genialnym zarządzaniu, jak ich instytucje etatami - przykład Krystyny Szaraniec. Nikt w to nie wierzy, ale po co psuć komuś dobre samopoczucie.

Co ciekawe - reżyserzy też na głos nie krytykują dyrektorów - każdy chce mieć szansę na pracę. Nikt więc nie zaryzykuje pozbawienia się sympati ludzi, od których zależy jego los.

Czasem gdzieś tam słyszy się o legendarnych dyrektorach z praczasu, którzy byli godni, uczciwi, inteligentni, ale nikt już tego nie pamięta. Ktoś mówi o Zygmuncie Hübnerze. Może majaczą gdzieś jakieś wzorce odległe postacie ze spiżu są jak figury z mitycznych czasów Śródziemia, a tymczasem wszystko przykryte dymami Mordoru i czasem jakiś Gollum powlecze się między budynkami szacownych teatralnych gmachów.

Jednak dyrektorzy weterani, "stara gwardia", czy - jak to się mówi - "leśni dziadkowie" mają pewne asy w rękawie. Często nawet najmniej zdolny osobnik, po dziesięciu albo dwudziestu latach kierowania teatrem czegoś się nauczy. Jeśli nie z zakresu zarządzania, to przynajmniej z układania sobie wzorowych relacji z urzędnikami.

GDZIE JEST NASZA KLASA?

Tymczasem moja klasa - nie dostaje teatrów. Co więcej - moja klasa nie startuje w konkursach. Z kilku prostych powodów.

Wielu ciekawych artystów o ugruntowanej pozycji nie chce przysiadać się nawet obok kierowcy w "wesołym autobusie". I nie ma co się dziwić. Nie chcą zdawać się na łaskę czy niełaskę konkursowych rozstrzygnięć. Często zdają sobie sprawę, że dla wielu władz czy zespołów są zbyt nieprzewidywalni i spotkają się z nieufnością, która skreśli ich kandydatury. Intrygowaniem i lobbowaniem wokół konkursów nie chcą się zajmować, bo są zajęci ważniejszymi sprawami. Nie chcą też ryzykować przegranej z jakimś czarnym koniem, bo to lokowałoby ich niżej, niż ten wyciągnięty z kapelusza wygrany królik.

Kilku myśli o konkursach, ale interesuje ich kierowanie artystyczne teatrem i chcą nadal zajmować się swoją działalnością twórczą. Trudno im się dziwić, jeśli robią to z powodzeniem i pasją.

Efekt jest taki, że ci, którzy mogliby zmienić oblicze polskiego teatru, wprowadzić nową jakość, nawet popełniając przy tym błędy, po prostu nie mogą nawet podjąć takiej próby.

Ich nazwiska pojawiają się na różnych giełdach, są wśród nich Strzępka, Zadara, Kleczewska, ale ku zaskoczeniu obserwatorów ostatecznie nie biorą udziału w konkursowych wyścigach. I pewnie nie wezmą, dopóki coś się nie zmieni, coś nie drgnie, dopóki beton nie zacznie kruszeć.

KROPKA NAD K

Kilka dni temu wycofałem swoją kandydaturę z konkursu na dyrektora Teatru Śląskiego w Katowicach. Po sytuacji w Bielsku-Białej coraz uważniej zaczynam przysłuchiwać się teatralnym plotkom. Te jednoznacznie wskazują wygranego. Zresztą akurat w tym przypadku nie trzeba było wsłuchiwać się w tajemne szepty oceanu, bo tylko jeden kandydat był tak szeroko przedstawiany przez prasę, prowadził tak rozbudowaną kampanię w środowisku, przekonując że niemal od kołyski był przeznaczony do Teatru Śląskiego. Jest tak "śląski", że nawet z Bielska-Białej go wygnano.

Plotki skutecznie odstraszyły potencjalnych poważnych kandydatów. Cóż, że dziewięć osób złożyło aplikacje, skoro w konkursie poza Pawłem Wodzińskim w zasadzie nie ma osób mających kompetencje do prowadzenia tak dużej instytucji. Nie wiem na co liczy Paweł Wodziński, ale ja definitywnie straciłem zaufanie do konkursów.